XXIII Sztokholmski Festiwal Filmowy

Realizm na Bałkanach i gdzie indziej

                                                 

W odróżnieniu od ubiegłorocznego festiwalu, którego selekcjonerzy dostrzegli i zaprosili do pozakonkursowego udziału 2 polskie filmy („W ciemności” Agnieszki Holland i „Salę samobójców” Jana Komasy) w niedawno zakończonej XXIII edycji świeciły one nieobecnością. Wątłe ślady polskości dały się zaobserwować jedynie w trzech filmach. Szwedzka „Call girl” – uhonorowana nagrodą publiczności rekonstrukcja skandalu towarzysko-politycznego o mężach stanu korzystających z usług domu publicznego – zawiera sekwencję, z której wynika, że jeden z ówczesnych (lata 1970.) polskich dyplomatów korzystał również z tych samych usług. Z kolei amerykański film jednego z braci Jareckich, Nicholasa – „Arbitrage” (z Richardem Gere i Susan Sarandon w głównych rolach) – ujawnia w napisach końcowych imponującą listę polskich nazwisk w podrzędnych funkcjach produkcyjnych. Wreszcie – w filmowej biografii chilijskiej pieśniarki Violety Parra (Violeta se fue a los cielos) obserwujemy scenę występu artystki na Swiatowym Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie 1955.

W roku bieżącym zabrakło nie tylko filmów autentycznie polskich ale również zrealizowanych przez takich sztokholmskich aficionados jak „Holenderka” Urszula Antoniak czy „Szwedka” Karolina Pająk, pokazująca tu swoje ambitne (i niekiedy nagradzane), eksperymentalne krótkie metraże.

Główną nagrodę odebrała zasłużenie Australijka Cate Shortland za zrealizowany w koprodukcji z Niemcami dramat „Lore”, rozegrany w krajobrazie po bitwie i w niemieckim roku zerowym tj w ostatnich dniach III Rzeszy i pierwszych po jej kapitulacji.  Czyli historia winy, potrzeby odkupienia i możliwości pojednania, nagrodzona również za najlepsze zdjęcia, muzykę i kreację Saskii Rosendahl.

Brytyjski „Broken”, debiut Rufusa Norrisa (z nagrodzoną rolą Tima Rotha i wyróżnieniem dla Eloise Laurence), to historia współczesna o cechach autentycznego realizmu społecznego, w precyzyjnym układzie czasowoprzestrzennym bliskiego sąsiedztwa i szkoły, gdzie tendencje gwałtowne odciskają się bezkarnie na losach słabszych i upośledzonych, niwecząc na różnych etapach i poziomach możliwość wyzdrowienia i prowokując kolejną eskalację zbrodni. Uniknięto jednak czarno-białego schematu, stwarzając pod koniec szanse odrodzenia nawet dla zagorzałego szwarccharaktera.

Kolejny krok w kierunku semidokumentalnego realizmu to nagrodzone przez jury FIPRESCI „Everyday” Michaela Winterbottoma. Jeszcze bliżej hyperrealistycznego minimalizmu prowadzi z kolei dramat Ursuli Meier „L’enfant d’un haut”, nieco w stylu braci Dardenne ukazując na majestatycznym tle Szwajcarskich Alp dysfunkcjonalną rodzinę o nie do końca ustalonej indywidualnej tożsamości.

Do podobnej, paradokumentalnej konwencji estetycznej odwołuje się również węgierski film „To tylko wiatr” (Csak a szél) Bence Fliegaufa, oparta na niedawnych wydarzeniach historia zagłady cygańskiej rodziny. Silniej stylizowana była serbska „Parada” Srdjana Dragojevica, w krzywym zwierciadle pogodnej i optymistycznej parodii nieco zamazująca powagę i tragizm autentycznych konfliktow z udzialem czetników, ustaszy, baljenow (Bośniaków), Albańczyków z Kosowa i homoseksualistow. Pozostając na Bałkanach odnotujmy dobry pomysł lecz przeciętne wykonanie bułgarskiego filmu „Barwa kameleona” (Cvetot chameleona) Emila Christova, dowodzącego, że wszyscy byli „umoczeni” choć siatka „tajnych współpracowników” organów okazała się intrygą i wymysłem głównej postaci.

Już „tylko” do magicznego realizmu przypisać można znane w Polsce „Bestie z południowych krain” Benha Zeitlina, nagrodzone w Sztokholmie za najlepszy debiut.

Aleksander Kwiatkowski

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: