Zosia

Zenon Rogala


       Park, jak park. Alejki, zieleń trawników.  Mijam zgromadzone w plotkarskich kręgach wysmukłe drzewa, niespokojnie poruszające konarami na powitanie i szeleszczące między sobą jakieś swoje konarowe tajemnice.  A w głębi parku gęstwina zielonych krzewów, jeszcze nie tak dawno dzielnie znosząca ciężar białego puchu. Naginane ciężarem śniegu gałęzie, dziś już swobodne i przygotowanie do nowych zadań. Zieleń końcówek gałązek, dopiero wykluwa się  z nabrzmiałych pąków, a te, oślinione wiosennym, lepkim śluzem, pomagają tym wątłym źdźbłom wydostać się z bezpiecznych kokonów. Zieloniutkie źdźbła rozpychają się między sobą zuchwale, aby jak najszybciej zobaczyć ten cudowny świat. Naiwne nie wiedzą, że to właśnie one to piękno tworzą. Jak przyjdę tu za jakiś czas, nawet jutro, zielone mgły na końcówkach gałązek krzewów i te unoszące się nad trawami na łąkach, będą jeszcze bardziej gęste i jeszcze wyraźniej świeże, zanim zamienią się w soczyste zielone liście.

         Słońce niezbyt skutecznie zmaga się o prymat z porywistym, widać wyraźnie, jeszcze niezdecydowanym, czy już skończyć z poddaństwem wobec zimy i zacząć być wiosennym wiatrem i słuchać rozkazów  nowej pani. Jego chwilami przenikliwe podmuchy, przeganiają z ławek nielicznych amatorów witania się ze słońcem. Wystarczyć musi tylko szybki portret twarzą w twarz do słońca. Jeszcze tylko składany  jak co rok słoneczny meldunek, że przeżyłem zimę i że jeszcze wpadnę tu za parę dni, jak tylko słoneczko pokona ten wiatr, który okazuje się dobrym znajomym i poddanym zimy, broniącym jej temperatur, choć wiadomo przecież, że z każdym dniem szanse na powrót zimy maleją.

         Kręta, ograniczona niewysokimi metalowymi listwami alejka, wiedzie w dół parku, ku widocznej z daleka sadzawce, otoczonej żwirową alejką. Osłonięte od wiatru miejsce pozwala na dłuższy przystanek na ławce.

Wiatr dobrze wie co o nim myślę i nawet tu dopada mnie i złośliwie wyrywa mi rąk gazetę. Najpewniej wolałby, żebym sobie poszedł, ale moją uwagę przekłuwa liczne stado kaczek zgromadzonych po przeciwnej stronie.  

         Miała fantazyjnie zawiązany szalik i wygodną wzorzystą kurtkę. Stała tuż nad brzegiem i rzucała bez większego wysiłku pokarm dla kaczek. One licznie podpływały i  trzepotem skrzydeł i pluskiem wody konkurowały między sobą o jedzenie. Każdy rzut zawartości dłoni kierowała w coraz to inne miejsca, przez to harmider świadczący o konkurencji między ptakami, oraz  plusk wody stawały się dodatkowym, akustycznym urozmaiceniem.

         Bez wątpliwości czynność ta była dla karmicielki wielką frajdą, bo ilekroć stado pochłonęło rzucane kęsy, ona hojnie rozrzucała następne.  Jej twarz wyrażała dziecięcą radość i całkowite zapomnienie. Nie widziała mnie zasłoniętego szarpaną wiatrem, płachtą gazety. Patrzyłem z satysfakcją na jej dobroczynność i nie wiedzieć czemu, przyszła mi na myśl inna dziewczyna podglądana w czasie karmienia drobiu, ale tamta żyła dokładnie dwieście lat temu i miała na imię Zosia.

Wszystkie opowiadania Zenona 

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: