Jego rodzina stworzyła w Polsce kefirowe imperium. A on odbudował Warszawę

Józef Sigalin taki miał charakter, żeby wszystko, co mu powierzano, realizować z zaangażowaniem i jak najlepiej. Jak trzeba było pisać, to pisał. Jak trzeba było walczyć, to walczył. Jak trzeba było odbudowywać Warszawę, to odbudowywał – mówi Andrzej Skalimowski, autor książki „Sigalin. Towarzysz odbudowy”.

Przewrotny ten tytuł.

Wydaje mi się, że dobrze oddaje dwie sprawy: to, że Józef Sigalin, jako naczelny architekt Warszawy, towarzyszył wszystkim większym powojennym inwestycjom w mieście, i to, że był komunistą, członkiem partii. „Towarzysz odbudowy” charakteryzuje drogę życiową tego człowieka.

Bez partyjnego towarzysza nie byłoby towarzysza odbudowy?

Myślę, że nie. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku w Polsce funkcje, jak te Sigalina – wówczas naczelnego architekta Warszawy – mogli pełnić tylko ludzie, do których władze miały zaufanie.

O Sigalinie sporo wcześniej czytałem, ale o kefirowym imperium nie miałem pojęcia.

Sam się o nim dowiedziałem dopiero, gdy zacząłem głębiej szperać w jego historii rodzinnej. Zastanawiałem się, skąd pochodził i skąd ma to nietypowe w Polsce nazwisko. I kiedy przeglądałem prasę z początku ubiegłego wieku, co rusz natykałem się na reklamy kefirów Klaudii Sigalin, a potem, po nawiązaniu kontaktu z rodziną Sigalina, zyskałem dostęp do niepublikowanych materiałów.


Józef Sigalin na zjeździe SARP-u w 1957 r. (fot. Tadeusz Rolke / AG)

 

I czego się z nich dowiedziałeś?

Tego, że jego rodzina pochodziła z Kaukazu i przybyła do Polski z – wydaje mi się – legendą asymilacyjną o tym, jak to babka Sigalina brała udział w powstaniu górali kaukaskich i po przegranej, na skutek represji carskich, musiała uciekać, docierając w ten sposób do Warszawy.

A jaka jest prawda?

Myślę, że Sigalinowie przyjechali na zachodnie rubieże Imperium Rosyjskiego jako przedsiębiorcy, przynajmniej babka Klaudia Sigalin.

Która przywiozła skarb.

Nieznane w Polsce grzybki kefirowe, niezbędne do procesu fermentacji przy produkcji kefiru. To Sigalinowie rozpropagowali u nas nieznany wcześniej kefir, który najpierw był napojem wyższych sfer, a potem trafił także do tych niższych.

Sigalinom udało się nad Wisłą zbudować małe imperium.

Mieli pijalnie kefiru między innymi w Warszawie, Łodzi, Lublinie czy niezwykle wówczas modnym Ciechocinku. To była całkiem zamożna rodzina, mieszkająca nie pod byle jakim adresem warszawskim, bo przy ulicy Królewskiej. Po śmierci babki firmę podzielono między liczne rodzeństwo – zakład przy Królewskiej przejął Michał Sigalin, ojciec Józefa. Michał wykształcił sześcioro swoich dzieci, co przed wojną było sporym wyczynem.

Rodzina była żydowska?

Babka czuła się na pewno Żydówką, ale wnuki już niekoniecznie. Trzecie pokolenie Sigalinów, do którego zaliczał się Józef, uważało się za Polaków wyznania mojżeszowego – to najlepiej opisuje ich tożsamość, choć religii w ich życiu było raczej niewiele. Sigalinowie nie obchodzili żydowskich świąt, nie chodzili do synagogi, nie mówili w jidysz, a Józef był kształcony wyłącznie w polskich szkołach i myślę, że nie czuł się Żydem. Podobnie jak jego siostry i bracia.

Budowa Trasy Łazienkowskiej była jednym z najważniejszych projektów Sigalina (fot. NAC)
Bracia architekci, dodajmy.

I Roman, i Grzegorz Sigalinowie byli przed wojną architektami i przeszli do historii architektury głównie jako projektanci luksusowych kamienic.

Ale historia nie dała im szansy na rozwój talentów i obeszła się z rodziną Sigalinów brutalnie. Grzegorza – komunistę – zamordowali w ramach czystek Sowieci. Roman – żołnierz Wojska Polskiego – też został zamordowany przez Sowietów, ale w Starobielsku. A matka z siostrą pojechały z getta warszawskiego prosto do Treblinki.

To był jeden z powodów, dla których zająłem się Sigalinem, bo on – i jego rodzina – przeszedł chyba przez wszystkie kataklizmy dwudziestego wieku. Józef Sigalin urodził się w Warszawie w 1909 roku jako poddany cara. Jego wczesna młodość to pierwsza wojna światowa, potem II Rzeczpospolita, międzywojnie, druga wojna, budowanie w Polsce systemu komunistycznego i trzydzieści pięć lat pracy w Polsce Ludowej pod rządami Bieruta, Gomułki i Gierka. Umarł w 1983 roku, jeszcze w stanie wojennym.

Splot wojska i architektury wydaje mi się szczególnie w biografii Sigalina znaczący, bo zaprowadził go tam, dokąd zaszedł. Prawda to?

Prawda, ale zainteresowanie komunizmem zaczęło się już w latach szkolnych. Sigalin bardzo wierzył w postulaty rewolucyjne, które głosiły powszechną równość. Czytał Żeromskiego i, jak wielu wówczas młodych ludzi, raziła go społeczna niesprawiedliwość. Kiedy więc dostał wezwanie do podchorążówki, wstąpił tam do Komunistycznej Partii Polski, i to wszystko rzeczywiście zaważyło na jego życiu, bo później, już w Armii Polskiej na Wschodzie, dosłużył się stopnia majora.

Sigalin był też odpowiedzialny za budowę trasy W-Z (fot. NAC)
Walczył w tej armii czy był politrukiem?

I to, i to. Zaczynał jako oficer polityczny, ale pełnił też służbę liniową. Pod Lenino zdobył w walce pistolet niemieckiego oficera i miał go do końca życia. W wojsku poznał wielu towarzyszy, którzy niebawem mieli objąć najważniejsze funkcje państwowe w nowej, komunistycznej już i zależnej od Moskwy Polsce. Tak zwana Armia Berlinga, utworzona z polecenia Stalina na terenie ZSRR, była przecież kuźnią kadr. Służyli w niej między innymi Hilary Minc, Aleksander Zawadzki czy Jerzy Putrament.

Dobry fundament pod przyszłą karierę.

Ale karierę, trzeba dodać, zgodną z kompetencjami, co było wówczas bardzo rzadkie. Jestem przekonany, że Sigalin mógł pełnić znacznie wyższe polityczne funkcje w Polsce Ludowej, mógł pewnie iść nawet do resortów siłowych, ale nie chciał. Jego interesowała tylko Warszawa i jej architektura, a ściślej rzecz biorąc – urbanistyka.

Ale, zdaje się, był dobry we wszystkim, do czego się zabierał.

Taki miał charakter, żeby wszystko, co mu powierzano, realizować z zaangażowaniem i jak najlepiej. Jak trzeba było pisać, to pisał. Jak trzeba było walczyć, to walczył. Jak trzeba było odbudowywać Warszawę, to odbudowywał. Działał przy tym do końca życia w żołnierskim stylu. Spał krótko w stałych odstępach czasu, co było charakterystyczne dla wszystkich, którzy służyli kiedyś na froncie. Potrafił przyjechać na przykład o piątej rano na plac budowy i oczekiwał, że wszyscy będą już gotowi do pracy. Jego współpracownicy raczej za taką dyscypliną pracy nie przepadali.

Sigalin (drugi z prawej) na zjeździe SARP-u w 1957 r. (fot. Tadeusz Rolke / AG)
Wiedział, co się podczas wojny stało z rodziną?

Wiedział o matce i siostrze, bo dostawał listy z Polski. One zresztą prawdopodobnie zażyły w trakcie likwidacji getta cyjanek. Jeśli natomiast chodzi o braci, myślę, że liczył na to, że Grzegorz jest może w jakimś łagrze, z którego da się go wyciągnąć. A Roman figurował na liście katyńskiej, więc było jasne, że nie żyje. Trudno powiedzieć, kiedy się dowiedział, że w Starobielsku mordowali Sowieci, a nie Niemcy. Pewnie pod koniec wojny nie miał już wątpliwości.

Nie zmieniło to poglądów zdeklarowanego komunisty?

Nie, pewnie jak inni komuniści potraktował śmierć braci jak dziejową konieczność. Stalin i partia przecież nigdy się nie mylą. Skoro wcześniej polscy komuniści nie protestowali, kiedy Stalin kazał wymordować całe kierownictwo Komunistycznej Partii Polski, to jak mieliby protestować w innych sprawach? Ale chcę tu jednocześnie dodać, że Sigalin był człowiekiem bardzo sentymentalnym. Po wojnie odnalazł na przykład swoją opiekunkę i traktował ją jak matkę. Jeździł na uroczystości do Treblinki. Miał też wyrzuty sumienia związane z powstaniem warszawskim, które oglądał jako berlingowiec z drugiej strony Wisły.

Może z tych wyrzutów sumienia zabrał się tak chyżo do odbudowy Warszawy?

Może, w każdym razie wszyscy moi rozmówcy, nawet ci dalecy od jego poglądów politycznych, podkreślali, że Sigalin był po prostu przyzwoitym facetem, choć nie wiem, czy było tak do końca w sprawach damsko-męskich.

Budowa Mostu Gdańskiego (fot. NAC)

 

 

Bo kochliwy był bardzo.

Miał absolutnie niezwykłe do tych spraw podejście i uważał, że właściwie wszystkie kobiety jego życia powinny się przyjaźnić. Jak można się domyślać, nie było to proste, nad czym ubolewał.

I co tak do niego przyciągało te wszystkie kobiety?

To był typ przedwojennego amanta. Do tego człowiek władzy, a ta zawsze przyciąga. I inteligentny, co nie było regułą wśród decydentów. Ciągnęła się też za nim legenda pierwszych lat odbudowy Warszawy, która budziła wielkie emocje.

Taki ważny, a musiał dokończyć studia?

To jest w sumie dość zabawna historia. Kiedy wybuchała wojna, Sigalin był na ostatnim roku, więc nie zdążył się obronić, ale po wojnie zaczął używać tytułu inżyniera. Władze Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej wezwały go do zaprzestania tej praktyki albo sformalizowania wykształcenia. Poszedł więc na egzaminy jako zastępca szefa Biura Odbudowy Stolicy. Jeden z nich zdawał u swojego podwładnego w BOS-ie, profesora Jana Zachwatowicza, z którym zresztą prywatnie się lubili.

Józef Sigalin (drugi z prawej) podczas wyborów na prezydenta Warszawy w 1957 r. (fot. Tadeusz Rolke / AG)

 

 

I nie toczyli tych słynnych wojen o zabytki?

To jest czarna legenda Sigalina, który chciał ponoć wszystko wyburzać, a profesor Zachwatowicz tych budynków bronił. Decyzje były oczywiście podejmowane po nieraz gorących dyskusjach, ale wszyscy w BOS zdawali sobie sprawę, że najważniejsze zabytki trzeba odbudować, a resztę ruin zburzyć pod nowe miasto z szerokimi arteriami i zielenią. Nikt nie chciał wracać do koszmaru ciasnej i przeludnionej stolicy. Z drugiej strony, pamiętajmy, że komuniści odbudowali Stare Miasto, Zamek czy Trakt Królewski. Były im te zabytki potrzebne, żeby legitymizować swoją władzę.

Dostał Sigalin dzięki Niemcom, choć brzmi to perwersyjnie, szansę na kompletną przebudowę Warszawy. Pewnie mu się oczy na samą myśl o tym świeciły.

Pewnie tak, choć świeciły przez łzy, bo Warszawę, swoje rodzinne miasto, dobrze pamiętał i był z nią związany emocjonalnie. Trzeba jednak ją było podnieść z gruzów w nowej formie. Taką szansę dostaje się może raz na kilkanaście pokoleń.

Powstało wówczas z jego udziałem sporo sztandarowych warszawskich inwestycji, jak choćby Trasa W-Z, Trasa Łazienkowska, most Poniatowskiego, most Gdański, MDM, Pałac Kultury czy wymienione przez ciebie Stare Miasto. Można te projekty podzielić na dobre i złe?

Wszystkie trasy, mosty, ulice były na pewno bardzo potrzebne i dobrze zaprojektowane, ale niektóre realizacje do dzisiaj wzbudzają kontrowersje – to MDM czy Pałac Kultury, które powstały w czasach stalinowskiego socrealizmu. Sigalin, jako naczelny architekt Warszawy, był politycznym opiekunem tych inwestycji.

Końcowy etap odbudowy Zamku Królewskiego, 1974. (fot. NAC)

 

 

 

Ale cóż on miał do gadania w sprawie Pałacu Kultury „podarowanego” przez Stalina?

Zgoda, to była propozycja nie do odrzucenia, ale Sigalin mógł być może wpłynąć na lokalizację Pałacu. Z drugiej strony, właśnie w tym rejonie miasta planowano nowe centrum, dyskutowano o tym już w 1945 roku. Myślę, że Sigalin w gruncie rzeczy był zadowolony ze wszystkich tych realizacji, z których zresztą większość objęta jest dzisiaj ochroną konserwatorską.

Należy się Sigalinowi ulica w Warszawie?

Uważam, że należy mu się ulica za jego zasługi dla miasta, co jest dzisiaj niemożliwe, bo trudno oddzielić Sigalina budowniczego od Sigalina komunisty. Ale może kiedyś?

Polubiłeś go trochę?

Tak, choć starałem się oczywiście, pisząc o nim, trzymać dystans. Ale nie ukrywam, że jestem zafascynowany jego postacią i tym, co udało mu się osiągnąć. Trudno sobie wyobrazić dzisiejszą Warszawę bez jego realizacji.

Książka Andrzeja Skalimowskiego ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. Ania Światłowska / mat. prasowe)
Więcej: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,24203057,jego-rodzina-stworzyla-w-polsce-kefirowe-imperium-a-on-odbudowal.html#s=BoxWeSl_1_1

 

Przyslala Rimma Kaul

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: