100 LAT NIEPODLEGŁOŚCI… I WYSTARCZY?

Krzysztof Łoziński

Otwarcie przyznam, że jestem zainspirowany artykułem Andrzeja Krajewskiego „Klęska wrześniowa z własną pomocą”, oraz książką Edyty Żemły i gen. Waldemara Skrzypczaczka „Jesteśmy na progu wojny”. Podchodzę jednak do tematu odmiennie. Interesują mnie analogie między tym, co działo się z obronnością Polski przed i w trakcie kampanii 1939 roku, i tym, co dzieje się z Wojskiem Polskim obecnie.


A wnioski są porażające: nie wyciągnęliśmy, jako państwo, z historii żadnych wniosków, nie nauczyliśmy się z tej klęski niczego i popełniamy te same błędy.

Rząd i dowódcy wojska już 3 lata przed wojną 1939 roku zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Przynajmniej pod tym względem byli mądrzejsi od obecnie rządzących. Na dozbrojenie wojska wydawano 40 procent budżetu państwa. Obecnie jest to 8 procent (nie mylić z procentem PKB). Niestety rządy piłsudczyków miały tragiczną cechę wspólną z obecnym rządem PiS: usuwanie ze stanowisk w państwie i armii ludzi kompetentnych i zastępowanie ich „swoimi”. O obsadzie stanowisk decydowało kryterium ideologiczno-partyjne, a nie wiedza i doświadczenie. Podobnie jak obecnie, usuwano z wojska doświadczonych dowódców i zastępowano ich posłusznymi. Podobnie jak obecnie, dowodzenie powierzono biernym, miernym, ale wiernym.

Skutki tego były opłakane. Gen. Juliusz Rómmel, dowódca armii „Łódź” już czwartego dnia kampanii wrześniowej porzucił podległe mu jednostki i uciekł. Głównym odwodem wojsk polskich, który miał wkroczyć do akcji w przypadku odwrotu armii „Łódź”, była armia „Prusy”, ale jej dowódca, gen. Stefan Dąb-Biernacki, przebrał się w cywilne ubranie i też dał nogę porzucając podwładnych. Dowódca armii „Pomorze”, gen. Władysław Bortnowski, już trzeciego dnia załamał się nerwowo i przestał dowodzić. Dowódca armii „Karpaty”, gen. Kazimierz Fabrycy, też bardzo szybko porzucił stanowisko dowodzenia i uciekł. Naczelny Wódź, Marszałek Rydz-Śmigły, już 7 września ewakuował się wraz ze sztabem z Warszawy, pomimo braku alternatywnego stanowiska dowodzenia, i w ten sposób stracił całkowicie możliwość dowodzenia wojskiem i zorganizowania nowej linii obrony na Wiśle. W efekcie, niemieckie kolumny pancerne dotarły pod Warszawę już po 8 dniach walki. Jak pisze Andrzej Krajewski, „na najważniejszym odcinku frontu dowodzenie powierzono niekompetentnym tchórzom”.

Polski żołnierz walczył dzielnie, walczyli też dzielnie dowódcy niższego szczebla. Polacy zniszczyli około tysiąca z 2700 czołgów nieprzyjaciela. Wbrew późniejszej legendzie wojska niemieckie ponosiły poważne straty, a wojsko polskie wcale nie było aż tak źle uzbrojone, jak później głoszono. Nic to jednak nie dało wobec braku sprawnego dowodzenia. Warto przypomnieć te fakty w świetle czystek Macierewicza. Przypomnę, że w pewnym momencie postawił on na czele Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO niejakiego Misiewicza, 26-letniego chłoptasia, z wykształcenia pomocnika aptekarskiego ze Skierniewic. Macierewicz wydalił z wojska poważną liczbę doświadczonych generałów i pułkowników, podobnie jak piłsudczycy przed wojną 1939 roku, kierując się kryterium ideologicznym, a nie kwalifikacjami. Skutki tego dla armii muszą być podobne.

Podobnie jak w tamtym czasie, obecna władza wykonuje niekompetentne, wręcz szkodliwe, ruchy w dziedzinie uzbrajania i modernizacji armii. Przed wojną 1939 roku zaciągnięto pożyczkę od Francji na cele dozbrojenia wojska, ale 2 mld. franków zmarnowano na projekt fabryk zbrojeniowych w Centralnym Okręgu Przemysłowym, które według najbardziej optymistycznych ocen miały osiągnąć zdolność produkcyjną na początku lat 40. Na ich budowę wydano łącznie ok. 2 mld. złotych. Jak pisze Andrzej Krajewski, „Polska miała w ręku kapitał, za który można by teoretycznie wyekwipować np. 6 dywizji pancernych. Wydano go na fabryki, które bardzo się przydały III Rzeszy”.

Niemal wszystkie działania podejmowano chaotycznie i za późno. W sierpniu 1939 roku, 3 tygodnie przed wybuchem wojny, zakupiono od Francji 120 nowoczesnych myśliwców, ale nigdy ich nie dostarczono. W momencie, gdy polskie lotnictwo myśliwskie dysponowało ok. 200 sztukami mocno przestarzałych myśliwców PZL P-7 i PZL P-11, skierowano poważne środki na wytworzenie nowszych modeli będących w fazie projektowej, a jednocześnie sprzedano Turcji, Grecji i Rumunii ponad 300 nowocześniejszych myśliwców PZL P-24. Jednym słowem polskie lotnictwo myśliwskie miało 200 przestarzałych maszyn, nie mogących się równać z konstrukcjami niemieckimi, choć potencjalnie mogło mieć jeszcze 420 znacznie lepszych maszyn, gdyby o tym w porę pomyślano. Mogło mieć łącznie 620 myśliwców zamiast 200! Niemal do kategorii cudów zaliczyć trzeba fakt, że polscy lotnicy, mimo to, zestrzelili w czasie kampanii wrześniowej 160 samolotów nieprzyjaciela.

Potwierdza to smutną regułę: wysiłek świetnych żołnierzy zmarnowany przez niekompetentnych dowódców i głupich polityków. Wiosną 1939 roku, pół roku przed wybuchem wojny, sprzedano Wielkiej Brytanii i Rumunii 500 znakomitych działek przeciwpancernych Bofors 37 mm, wiedząc że Hitler dysponuje poważną ilością czołgów.

Czy coś to państwu przypomina? Niejaki Antoni Macierewicz zerwał gotowy już kontrakt na zakup nowoczesnych śmigłowców wielozadaniowych dla wojsk operacyjnych, obiecując, że zamiast tego otrzymają one śmigłowce polskiej produkcji. Minęły 3 lata, a nie dostały ani jednego i nic się w tej sprawie nie dzieje. Ostatnio storpedowano pomysł zakupu dwóch australijskich fregat dla niemal nieistniejącej naszej marynarki wojennej na rzecz pomysłu budowy własnych konstrukcji, których nawet nie zaczęto projektować. Przypominam, że od paru lat w Stoczni Szczecińskiej stoi abstrakcyjna stępka położona uroczyście pod budowę promu, którego też jeszcze nie zaprojektowano, na który nikt nie ma pieniędzy i nikt nie chce go kupić. Wygląda na to, że z tymi fregatami ze Stoczni Szczecińskiej będzie tak, jak z tą stępką pospawaną ze zbyt cienkiej blachy i mającą jakimś cudem pasować do nie zaprojektowanego jeszcze statku. I to właśnie na rzecz interesów tej stoczni zrezygnowano z zakupu gotowych okrętów.

Patriot w akcji

Towarzyszą temu wszystkiemu niekompetentne, wręcz ośmieszające Wojsko Polskie, wypowiedzi polityków. Mieliśmy „produkować drony bojowe”. Trzy lata minęły – gdzie te drony? Ostatnio słyszeliśmy o zamiarze zakupu pocisków tomahawk, których Polska nie ma z czego wystrzeliwać (wystrzeliwuje się je albo z przystosowanych do tego okrętów, albo z ciężkich bombowców, takich jak B-2 – nie mamy ani jednego). Z wielkim hukiem ogłoszono podpisanie kontraktu na zakup baterii rakiet patriot (wynegocjowany przez poprzedników), które skutecznie zaczną działać z kilka lat.

W 1939 roku niekompetencja najwyższych dowódców połączona z głupotą polityków zaowocowała kompletnie błędną strategią.Plan obrony kraju zaczęto opracowywać dopiero w marcu 1939 roku. Był on pełen niekonsekwencji i prowizorki. Ale najgorsze było to, że wiedząc o przygotowaniu armii niemieckiej do wojny manewrowej opartej na kierunkowych uderzeniach kolumn pancernych, postawiono na obronę całego terytorium na zasadzie „nie oddamy ani guzika”. Wojsko było kompletnie nie przygotowane do prowadzenia wojny manewrowej i to wcale nie z powodu braku środków transportu, tylko z powodu jego rozproszenia wzdłuż całej granicy, na przestrzeni ponad tysiąca kilometrów. Tak rozciągnięta obrona była w każdym miejscu słaba, a z braku czasu nie wybudowano umocnień, nie przygotowano dróg zaopatrzenia oraz ewakuacji.

Macierewicz i „terytorialsi”

W przypadku wojny manewrowej, a tak od tamtej pory wglądają niemal wszystkie wojny, rozproszenie wojsk i umieszczenie ich tuż przy granicy jest tragicznym błędem. Przeciwnik uderzając punktowo dużymi siłami w każdym miejscu przełamie linię frontu, a rozciągnięte wzdłuż granicy oddziały nie będą miały możliwości i czasu na przegrupowanie się w silne formacje zdolne do kontrnatarcia.

A teraz popatrzmy, co się robi obecnie. Marnuje się górę pieniędzy na obronę terytorialną zaniedbując wojska operacyjne. Werbuje się „terytorialsów”, którym urządza się bardziej zabawę w wojsko, niż rzeczywiste szkolenie, w momencie, gdy brakuje ludzi do obsadzenia ok. 40 tysięcy etatów żołnierskich. W dodatku władza chwali się, że wojska OT dostają najnowocześniejszy sprzęt, na który czekają wojska operacyjne. Na serio, to nie ma znaczenia, czy niemal wcale niewyszkolony żołnierz OT dostanie najnowszy karabinek, czy starego kałasza, bo ani z jednego, ani z drugiego i tak w nic nie trafi. We wszystkich nowoczesnych armiach w najlepszą broń uzbraja się najlepsze oddziały, a nie najgorsze. W dodatku ta OT, mimo upływu prawie trzech lat od ogłoszenia jej budowy, nadal nie ma podstawowej struktury wojska. Nie ma sprawnego systemu dowodzenia, nie ma magazynów, nie wiadomo, gdzie ma przechowywać amunicję i cięższy sprzęt, nie wiadomo kto i jak ma ich zaopatrywać. Na koniec nie wiadomo właściwie, co ci ludzi mają w razie wojny robić.

Pomysł, że słabo wyszkoleni ochotnicy pokonają „zielone ludziki”, czyli zawodowych komandosów Federacji Rosyjskiej, doświadczonych w walkach na realnych wojnach, jest absurdalny. Tym bardziej absurdem jest koncepcja, że zatrzymają natarcie kolumny pancernej. O kompletnej amatorszczyźnie tej formacji świadczy to, że jej żołnierze, a nawet pododdziały, założyły sobie strony na facbooku. W efekcie służby rosyjskie mają już kompletne listy adresowe, nawet z portretami. Tylko brać i aresztować, a przejęte przy okazji nowoczesne karabinki bardzo się armii rosyjskiej przydadzą.

Kompletnym już oszołomstwem pachnie pomysł tworzenia w XXI wieku na polskich równinach leśnej partyzantki, w kraju, w którym jest już bardzo mało lasów, w czasach, gdy są drony, noktowizory, helikoptery i zwiad satelitarny. To nie góry Hindukuszu w Afganistanie, ani wietnamska dżungla na wapiennych skałach. I to nie te czasy.

Wprawdzie sytuacja geopolityczna Polski przed wrześniem 1939 była inna, niż obecnie, i otwarcie mówiąc dużo gorsza, ale i w tym aspekcie są pewne analogie. Ówczesna Polska miała wrogów, Niemcy i ZSRR, na przeważającej długości swoich granic i nic na to nie można było poradzić, ale już zupełnie niepotrzebnie zrobiła sobie wrogów z Litwy i Czechosłowacji. Oba te kraje były tak samo jak my zagrożone najazdem i można było starać się zbudować z nimi sojusz. Może niewiele by on zmienił, ale w takiej sytuacji każde wzmocnienie sił się liczy. Skrajnym idiotyzmem nazwałbym zajęcie Zaolzia w momencie, gdy Niemcy zajmowały Czechosłowację. Polska i tak wkrótce to Zaolzie straciła razem z niepodległością, nic na tym zajęciu nie zyskała, a tylko zrobiła sobie brzydką opinię w sąsiednim narodzie. Podobnie kompletnie niepotrzebne były rajdy militarne na Litwę. Zysków zero, a zła opinia i niechęć do dzisiaj.

Dzisiejsza Polska jest już skłócona z niemal wszystkim sąsiadami, zmarginalizowana w Unii Europejskiej, gdzie powinna szukać rzeczywistych silnych sojuszników. Wobec zagrożenia ze strony coraz bardziej agresywnej Rosji, polscy politycy obozu rządzącego na siłę szukają wroga w Niemczech, które w tej chwili są demokratycznym krajem i powinny być naszym głównym sojusznikiem. Wygląda na to, że jedynym sąsiadem, którego jeszcze sobie nie zraziliśmy jest Morze Bałtyckie.

A stan naszej armii wcale nie wygląda dobrze. Mamy starzejące się wojska pancerne, starzejące się lotnictwo, prawie wcale nie mamy floty, obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, wojska operacyjne niemal bez śmigłowców, nie obsadzone etaty żołnierzy zawodowych… za to budujemy ogromnym kosztem Obronę Terytorialną, formację o marginalnym znaczeniu.

Przedwojenne władze polityczne zawarły za późno sojusz wojskowy z Anglia i Francją. Gdy dziś słyszę opinie, że kraje te nas „porzuciły” i „nie przyszły z pomocą”, to rozkładam mapę Europy i pytam: – którędy miały przyjść z pomocą? Proszę pokazać mi drogę, którą miały przerzucić wojska do Polski. Droga morska przez Bałtyk odpada, bo nasz kraj został odcięty od morza już pierwszego dnia wojny. Lądowanie na Helu lub Westerplatte wymagałoby desantu morskiego i nie miało żadnego sensu, skoro droga stamtąd do reszty kraju już nie istniała. Z kolei jedyna granica lądowa nie zajęta jeszcze przez wroga była z Rumunią. Nawet gdyby Rumunia chciała przepuścić przez swoje terytorium idące nam z pomocą wojska, to musiałyby one najpierw płynąć niemal dookoła Europy przez Morze Śródziemne i Czarne. W najlepszym przypadku dotarłyby pod koniec października, czyli po bitwie. Realnie ci sojusznicy nie mogli zrobić nic innego, niż to, co zrobili: wypowiedzieć Niemcom wojnę, do której zupełnie nie byli przygotowani. Ale zamiast przyznać, że tak wyglądały fakty, bardzo wygodnie jest przyjąć pozę porzuconej i zdradzonej sierotki, która zaczęła myśleć o własnym bezpieczeństwie o kilka lat za późno.

Słyszy się opinie, że sojusznicy powinni zaatakować Niemcy z drugiej strony. Są to naiwne wyobrażenia ludzi, którym wydaje się, że poważną ofensywę można rozpocząć ot tak, niemal z dnia na dzień. Nawet dzisiejsza, supernowoczesna, armia Stanów Zjednoczonych potrzebuje na przygotowanie takiej operacji kilku miesięcy.

Dzisiejsi polscy rządzący politycy robią dokładnie ten sam błąd, co władze Polski z 1939 roku. Szukają sojuszników bardzo daleko, zamiast wśród najbliższych sąsiadów. Bezpieczeństwo ma nam zapewnić stały pobyt ograniczonego kontyngentu US Army, zamiast własnego sprawnego wojska i sojuszników zza najbliższej granicy. No, ale „nie będzie Niemiec nam tu…”.

Pobyt wojsk USA zapewnia nam bezpieczeństwo tylko w tym sensie, że ew. agresor musi się liczyć z natychmiastowym włączeniem się potężnej armii USA do walki. Niewątpliwie jest to czynnik odstraszający, ale praktycznie tylko odstraszający. A co będzie, jeśli odstraszanie nie zadziała? A co będzie, jeśli Rosja mimo to zdecyduje się na inwazję?

Wostok 2018 – relacja

Rosja niedawno przeprowadziła potężne manewry „Wostok-2018” z udziałem 300 tysięcy żołnierzy, 36 tysięcy czołgów i ponad tysiąca samolotów. Niewątpliwie było to ćwiczenie operacji militarnej na ogromną skalę. Wydatki tego państwa na armię systematycznie rosną. W latach 2012-2016 wynosiły one kolejno: 3,74 %, 3,96 %, 4,1 %, 4,86 % i wreszcie 5,4 % PKB w 2016 roku (źródło: CIA Word Factbook). Jest to rosnący procent rosnącego produktu krajowego. W realnych pieniądzach ten wzrost jest jeszcze większy. Dzisiejsza Rosja na pewno jest w stanie wystawić potężną i dobrze uzbrojoną armię. Gdyby mimo obecności bazy USA zdecydowała się na atak, to kilkutysięczny kontyngent amerykański, nawet znakomicie wyposażony i wyszkolony, nie będzie w stanie jej zatrzymać. A poważna odsiecz ze Stanów Zjednoczonych może dotrzeć najwcześniej z kilka miesięcy, bo musi przepłynąć przez Atlantyk i przejechać przez całą niemal Europę. Przez ten czas Polski już nie będzie. Tak się może skończyć obecna praktyka demolowania własnego wojska i liczenia na obronienie kraju przez sojusznika odległego o wiele tysięcy kilometrów.

Oczywiście Rosja ewentualną wojnę ostatecznie przegra, no i co z tego? Hitler też ostatecznie przegrał i od samego początku było wiadomo, że musi przegrać, ale nasz kraj stracił 6 milionów ludzi i został doszczętnie zniszczony. Dlatego nas nie interesuje ostateczne zwycięstwo po dwukrotnym przetoczeniu się frontu przez nasze ziemie. I dlatego powinniśmy w pierwszej kolejności stawiać na własną silną armię i najbliższych sojuszników.

Generał Waldemar Skrzypczak, w książce „Jesteśmy na progu wojny”, zwraca uwagę na inny aspekt sytuacji – wojnę hybrydową i internetową. Pisze on: „Ale wojna, dziwna, dotychczas nieznana, już się obok nas toczy. Ta tląca się wojna to wojna hybrydowa. Mistrzem jej prowadzenia jest Rosja, która osiąga dziś swoje cele strategiczne bez użycia siły militarnej, choć jeśli będzie tego wymagała sytuacja, jej coraz silniejsze wojsko jest gotowe do ataku”.

Zwraca on też uwagę na istotny, że głównym orężem w wojnie hybrydowej nie będą czołgi czy samoloty, a sprawnie działające służby specjalne.

„Istotą przewagi wywiadowczej jest to, że służby manipulują ludźmi, którzy ulegają w sposób świadomy lub nieświadomy interesom obcego wywiadu (…) W Polsce nie brak nam takich »najprawdziwszych« mącicieli. Ale wykreowano ich też w innych państwach europejskich”.

[…]„Symptomatyczne dla ich działań jest kreowanie polityków czy osób wpływowych, opiniotwórczych, które publicznie straszą Rosją, ale swoimi działaniami w ramach uprawiania polityki osłabiają system bezpieczeństwa własnego państwa. Rosjanie perfekcyjnie żonglują prawdziwymi i fałszywymi informacjami, w taki sposób przeplatając prawdę i fałsz, by osiągać swoje cele” –

mówi gen. Waldemar Skrzypczak.

No właśnie, Rosja od pewnego czasu prowadzi wojnę cybernetyczną według koncepcji: poprzez wpływania na opinię publiczną i polityków za pomocą botów i fakenewsów powodować błędne decyzje wyborcze, polityczne i gospodarcze i w ten sposób osłabić atakowany kraj tak, by stał się bezbronny. O ile wcześniej Związek Radziecki starał się destabilizować świat zachodni za pomocą wspieranie różnych ugrupowań, partii i partyzantek lewicowych, o tyle Rosja Putina stosuje taktykę groźniejszą: wspiera wszelkie ugrupowania dla Zachodu szkodliwe, w tym skrajnie prawicowe, populistyczne, antyunijne.

Obecnie rządzący nic z tym nie robią. Co więcej, mam wrażenie, sami są po części produktem tej rosyjskiej gry i wcale ich to nie martwi. Robią dokładnie to, o czym pisze gen. Skrzypczak: „publicznie straszą Rosją, ale swoimi działaniami w ramach uprawiania polityki osłabiają system bezpieczeństwa własnego państwa”. Działają wedle zasady: dorwać się do władzy, a po nas choćby potop. Tylko czy potop, czy Rosja?

Większość obecnych polityków uważa wybuch otwartej wojny z Rosją za mało prawdopodobny. Tak samo w połowie lat 30. XX w myślano o prawdopodobieństwie wojny z Niemcami Hitlera. Lekceważenie przeciwnika jest jednym z największych błędów w sztuce walki. Warto o tym pamiętać.

Wkrótce będziemy obchodzić 100 lat niepodległości. Będzie dużo dumy, pucu i picu, fanfaronady, wstawania z kolan, polityki godnościowej… W 1939 roku też byliśmy „silni, zwarci i gotowi”, „nie oddamy ani guzika”, Niemcy mieli „czołgi z masła” itp. Możeby zamiast defilady-fanfaronady zacząć na serio myśleć o obronności kraju, by Pupin co „na pewno przegra” nie powiedział nam: – Sto lat… i chwatit!

Krzysztof Łoziński

Polski pisarz, publicysta, alpinista, mistrz i instruktor wschodnich sztuk walki, działacz opozycji antykomunistycznej w okresie PRL, przewodniczący Komitetu Obrony Demokracji (od 2017).

Krzysztof Łoziński: 100 lat niepodległości… i wystarczy?

One Response to “100 LAT NIEPODLEGŁOŚCI… I WYSTARCZY?”

  1. Piotr Butkiewicz 04/11/2018 at 12:22

    dobry tekst ale z pewnym błędem formalnym a to poprzednie rządy obsadzały stanowiska kompetentnymi ludźmi bez patrzenia sie na partyjne koligacje? 😀
    poza tym :
    francuskich mysliwców nie zdążono dostarczyc skoro zakupiono je ledwie na 3 tygodnie przed wojną
    owszem Polacy sprzedawali bardzo nowoczesne mysliwce PZL-P24 ale one były bez silników a Brytyjczycy nam ich nie chcieli dostarczać, za to Turcji Rumunii Grecji jak najbardziej. Nawet najbardziej nowoczesny samolot bez silnika mocno traci na użyteczności

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: