Archiwum

Z historii Reunion 69 cz. 18 – podroz do Korei i Japonii cz.1 a

Nadeslala Elisabeth Gieysztor Ingvarsson

elzbieta geyrszorp

Wyprawa do Korei i Japonii,  2014.10.19 – 2014.11.03,  część I – w Korei Południowej      /poprzez Misia Edelmana, z biurem podróży Världens Resor, grupa 2, 37 osob/   Elzbieta Gieysztor Ingvarsson

Jest niedziela 19 października.

Na lotnisko Arlanda pojechalam kolejką razem z Elą S, z którą mamy dzielić pokoje hotelowe podczas calej podróży. Nasze walizki mogly ważyć do 23 kg + bagaż podręczny 8 kg. Taki byl wymóg linii lotniczych Finnair. Jest to najstarsza linia lotnicza w Skandynawii. Wlaśnie skończyla 90 lat. Należy do korporacji obslugującej polączenia z Azją. Na terminalu nr 2, gdzie jest odprawa  Finnair-a, mieści się kantor Forex-u, i  mogliśmy wymienić S korony na koreańskie wony i japońskie jeny.      1 000 Wonów (KRW) = 7,50 SEK , 1 000 Jenów = 68 SEK.               Odlatujemy o godz 14:10.  W Helsinkach przesiadamy się po 1,5 godz czekania i przesunięciu zegarków o godzinę do przodu. Do nas (z okolic Sztokholmu), dolecieli uczestnicy z Kopenhagi, Paryża, Tel Avivu i Frankfurtu. W samolocie Airbus lecącym wprost do Seoulu, który zabral ca 300 pasażerów, siedzimy w  rzędzie po 8 osób, w trzech przedzialach (2+4+2). Dostaliśmy 2 cieple posilki, poduszki i koce do spania, a każdy przed sobą mial ekran, na którym ze sluchawkami można oglądać filmy, sluchać muzyki, grać w gry. Trasa lotu prowadzila nad pn Rosją, Syberią, Mongolią. Lot też można bylo śledzić na ekranie. Niestety calą drogę nie zmrużylam oka, ale większość pasażerów spala.Wylądowaliśmy po 8 godzinach lotu na lotnisku Incheon,  najnowocześniejszym lotnisku świata, umiejscowionym na 2 scalonych wyspach. Do Seoulu (52 km) jedziemy expresową kolejką przez pierwszy na świecie trzypoziomowy wiszący most Yengjong Grand Bridge, 4,4 km. Kolejka na stacjach ma polączenie z metrem. Po Igrzyskach Olimpijskich w Seoulu w 1988 wzrósl w wielkim tempie ruch lotniczy i zaczęto budowę nowego lotniska Incheon, którego pierwszy etap zakończono w 2001. Kolejny etap rozbudowy nadal trwa. Lotnisko Incheon zostalo  ogloszone przez pasażerów najbardziej na świecie przyjaznym dla podróżnych, obok Hongkongu i Singapure-Changi.

 

Drugi dzień podróży, poniedzialek 20 października,

w Korei jest ranek, godz 8 – zegarki przesuwaliśmy o godzinę do przodu w Helsinkach, a teraz o dalsze 7 godz. Kolejka wiezie nas po odbiór naszego bagażu i sali przylotów Seoul. Staralam się konwersować po francusku ze spotkanym w kolejce do kontroli francuskim malarzem, który przyjechal wystawiać w Soulu swoje obrazy na targach sztuki. Nie znal angielskiego. Korea bardzo mu sie podoba i jest tu już nie pierwszy raz. Po odprawie, gdzie nas fotografują i biorą odciski palców, spotykamy naszych przewodników z Världens Resor: miejscową Lusy Kang i Szweda, znawcę Korei, Michaela Hellströma. Grupa kompletuje się, bo dolączyly australijki Wanda i Kasia. W autokarze, Lusy opowiadala swoim śpiewnym angielskim o tym olbrzymim miescie, którego centrum liczy ponad 10 mln mieszkańców, a z przedmieściami 25 mln. Mieszczą się tu znane na calym świecie firmy, glównie rodzinne korporacje, m.in LG, Samsunga. W 1988 w Seoulu odbyły się Letnie Igrzyska Olimpijskie, a w 2002 Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej (pierwszy raz wspólnie z Japonią). Korea Południowa będzie również organizatorem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2018 roku.

Mijamy luksusową dzielnicę Gangnam. Od niej pochodzi szlagier koreańskiego popu z 2012 r „Gangnam Style”, który porywa do tańca tlumy.  Cala Pd Korea to ¼ terytorium Szwecji, a ludności ma 50 mln. Jedziemy wzdluż rzeki Han-Gang z jej 29-oma różnorodnymi, imponującymi mostami. Do granicy z Pn Korea jest tylko 50 km. W październiku panuje tu temperatura między 10 a 20 stopni C. Trafiamy niestety na chłód i deszcz.              Nasze bagaże jadą wprost do hotelu Ibis, Insadong /2 noce/,  a my wychodzimy do centrum miasta nad  rzekę Ceong Gye Cheon, ktora na odcinku 5 km dzieli centrum, a z jej nabrzeży stworzono teren rekreacyjny z mostkami, wodospadami, dzielami sztuki. A byla ona przedtem przykryta autostradą. Pod parasolami maszerujemy za Mikiem pod pomniki dwóch największych bohaterów koreańskich. Pierwszy pomnik przedstawia okrytego do dzisiaj legendą, admirala Yi Sun-Sin, który w 1592 r doprowadzil do zwycięstwa nad flotą japonską. http://histmag.org/Koreanski-geniusz-admiral-Yi-Sun-sin-8710 . Na drugim widzimy  króla Ju Si-Gyeonga, który w XV w polecil uczonym stworzyć pismo koreańskie nazwane hangul. Składa się ono z 24 znaków: 14 spółgłosek i 10 samogłosek, które w polączeniu tworzą różne sylaby. Jest jednym z niewielu alfabetów, które zostały stworzone sztucznie. System ten jest prosty i latwy do opanowania w odróżnieniu od pisma chińskiego, które bylo stosowane wcześniej.                Idąc dalej w deszczu, udaje się nam zobaczyć zmianę warty przed palacem królewskim Gyeongbokgung.   Mamy wrócić doń nazajutrz. Robimy zdjęcia. Na wielkim placu, przez który idziemy, odbylo się w 1984 r spotkanie Jana Pawla II z milionem koreańczykow. Papież odwiedzil Koreę rownież w 1989, a papież Franciszek w sierpniu tego roku. 10 % ludności jest katolikami, w samej stolicy 1,5 mln., a przybywa ich 100 tys. rocznie. W drodze do metra widzimy wieże kościolów. Buddyzm wyznaje 23%  spoleczeństwa. Zglodniali po podróży dostajemy typowy koreański lunch. Odtąd co dnia nasze biuro podroży zaprasza na regionalny lunch, a kolacja jest we wlasnym zakresie. W Szwecji jest 3 nad ranem, tu 11.     Przed nami na stole, na gazowej kuchence, dusi się wieprzowina w plasterkach. Moczy się ją w miseczkach z rożnymi  sosami, do tego są jarzyny, kofu, potrawa z dyni, zupa i ryż. Probujemy obowiazkowo kimczi, tzn kiszoną salatę pekinską na ostro. Nareszcie w hotelu mozemy na 2 godz wyciągnac nogi na luksusowych lozkach /koldra puchowa, zagorąca dla mnie, wędruje jednak do szafy /. Nowoscią dla nas jest sedes, ktory trzeba zaprogramowac na rozne mycia, podmycia. Deska klozetowa jest podgrzewana- ten luksus będzie na nas czekal w hotelach w czasie calej wycieczki. Odswiezeni wspolnie wychodzimy na miasto, na kolację. Mike prowadzi nas zaulkami i pokazuje gdzie i co mozna zjesc i jak trafic spowrotem. Dzielimy sie potrawami, zeby poznac rozne smaki,  a porcje są duze. Najlepszy wydaje sie omlet z jarzynami, grzybami i krewetkami, ja wybieram razem z Basia G. pieczoną makrelę i obowiazkowo koreanskie piwo. Mozna sobie wyobrazic jak mocno spalismy tej pierwszej w podrozy nocy.

Album

KLIKNIJ TUTAJ

ARABSKA „INTIFADA SAMOCHODOWA” I PROCES POKOJOWY OBAMY

Nadeslal Jerzy Stan

reunion 69 .1

Zaczęło się jako „intifada dziecięca” w Jerozolimie, gdzie arabskie dzieciaki w wieku DO 18 lat zachęcano do przejęcia władzy na ulicami i rzucanie kamieniami i wystrzeliwanie fajerwerków w samochody prowadzone przez Izraelczyków lub policję.

Teraz mówi się o „intifadzie samochodowej”, po tym, gdy dwóch Arabów rozmyślnie staranowało Izraelczyków w Jerozolimie, w ciągu ostatnich dwóch tygodni. W atakach tych zabitych zostało czworo ludzi, w tym 3-miesięczne dziecko. Są one przedmiotem pochwał ze strony wielu Arabów, jako „naturalna odpowiedź na izraelskie zbrodnie”. Te „zbrodnie” to wizyty rożnych grup żydowskich na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie. Autonomia Palestyńska, Hamas i Islamski Dżihad, wykorzystują te wydarzenia do szczucia Arabów przeciwko Izraelowi. Ostatnie ataki terrorystyczne w Jerozolimie są bezpośrednim rezultatem kampanii nienawiści.

Amira, wdowa po Ibrahimie Akkari, 48-mio latku, który wjechał swoim samochodem w grupę Izraelczyków w Jerozolimie 5 listopada 2014 r., powiedziała, że jej męża zmotywowały sceny w telewizji pokazujące starcia między Arabami a policją na Wzgórzu Świątynnym.  Powiedziała: „został męczennikiem dla sprawy meczetu Al-Aksa”.  Ostatnie stwierdzenia prezydenta Autonomii Mahmuda Abbasa, mogły także przekonać Akkariego do wyjścia z domu i przejechania Izraelczyków. Dwa tygodnie przed atakiem, Abbas wezwał swoich zwolenników do „podjęcia wszelkich środków” dla ochrony meczetu Al-Aksa.

Na spotkaniu w Ramallah z aktywistami Fatachu powiedział „nie wystarczy mówić, że przyszli tam osadnicy, ale muszą być powstrzymani wszelkimi środkami. To nasz Aksa, i nie mają prawa tam wchodzić i go bezcześcić”. Jakby to nie wystarczyło, Abbas pośrednio zachęcił mieszkańców Autonomii do stosowania przemocy przeciwko Izraelowi, chwaląc arabskiego przestępcę, który postrzelił, groźnie raniąc, rabina Jehudę Glicka w zamachu 29 października 2014 r. w Jerozolimie.

W liście do rodziny zamachowca, Mutaza Hidżai, Abbas napisał: „w gniewie przyjęliśmy wiadomość o przestępstwach popełnionych przez terrorystów z izraelskiej armii okupacyjnej przeciwko waszemu synowi, który pójdzie do nieba jako męczennik broniący praw swojego ludu i jego świętych miejsc”. Tym samym Abbas zaprzecza obietnicy złożonej Sekretarzowi Stanu Johnowi Kerry’emu, że będzie podejmował wysiłki na rzecz uspokojenia sytuacji i powstrzyma się od retoryki, która prowadzi do eskalacji przemocy i rozlewu krwi. Bardziej niepokojące jest jednak rozszerzające się poparcie ataków terrorystycznych u ludności Autonomii. Jest ono wyrażane w mediach społecznościowych, gdzie arabscy aktywiści chwalą terrorystów i namawiają innych do pójścia w ich ślady. Najbardziej popularne w tej kampanii jest arabskie słowo daes, czyli „przejedź”. Daes kojarzy się z daesz, arabskim akronimem ISIS (Państwa Islamskiego). Używane są też w niej „humorystyczne” rysunki zachęcające Palestynczyków do atakowania Izraelczyków swoimi pojazdami.

 

Jeden z rysunków opublikowanych przez palestyńskich aktywistów, zachęcający do przejeżdżania i zabijania Izraelczyków

Antyizraelska kampania i podżeganie przez Abbsa, Hamas i Isalmski Dżihad, zbiega się w czasie z ponowną próbą wznowienia rozmów pokojowych z Izraelczykami, podjętą przez Kerry’ego. W ubiegłym tygodniu Kerry spotkał się w Waszyngtonie z delegacją palestyńską pod przewodnictwem Saeba Erekata, głównego negocjatora OWP.

Ale Kerry i Obama zdają się żyć na innej planecie. Kiedy zajmują się zachęceniem liderów Autonomii do powrotu do stołu rozmów, ci są zajęci organizowaniem eskalacji nienawiści w stosunku do Izraela. Co gorsze, chodzi o podżeganie własnego narodu do podejmowania akcji terrorystycznych. Trudno jest wyobrazić sobie Abbasa powracającego do rozmów pokojowych, w sytuacji, gdy wielu jego zwolenników myśli o tym, jak zabić więcej Izraelczyków. Administracja Obamy, zrobiłaby dobrze, zdając sobie sprawę, że jest stratą czasu rozmawianie o jakimkolwiek pokoju, gdy arabscy liderzy i aktywiści otwarcie gloryfikują terrorystów.

Kerry nie powinien tylko słuchać co Abbas i Erekat mają mu do powiedzenia po angielsku. Zamiast tego, Kerry i Obama powinni też zacząć słuchać, co mówią oni swojemu narodowi po arabsku. Może też powinni wejść do Internetu i zobaczyć, jak wyglądają pochwalne akcje Palestyńczyków promujące terroryzm wobec Izraelczyków. Może wtedy zrozumieją, że jeśli te kampanie nienawiści będą trwać, szanse proces pokojowy między Izraelem a Autonomią są zerowe.

 

Khaled Abu Toameh

7 listopada 2014

http://www.fzp.net.pl/izrael/arabska-intifada-samochodowa-i-proces-pokojowy-obamy

 

Jak USA zaakceptowały atomowy Izrael

Nadeslala Mona Crawson

mona cravson

Jak USA zaakceptowały atomowy Izrael

Foto: PAP/EPA, Wikipedia, IDFMija 45 lat od zawarcia – nieupublicznianej przez lata – umowy między USA i Izraelem

 

Dokładnie 45 lat temu Stany Zjednoczone ostatecznie pogodziły się z faktem, że Izrael stał się państwem atomowym. Podczas spotkania w Białym Domu we wrześniu 1969 r. prezydent Richard Nixon i premier Izraela Gołda Meir ustalili, że Waszyngton zaakceptuje posiadanie broni atomowej przez Izrael, ale z kolei Izraelczycy nie będą publicznie przyznawać się do jej posiadania.

Zasada przyjęta we wrześniu 1969 r. obowiązuje do dzisiaj. O ustaleniach sprzed 45 lat piszą historycy i eksperci, którzy zapoznali się z upublicznionymi właśnie dokumentami amerykańskiego rządu i wywiadu. Dokumenty odtajniono na mocy ustawy o dostępie do informacji. Od razu umieszczono je w archiwum internetowym Uniwersytetu G. Waszyngtona.

Program zbrojeń jądrowych

Stany Zjednoczone zorientowały się, że już od początku lat 60-tych Izrael, przy współpracy z Francją, prowadzi program zbrojeń jądrowych. Rządy amerykańskie były zdania, że izraelskie działania są sprzeczne z interesami Waszyngtonu, ale jednocześnie Biały Dom nie miał pomysłu, jak zareagować na dążenia Izraelczyków do zbudowania głowic jądrowych i wyposażenia w nie rakiet typu ziemia – ziemia o nazwie Jerycho.

Sytuację komplikował fakt, że Izrael stawał się z roku na rok coraz ważniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i najlepszą przeciwwagą dla rosnących wpływów Związku Radzieckiego w tej części świata.

Źródło: PAP/EPAPremier Izraela Gołda Meir i prezydent USA Richard Nixon (spotkanie w Białym Domu w 1969 roku)

 

Zachować szanse na przetrwanie

Państwo żydowskie, aby zachować szanse na przetrwanie, zmuszone było do utrzymywania przewagi wojskowej nad sąsiadami. Tę przewagę gwarantowały między innymi dostawy amerykańskiej broni i sprzętu. Ostateczną gwarancją bezpieczeństwa dla Izraelczyków stać się miało posiadanie broni atomowej. Ale do tego nie chcieli dopuścić Amerykanie, obawiając się, że Związek Radziecki w obawie o swoich arabskich sojuszników wprowadzi własną broń nuklearną na Bliski Wschód. Byłby to potężny cios dla amerykańskich interesów.

Pod koniec lat 60-tych sprawa izraelskiego programu atomowego stawała się pilna dla ekipy prezydenta Nixona, ponieważ służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych były przekonane, że Izrael jest o krok od przekroczenia Rubikonu i wejścia w posiadanie broni atomowej.

Groźby USA

Czytaj dalej

Szlachetny rasizm,

Z portalu

listy z naszego sadu

 

Reakcja mediów na morderstwa w Jerozolimie zdradza szeroko przyjęte założenie: że Palestyńczycy są „szlachetnymi dzikusami”, którzy nie są odpowiedzialni za swoje czyny

Reakcja mediów na morderstwa w Jerozolimie zdradza szeroko przyjęte założenie: że Palestyńczycy są „szlachetnymi dzikusami”, którzy nie są odpowiedzialni za swoje czyny
Widzieliśmy wiele dziwnych reakcji mediów zachodnich na zamordowanie przez dwóch zamachowców palestyńskich w Jerozolimie czterech modlących się Żydów i Zidana Saifa,bohaterskiego Druza izraelskiego, który pierwszy przybył na miejsce i próbował ich uratować.

• Canadian Broadcast Company tweetowała “Policja jerozolimska postrzeliła śmiertelnie 2 po domniemanym ataku na synagogę http://ift.tt/1AaVAdn

 • Nagłówek CNN brzmiał “4 Izraelczyków, 2 Palestyńczyków martwych w Jerozolimie”, bez napisania, że tych dwóch Palestyńczyków było terrorystami. (CNN później przeprosiła. Patrz tutaj.)

• “Guardian” zmienił depeszę Reutersa o masakrze w Jerozolimie, żeby usunąć wszelkie wzmianki o Palestyńczykach.

• W lewicowej gazecie izraelskiej “Haaretz” dziennikarka Amira Hass napisałao „rozpaczy i gniewie, które pchnęły Abu Dżamalów do zaatakowania Żydów w synagodze” (podkreślenie moje).

Oczywiście, nie wszystkie doniesienia miały taki charakter. Niemniej pojawia się pytanie , skąd ten, tak rozpowszechniony (także w mediach społecznościowych), impuls uniewinniania zbrodniarzy?
Czytaj dalej

This entry was posted on 25 Listopad 2014. 1 komentarz

„Polak, Żyd, artysta. Tożsamość a awangarda”

Nadeslal Zosia Krajewska

zosia Krajewska Jankiewicz

Film z wystawy „Film z wystawy „Polak, Żyd, artysta. Tożsamość a awangarda” (17.10.2009 – 31.01.2010 w ms2, ul. Ogrodowa 19, Łódź; kuratorzy: Joanna Ritt i Jarosław Suchan), zrealizowany przez OpusFIlm. / A movie from the exhibition „Pole, Jew, Artist. Identity and Avant-garde” (17.10.2009 – 31.01.2010 in ms2, Ogrodowa Street 19, Łódź; curators: Joanna Ritt i Jarosław Suchan) (17.10.2009 – 31.01.2010 w ms2, ul. Ogrodowa 19, Łódź; kuratorzy: Joanna Ritt i Jarosław Suchan), zrealizowany przez OpusFIlm. / A movie from the exhibition „Pole, Jew, Artist. Identity and Avant-garde” (17.10.2009 – 31.01.2010 in ms2, Ogrodowa Street 19, Łódź; curators: Joanna Ritt i Jarosław Suchan)

.

HRABINA

Napisal Ludwik Lewin

lewin

reunion 69 .1

 

W Hrabinie najbardziej podobało mi się właśnie to, że była hrabiną oraz to, że od razu poszła ze mną do łóżka. Prawie od razu, w każdym razie zanim dowiedziałem się, że nosi ten arystokratyczny tytuł – nosi w sensie dosłownym i przy sobie, bo, jak się okazało, w dowodzie osobistym Królestwa Belgii figuruje szlachectwo i to wystukane czerwonymi czcionkami.  Dowiedziałem się o tym, gdy za którymś razem portier w hotelu, do którego wejść chcieliśmy, jak zwykle nie na noc, zażądał dowodów, a Hrabina (wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, więc nie mogłem tak o niej mówić, myśleć ani pisać, nazywałem ją Charlotte, choć nie miała tak na imię) bardzo długo i opornie grzebała w torebce, upewniając się, czy koniecznie musi się wylegitymować, czy mój paszport nie starczy.  Nie starczył, więc moja towarzyszka niechętnie wyciągnęła dowód. Portier spojrzał w dokument, a potem na nią. Dopiero kiedyśmy wychodzili i ten sam pracownik przemknął wzrokiem po naszych twarzach, tak samo jak wcześniej patrzył na Hrabinę, zauważyłem, że było to spojrzenie znaczące. Znaczące – wiem kim pani jest – ale w tym momencie i ja już wiedziałem o co chodzi, bo na górze, w pokoju, Charlotte pokazała i mnie swój dowód z hrabiną wypisaną na czerwono. I wytłumaczyła, że jest zarówno hrabiną, po mężu, jak i hrabianką, po tatusiu, ale po francusku to to samo słowo. Choć jest Belgijką, to jej tytuł jest równie francuski co belgijski i ma go jej rodzina od pewnego czasu, tak mniej więcej od Karola Wielkiego.

Przyznać się muszę do małości ducha – odtąd, za każdym razem, gdy wchodziliśmy do hotelu, miałem nadzieję, że portier nas wylegitymuje i że zobaczy kogo mu przyprowadzam. Mu znaczy sobie.

Nasza znajomość niepozbawiona była intelektualnej i artystycznej sublimacji. Dyskutowaliśmy o psychoanalizie, którą studiowała Hrabina i o filmach, które miałem nakręcić. Dyskutowaliśmy krótko, bo hotele wybieraliśmy taniutkie i nie miało się ochoty w nich zostawać, a poza tym mieliśmy obowiązki rodzinne. Wchodziliśmy więc do łóżka i do niemożliwości wypróbowywaliśmy wszystkiego, co jest tam możliwe, a przynajmniej tak nam się wydawało.

Nie pamiętam czy to Hrabina zaproponowała, czy też ja miałem pomysł, by dla pogłębienia naszej i tak już głębokiej znajomości, pojechać do Belgii, jakby weekendowa wycieczka starczyć mogła na przebycie dystansu tysiąca lat genealogii i tysięcy kilometrów dzielących nasze miejsca urodzenia.

Nie mogło się udać, ale do Brukseli dojechaliśmy błyskawicznie.

Zajechaliśmy do hotelu na starym rynku czyli na Wielkim Placu, bo tak się nazywa stary rynek w Brukseli, tak się nazywa przynajmniej po francusku, po holendersku nazwa brzmi chyba wielki rynek, ale pierwszy raz zobaczony i do tego dosyć świeżo po wyjeździe z Warszawy, kojarzył mi się nieuchronnie z warszawską Starówką, z tym, że ciemne fasady, tu i ówdzie przebłyskujące złotem i czerwienią, bardziej były eleganckie, dostojne, autentyczne.  To samo tyczyło się przechodniów, którzy poruszając się bez pośpiechu, eleganccy i choć nie grubi to z pewnością dobrze odżywieni, z godnością wpisywali się w dekorację, pasując do niej doskonale, podczas gdy ludzie na rynku Starego Miasta, zagubieni jakby na nagle wyrosłym przed nimi placu, odbijali się jakoś nieskładnie od niewyblakłej jeszcze pstrokacizny tynków. Mocniej chwyciłem Hrabinę za ramię i odbity w witrynie zobaczyłem się nieostro i podwójnie niepasująco, w Brukseli tak samo jak w Warszawie, z nią tak samo jak solo.
Czytaj dalej

Louis Armstrong i jego żydowscy rodzice

Nadelal Mark Ebel

mark ebel

 

Rodzina Karnowskich (Karnovsky) pochodziła z Kowna na dzisiejszej Litwie i jak wielu Żydów pod koniec XIX wieku wyjechali za lepszym życiem do Ameryki. Osiedlili się w Nowym Orleanie, gdzie prowadzili drobny biznes – wozili węgiel, wywozili śmieci…

Pobożni Karnowscy, którzy słabo mówili po angielsku (mówili w jidysz), nie byli zamożni, ale też nie przymierali głodem.

Światowej sławy muzyk i być może największy jazzman w historii Louis Armstrong urodził się w 1901 r. również w Nowym Orleanie. Jego ojciec był robotnikiem i dość szybko porzucił matkę Louisa, która urodziła go mając zaledwie 16 lat. Jego matka została niebawem prostytutką. Louis też trafił na ulicę, gdzie zarabiał na swoje utrzymanie. I tak poznał Karnowskich, którzy dawali mu dorabiać w swoim interesie. Louis jeździł z przyczepką i handlował węglem na ulicy razem z dziećmi Karnowskich. Jego pierwszym instrumentem był gwizdek, którym oznajmiał  w dzielnicy, że przyjechał handlowy wózek Karnowskich. Z czasem chłopak tak się zżył z ich rodziną, że znalazł w Karnowskich niemal rodziców, a oni traktowali go jak członka rodziny – zapraszali go na szabaty i pozwalali spać w ich domu. Dostał od nich pomoc materialną, ale i miłość. Louis nasiąkał w młodości nie tylko nowoorleańskimi brzmieniami tamtych czasów, ale i religijną muzyką polskiego czy litewskiego sztetla, która wpłynęła na jego twórczość.

Karnowscy kochali muzykę, więc kiedy odkryli, że mały Louis przejawia takie skłonności, to kupili mu jego pierwszy instrument. Był to kornet – instrument podobny do trąbki. Z czasem Louis opanował nie tylko grę na tym kultowym instrumencie, ale również język jidysz – i to perfekcyjnie. Karnowscy zarazili go też miłością do gefilte fisz (ale nie na słodko!), macy i czulentu. Na swoich drzwiach już jako dorosły umieścił też mezuzę.

Armstrong miał naszyjnik z Gwiazdą Dawida oraz hebrajskim słowem CHAJ (które oznacza życie) i nosił go na swojej szyi aż do śmierci. Zawsze powtarzał, że „ta żydowska rodzina nauczyła mnie jak żyć – prawdziwego życia i determinacji”.Armstrong

Armstrong dostrzegał też antysemityzm.
Czytaj dalej