Holokaust, Sprawiedliwi i wioskowe tajemnice

Na zdjeciu

Żyd chasyd trzymany przez policjantów. W tle widoczne dzieci żydowskie.

Wypytując w Karczowicach o bohaterską rodzinę Kisielów, nagle dowiedziałem się o tragicznym wydarzeniu, które nigdzie nie zostało opisane. Następnych rozmówców zacząłem pytać: „A jak to było z tymi Żydami w szkole?”.

„Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat” – ten cytat z Talmudu widnieje na Medalach Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata wręczanych przez jerozolimski Instytut Jad Waszem osobom, które w czasie Holokaustu ocaliły życie jakiegoś Żyda. A co powiedzieć o tych, którzy uratowali wiele światów?

Z historią uratowania jedenastu Żydów w gospodarstwie Marianny i Aleksandra Kisielów z Karczowic zapoznałem się przed kilkunastu laty. Z okazji 65. rocznicy Zagłady Żydów z ziemi olkuskiej wydaliśmy wtedy książkę, w której opublikowane zostały przechowywane w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie niektóre powojenne relacje odnoszące się do tego terenu[1]. Wśród nich znalazło się zeznanie Aleksandra Kisiela złożone przed Żydowską Komisją Historyczną w Katowicach 24 czerwca 1947 r. oraz zeznanie jednej z uratowanych przez niego Żydówek, Heleny Lederman, złożone 1 września 1947 r. przed Komisją w Łodzi. Zachwyciła mnie opisana historia, a właściwie to postawa głównych jej bohaterów, czyli rodziny Kisielów. Dla kogoś lubującego się w statystykach liczba 11 może nie wyglądać imponująco przy setkach i tysiącach uratowanych osób przez najbardziej znanych Sprawiedliwych, ale biorąc pod uwagę warunki i możliwości jednych i drugich, dokonania Kisielów wcale nie były mniejsze. Przede wszystkim zaś poprzez relacje przebijały sylwetki prostych, ale wspaniałych ludzi. I przecież działo się to tak niedaleko. Gdy ukazała się książka, wybrałem się więc do Karczowic, żeby spróbować dowiedzieć się czegoś więcej.

Ślady Sprawiedliwych

Spotykani we wsi miejscowi ludzie dość podejrzliwie patrzyli na mnie, kiedy pytałem ich o dom Kisielów. Ale po stosunkowo niedługich poszukiwaniach udało mi się stanąć przed wskazaną kępą drzew leżącą w środku pola. W chaszczach, przez które nie udało mi się przebić, zobaczyłem jednak tylko resztki rozwalających się zabudowań byłego gospodarstwa Marianny i Aleksandra. Nikt z tej rodziny od dawna już w wiosce nie mieszkał. Czy żyją i gdzie mieszkają ich potomkowie? Na to pytanie też nikt spotkany nie potrafił mi odpowiedzieć. Niektórzy pytali wręcz, czy to przypadkiem nie moja rodzina. Wydawało się, że już nic więcej w Karczowicach się nie dowiem.

Pojechałem zatem do sąsiedniego Mstyczowa, gdzie w księgach metrykalnych kościoła parafialnego odnalazłem akty zgonu Aleksandra (1958 r.), Marianny (1961 r.) oraz najstarszego ich syna, Józefa (1963 r.). Dowiedziałem się też, że pół roku przed śmiercią Aleksandra jego najmłodszy syn, Adam, ożenił się.

Udałem się następnie na mstyczowski cmentarz. Chodząc po nim, rozglądałem się po inskrypcjach i zaczepiałem starszych ludzi, czy może znali Kisielów i wiedzą, gdzie są ich groby. Wreszcie trafiłem na jedną panią, która podprowadziła mnie kawałek i pokazała między obmurowanymi nagrobkami niewielkie wybrzuszenie w ziemi porośnięte wysokim, częściowo dobrze już podeschniętym zielskiem, z którego wystawał lekko przechylony w bok, czarny metalowy krzyż. Zarys grobu ledwie widoczny, żadnej tabliczki, czy jakiegoś napisu.

– To grób Kisiela – powiedziała. – Wiem stąd, bo tuż obok jest grób moich rodziców, to jak sprzątam na Wszystkich Świętych, to i tu trochę sprzątnę, lampkę zapalę. Bo jakże by to tak wyglądało. Od wielu lat nie przypominam sobie, żeby tu ktoś był na grobie czy jaka jeszcze lampka się świeciła.

– A który tu Kisiel leży?

– No, ten, co go prąd zabił.

– Aha, to grób Heńka – skwitowałem. Tyle już zdążyłem się wcześniej we wsi dowiedzieć, że ostatni mieszkający w Karczowicach na gospodarce Kisiel (chodziło o Józefa, najstarszego syna Marianny i Aleksandra) zwany był Heńkiem i zginął porażony prądem z instalacji elektrycznej w swoim domu; długo wcześniej chorował i był tak biedny, że nie było nawet w co go ubrać do trumny, więc ówczesny proboszcz, ks. Nowaczek podarował swoje ubranie, żeby jakoś go pochować.

– A rodzice Heńka też tutaj są pochowani? – dopytałem jeszcze.

Pani poprowadziła mnie niedaleko, pokazała ręką grupę kilku starych krzyży wystających z wysokiej, pożółkłej trawy i rzekła:

– To któreś z tych grobów, ale nie wiem które.

Podszedłem, próbowałem odszukać jakieś ślady. Na jednym ze wskazanych grobów, w trawie znalazłem starą tabliczkę nagrobną, ale tak przerdzewiałą, że już pewnie od wielu lat nic z niej nie dało się odczytać. Zadumałem się chwilę, pomodliłem za Kisielów i naszła mnie gorzka myśl: „A więc to tak wyglądają groby ludzi ratujących cały świat”.

W niezbyt optymistycznym nastroju opuściłem mstyczowski cmentarz. Tego dnia dowiedziałem się jednak jeszcze czegoś, po czym mój podziw dla Kisielów znacznie wzrósł. Wróciłem bowiem do Karczowic, ponieważ wskazano mi kilku starszych mieszkańców wsi, których mógłbym o Kisielów zapytać i być może uzyskać jakieś informacje. Jedną ze wskazanych kobiet wypytywałem o Kisielów, których, oczywiście, znała, ale niewiele potrafiła o nich powiedzieć. Próbowałem jakoś naprowadzić, pytałem o wojnę, Żydów… I nagle wtedy padły dziwne, trochę jakby nieposkładane słowa, mniej więcej w takim brzmieniu: „jak ich zastrzelili, tam gdzie zakopali na drugi dzień jeszcze się ziemia ruszała o tak”. Mówiąc to, pani z wyrazem przerażenia na twarzy, rękami pokazywała jak się ta ziemia ruszała. Zaskoczony i zaintrygowany zacząłem dopytywać:

Calosc TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: