Wejscie sowietow cz. 2

 

Koniec lata 1939 r. Siemiatycze, drugie co do wielkości miasteczko w powiecie bielskim. Mieszkają tu 8.183 osoby. Co drugi mieszkaniec jest wyznania mojżeszowego. Kilkanaście procent mieszkańców stanowią prawosławni. Żydzi zajmują się w większości przemysłem, handlem.

Podział ten jednak nie zakłóca w miarę zgodnego współżycia wszystkich mieszkańców. Docierają do nich coraz bardziej niepokojące wieści polityczne, bowiem sytuacja międzynarodowa, za sprawą hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego Związku Sowieckiego, prowadzi nieuchronnie do wielkiej wojny w Europie. Nikt w Siemiatyczach oczywiście nie wie wtedy o zawartym w sierpniu pakcie Ribbentrop – Mołotow, wedle którego wschodnia Polska wraz nadbużańskim Podlasiem mają wkrótce stać się częścią Związku Sowieckiego.

 

Po latach, Antoni Nowicki, późniejszy fotograf siemiatycki, wówczas mając 18 lat, pracujący jako stażysta w Kasie Stefczyka, tak wspominał panującą wtedy atmosferę: „Już kilka dni przed 1 wrzenia 1939 r. okna we wszystkich domach były poklejone papierami, aby nie wypadły szyby po wybuchu pierwszych bomb. Trochę to jednak zabezpieczało. Była wielka panika. Nikt tu sobie nie wyobrażał, jak ta wojna może wyglądać. Starsi pamiętali poprzednią woj­nę – światową, ale nie można było tego porównywać”.

Atmosferę narastającego na­pięcia zapamiętał również w swo­ich wspomnieniach Ludwik Ry­cerz, syn siemiatyckiego księga­rza, wówczas dziesięciolatek: „Rozmowy starszych. Długie, nie­kończące się dyskusje na temat zbliżającej się wojny. Radiowe przemówienie ministra Becka. Mieliśmy głośnikowe radio, niez­byt jeszcze powszechny sprzęt w Siemiatyczach. Ojciec otwierał okno, wystawiał na parapecie ok­na radio i nastawiał głośność na maksimum. Pod oknem groma­dziło się zbiegowisko ludzi. Przeważali okoliczni Żydzi. Słuchano w napięciu i ponurym nastroju. Szczególnie przemówienia minis­tra spraw zagranicznych – Becka. Nie pamiętam, czy przed tym przemówieniem, czy po, była mo­bilizacja. Rejwach w mieście, goń­cy rozwożący na rowerach karty mobilizacyjne. Niezbyt dobrze to rejestrowałem. Udzieliła mi się ty­lko ogólna atmosfera podniece­nia. Być może także strach w oczach dorosłych… Na rynku poja­wiły się patrole żandarmerii woj­skowej. Polowe mundury, karabi­ny z bagnetami, jakimś bardzo długimi, czworokątnymi, wido­cznie z poprzedniej wojny – fran­cuskimi. Maszerowali, wygląda­jąc groźnie, jak mi się wówczas wydawało. Szli długim, wolnym, marszowym krokiem, chrzęszcząc okutymi i gwoździowanymi butami. Patrolowali rynek”.

Początek wojny

1 września, pierwsze niemiec­kie naloty nad Polskę odbyły się o godz. 4.40, na godzinę przed wschodem słońca. Powoli wsta­wał świt. Było prawie bezchmur­nie. W tych dniach była przyjem­na temperatura końca lata, 20 – 22 stopnie, w słońcu gorąco, sucho i ciepło. O godz. 5.15 pierwsze sa­moloty niemieckie zrzuciły bom­by na most kolejowy na Bugu w Maćkowiczach.

Most obsadziła w sierpniu 1939 r. II i V bateria 9 dywizjonu artylerii przeciwlotniczej DOK IX w Trauguttowie k. Brześcia Litew­skiego, która rozlokowała się przy moście od strony wsi Maćkowicze i z drugiej strony mostu koło wsi Fronołów. W pierwszych nalotach i bombardowaniach brały udział trzy klucze, a więc dziewięć samo­lotów Heinkel 111P. Bomby zrzu­cane z dużej wysokości spadały je­dnak do wody lub daleko od celu. Pojawił się również Junkers, ostrzeliwując most z broni pokłado­wej. Pomimo częstych (kilka razy dziennie) nalotów, obrona mostu była na tyle skuteczna, że nie zos­tał on trafiony. Nie było też poważniejszych strat w ludziach. Pew­ną rolę w obronie odegrał podciągnięty bliżej mostu, ze stacji Siemiatycze, pociąg z amunicją. Obrońcy mostu trafili sześć, a strącili co najmniej trzy, samoloty wroga (spadły w okolicy Bociek, Wysokiego Litewskiego i Janowa Podlaskiego). Baterie broniły się do 12 września, kiedy wojska niemieckie, piechota i czołgi, zmusiły żo­łnierzy polskich do wycofania się na drugą stronę Bugu i dalej na wschód w kierunku Brześcia. W obronie mostu brali udział jako żołnierze m.in. Adam Krasowski i Konstanty Skierczyński z Siemia­tycz.

8 września, w piątek, ok. godz. 6 rano samoloty wchodzące w skład Grupy Lotniczej „Prusy Wschodnie”, dowodzonej przez gen. lot. W. Wimmera, wracające znad mostu na Bugu, zrzuciły na miasto całą masę bomb burzących i zapalających. W ten sposób dla Siemiatycz rozpoczął się trudny i dramatyczny czas wojny. Nastę­pnego dnia około godz. 18 samo­loty zrzuciły bomby w rejonie koś­cioła. Zapaliły się domy przy ul. Czartajewskiej, drewniane, kryte słomą. Spaliły się prawie wszyst­kie. Tam były pierwsze ofiary. Jak podaje W. Monkiewicz (Zbrodnie hitlerowskie w Siemiatyczach w okresie II wojny światowej, Stu­dia i materiały z dziejów Siemia­tycz, Warszawa 1989): „w jednym z domów ogarniętych pożarem spłonęła żywcem obłożnie chora Paulina Gryniewicz, licząca 60 lat. Jej siostra, 40-letnia Anna Gryniewicz w panice wybiegła na ulicę i udała się nad Kamionkę, gdzie została zastrzelona przez jednego z lotników niemieckich, który po zrzuceniu bomb specjalnie zszedł na niższą wysokość, aby celniej (w locie nurkowym) trafić z karabi­nów pokładowych w uciekają­cych ludzi”. Omal nie doszło do tragedii również, gdy na podwó­rzu Hamerszlaka (prowadził ma­gazyn i sklep z naftą w budynku po północnej stronie Rynku, w którym po wojnie mieściła się popularna knajpa), wybuchła bo­mba. Na szczęście mieszkańcy by­li już na to przygotowani, że niko­mu nic się nie stało.

Wg danych W. Monkiewicza, przy ul Czartajewskiej oraz in­nych ulicach i placach na skutek nalotów spaleniu lub zniszczeniu uległy 134 budynki, w tym 27 mieszkalnych.

Wspomina dr Adam Wołk, wówczas mały chłopiec obserwu­jący wydarzenia z majątku w Cza­rtajewie: „Niemcy nadlatywali co­raz częściej, coraz niżej. Pamiętam pierwsze bombardowanie Sie­miatycz. Nadleciał nad ul. Czartajewską samolot i bombami zapa­lającymi, sześcioma chyba, wznie­cił pierwszy wojenny pożar. Było to koło 4.00 po południu. Łuna długo gorzała nad miastem, wido­czna z naszego Czartajewa. Bom­by burzące celowane były w koś­ciół – upadły na mokradła nad Kamionką, tu gdzie dziś powstał za­lew. Obwód wyrwy w ziemi ob­mierzył wójt, wynosił 60 kroków. Zaczęły się teraz te niskie, bezczel­ne latania niemieckich samolo­tów. Czarne krzyże na skrzydłach tak nieprzyjazne były, wrogie”.

Oddajmy również głos Oldze Olschewski, nauczycielce z Bawa­rii, która była boną do dzieci w ro­dzinie Wołków, a która w swoim pamiętniku pod datą 8 września zapisała: „Wieczorem widzieliś­my trzy blisko siebie lecące nie­mieckie oraz cztery trochę mniej­sze, wyżej lecące, lśniące samolo­ty. Nagle nastąpiły dwie detonac­je, tak silne, że nasze drzwi i okna zatrzęsły się, potem kilka słab­szych. Po kilku minutach zaczer­wieniło się niebo ze strony Siemia­tycz, dym w ciemnych chmurach wzniósł się ku niebu i wąska czerwona smuga zabarwiła wieczorne niebo. Dokładnie po przeciwnej stronie zachodziło słońce. Pięknie, na czerwono, majestatycznie, wy­cofywało się powoli za ciemną chmurę, jakby zasłaniało pro­mienne oblicze przed okrucieńst­wem wojny”.

Ze wspomnień Ludwika Ry­cerza: „Jakiś oddział sanitarny z rannymi zatrzymał się w Siemia­tyczach. Zakwaterował się w sta­rej szkole przy ulicy Czartajewskiej, na zakręcie ulicy w pobliżu cerkwi. Potrzebowali pomocy medycznej. Zgłosiła się między innymi moja mama (akuszerka – jako pielęgniarka) i jej wujek dr Kazimierz Arcichowski. Opieko­wali się rannymi wspólnie z pielęgniarką wojskową, sanitariuszem i lekarzem wojskowym. (…) Po uzgodnieniu z lekarzem wojs­kowym, niektórzy z mieszkań­ców zabierali lżej rannych do swo­ich domów. Lekarz wystawiał im dokumenty zwolnienia ze szpita­la, aby nie uważano ich za dezerterów. Ponadto chodziło o to, żeby w przypadku wkroczenia do Sie­miatycz wojsk niemieckich, nie zostali zabrani do obozów jeniec­kich. Ukryci w prywatnych do­mach lżej ranni żołnierze urato­wali się. W cywilnych ubraniach, chyba większość z nich zdołała powrócić do swoich domów. (…) Nie słyszałem wówczas, żeby którykolwiek z tych żołnierzy wpadł w ręce Niemców czy później so­wietów (…). Zmarło wówczas w ciągu kilku dni kilkunastu ran­nych żołnierzy (…). Zmarłych żołnierzy miejscowi ludzie pocho­wali na siemiatyckim cmentarzu, w pustej wówczas kwaterze „no­wego” cmentarza, – w północno- zachodnim narożniku”.

W tych dniach toczy się wielka bitwa nad Bzurą w centralnej Pol­sce. 10 września, po dwóch dniach obrony, pada odcinek umocniony Wizna – „Polskie Termopile”. Następnego dnia, 11 września, w po­niedziałek, przed nocą do miasta wjeżdżają pierwsze oddziały głó­wnych sił niemieckich. Przez trzy doby na ulicy Ciechanowieckiej słychać huk motorów. Jest to XX Dywizja Zmotoryzowana XIX Korpusu Pancernego gen. Heinza Guderiana, która wcześniej od strony Prus przekroczyła granicę Polski. Wielu ludzi wychodzi na ulice oglądać Niemców. W zamie­szaniu, pod kołami pojazdu nie­mieckiego ginie Eudokia Kobus.

Wejście Sowietów. Wrzesień 1939 w Siemiatyczach – Marek Antoni Nowicki (“Głos Siemiatycz” nr 1202, 13 września 2018 – Notatnik Historyczny)

 

W walce z nimi ginie w Sie­miatyczach sześciu żołnierzy pol­skich z rozbitego baonu zapaso­wego lotnictwa. Wyskoczyli z sa­mochodu. Był on chyba uszko­dzony. Kryli się między domami, ale zostali postrzeleni przez Nie­mców z karabinu maszynowego. Leżą na cmentarzu w grobie wojs­kowym. Antoni Nowicki zapa­miętał, że ktoś w samochodzie znalazł ich dokumenty i przyniósł do magistratu, polskiego, miejs­cowego, który w dalszym ciągu działał.

Tego samego dnia, 11 wrześ­nia, Niemcy zbombardowali pol­ski pociąg pancerny na wiadukcie k. Grabarki. Zginęli wtedy m.in. maszynista tego pociągu Jan Pypno (pochodził z Wołkowyska, miał wtedy 44 lata, pochowany jest na cmentarzu w Siemiaty­czach) oraz kpt. Bandura, pocho­wany w żołnierskiej mogile koło wiaduktu.

I znów Ludwik Rycerz: „Ulicą 11 Listopada przez kilka dni prze­walały się kolumny samochodów ciężarowych załadowane piecho­tą (niemiecką – przyp. MAN). Żad­nych pieszych kolumn, samocho­dy duże i małe, transportery gą­sienicowe, żadnych koni ani tabo­rów konnych. Przeciwnie niż pol­skie oddziały, z nielicznymi samo­chodami, z konnymi zaprzęgami, z nieliczną bronią maszynową no­szoną na plecach, usiłujące oder­wać się od nieprzyjaciela (…). Do­piero 4-5 kilometrów dalej, na Bugu, Polacy usiłowali zorganizo­wać jakiś opór. Chyba stamtąd strzelała polska artyleria. Odpowiadali im Niemcy gdzieś spoza Siemiatycz. Słyszeliśmy lecące nad nami z charakterystycznym dźwiękiem pociski. Baliśmy się, zresztą niepotrzebnie, jak się po­tem okazało. Była to wymiana og­nia między polskimi i niemiecki­mi bateriami. My byliśmy w „martwym polu” (…). Widziałem z od­dali, na tle płotu fabryki kafli, po drugiej stronie ulicy, jednego pol­skiego żołnierza z rękami podnie­sionymi w górę, prowadzonego przez dwóch Niemców w kierun­ku rynku. Był to dla mnie strasz­nie przygnębiający widok. W mię­dzyczasie przybłąkał się do nas przestraszony żołnierz, przekradający się opłotkami. Chował się na podwórka, prosił o cywilne ubranie (…). W tyle, z boku szosy po­suwali się szperacze niemieccy. Dalej po opłotkach posuwała się niemiecka tyraliera. Udało mu się schować wśród zabudowań. Szo­są (ulicą 11 Listopada) jechała z chrzęstem gąsienic niemiecka kolumna pancerna. Z odległości stu kilkudziesięciu metrów Niem­cy, zamknięci w czołgach i jadący w odkrytych transporterach gą­sienicowych lub na motocyklach w gęstej kolumnie, nie mogli go widzieć. Musieli uważać na ruch na jezdni (…)”.

Olga Olschewski postanowiła wtedy udać się pieszo z Czartaje­wa do Siemiatycz:”(….) Od rzeźni wzdłuż ulicy po obu stronach sta­ły czołgi i odkryte samochody, wokół stali uzbrojeni żołnierze, rozstawiono straże. Podeszłam do nich pozdrawiając, a oni powie­dzieli, że droga do miasta jest wo­lna. W krzakach na poboczu zau­ważyłyśmy wiele samochodów. Na podwórzach w przedmieściu było wszędzie pełno żołnierzy i samochodów. Wskutek pożaru wywołanego przez bomby wszys­tkie domostwa przy całej ulicy Czartajewskiej były spalone, gdzie drewniane domy pokryte były tylko strzechą albo gontem. Około osiemdziesiąt domów zos­tało spopielonych, sterczą tylko czarne kominy i opalone drzewa owocowe. Dwie kobiety padły ofiarą tego ognia. Na łące przy uli­cy zostały zabite pasące się krowy księdza. Poza tym, oprócz bezdomności rodzin, żadnych inny szkód. W mieście wszystko było zamknięte,  Żydzi siedzieli na sto­pniach schodów przed ich skle­pami, kobiety i dzieci, prawie wy­łącznie Żydzi, przyglądali się samochodom i żołnierzom z lękiem i ciekawością jednocześnie. Niem­cy przeprowadzili grupę polskich żołnierzy i cywili z tobołkami na plecach przez miasto do kościoła. Kościół, który był kiedyś klaszto­rem (sic!), jest ogrodzony silnym murem. Zwykle zamknięta brama była otwarta, w niej stali uzbrojeni żołnierze, jeden był zajęty usuwa­niem przymocowanego na murze kościelnym białego orła. Nad mu­rem kościelnym stoi figura Anioła Michała z mieczem w ręku, na któ­rą przechodząc tak chętnie spog­lądałam, bo on przedstawia sym­bolicznie zwycięstwo dobrego nad złem, sprawiedliwości nad niesprawiedliwością, zwycięstwo mocy boskiej nad diabelską. (…).”

W nocy z 13 na 14 września bit­wę z pancernymi oddziałami nie­mieckimi toczą pod Olszewem żołnierze Suwalskiej Brygady Ka­walerii.

W tym czasie wiele rodzin ucieka z miasta przed wojną. Wy­jeżdżają do znajomych, kuzynów albo zupełnie przypadkowo, li­cząc na los.

Wojska niemieckie po zajęciu Siemiatycz kierują się na Wysokie Litewskie, a następnie Brześć. Już 11 września do marszałka Śmigłe­go – Rydza stacjonującego w Brze­ściu dociera wiadomość o zajęciu Siemiatycz. Postanawia wtedy ewakuować swój sztab, a w twierdzy zorganizować obronę. Toczą się walki o mosty na Muchawcu i Leśnej, na przedpolach Brześcia. W tym czasie w kierunku Brześcia wycofują się obrońcy mostu na Bugu.

Po zajęciu Siemiatycz Niemcy aresztują jako zakładników księ­dza Stanisława Paczkowskiego, burmistrza Mieczysława Lankaua oraz byłego burmistrza Józefa No­wickiego. Obwożą ich po ulicach grożąc, że zabicie jakiegokolwiek Niemca będzie oznaczać, że zosta­ną oni rozstrzelani. Wkrótce jed­nak zakładnicy zostają wypusz­czeni. Następnie wzywają rabina Chaima Gersteina, wiceburmist­rza Jankiela Rubinsa oraz Zundla Monczera i czynią ich odpowie­dzialnymi za miejscowych Żydów.

Dramatyczne pierwsze dni okupacji niemieckiej znalazły ró­wnież swoje miejsce w księdze pa­mięci społeczności żydowskiej Siemiatycz pt: „Kahał Siemiatycki” (Kehilat Semyatits) (wydanej w 1965 r. w Tel Avivie). Autorzy piszą, że pierwsza okupacja nie­miecka Siemiatycz przypadła na okres Wielkich Świąt – Jom Kipur i Sukot. Wielu Żydów bało się jed­nak iść do synagogi lub w ogóle pokazywać się na ulicach. Rabin Gerstein ogłosił, że główna pieśń święta Jom Kipur „Kal Nidre” (Wszystkie śluby) nie będzie śpie­wana jak zwykle w nocy, ale o godzinie drugiej po południu, w przeddzień tego święta. W trakcie śpiewania tej pieśni żołnierze niemieccy wtargnęli do synagogi i zaczęli śpiewać hymn nazistów – pieśń „Horst Wessel”. Następnego dnia, podczas obrzędów święta Jom Kipur, Niemcy weszli do siemiatyckich synagog. Modlący się w nich Żydzi wpadli w ogromną panikę. Wielu wyskakiwało przez okna. W synagodze „Khay Odom” przy ul. Drohiczyńskiej żołnierze niemieccy zastrzelili uciekającego Josela Turnera. Jego ciało zawisło na okiennym parapecie.

Kilka dni później, ok. 17 wrze­śnia, wojska niemieckie – ku zas­koczeniu miejscowych – wróciły, a następnie od 21 września zaczę­ły wycofywać się w kierunku pół­nocno – zachodnim, z którego wcześniej przybyły – drogą na Cie­chanowiec. Ostatni żołnierze nie­mieccy opuścili okolice Siemia­tycz 25 września. Nikt wtedy nie rozumiał, że wynikało to z tajnych porozumień z Paktu Ribbentrop – Mołotow, na podstawie którego 17 września granice Rzeczpospo­litej na wschodzie przekroczyła Armia Czerwona i posuwając się szybko na zachód dotarła 28 września do Siemiatycz, ustana­wiając w tej okolicy granicę mię­dzy III Rzeszą i Związkiem Sowie­ckim na Bugu. Potwierdził to za­warty 28 września niemiecko – sowiecki układ o przyjaźni i grani­cach.

Jeszcze raz Olga Olschewski. Pod datą 25 września w jej pamięt­niku znalazła się następująca no­tatka „(…) Po południu poszłam z naszą Irenką do Siemiatycz na zakupy, bo pani chce nieco zwięk­szyć zapasy. Nie wiadomo prze­cież, co przyniesie niedaleka przyszłość. Dopóki Niemcy tu stacjo­nowali, sklepy były otwarte. Jesz­cze przed miastem zobaczyłyśmy wiele samochodów stojących na poboczach drogi. Przy jednym stało dwóch rozmawiających ofi­cerów. Przechodząc usłyszałam słowa: – I wtedy przychodzą Rus­kie. Nie wiem, co te słowa znaczą. Ja w ogóle nie wiem, co to się teraz na świecie dzieje. Niezliczone sa­mochody i tanki zmierzają przez miasto ku szosie na Ciechano­wiec. Niemcy wycofują się, bol­szewicy nadchodzą. Wszystkie sklepy są zamknięte (…)”.

23 września Sowieci zajmują Bielsk Podlaski i kierują się do Sie­miatycz, do których wkraczają 29 września. Mieszkańcy Siemiatycz doświadczają ich okupacji po raz drugi. Po raz pierwszy dotarli tu podczas wojny polsko – bolszewi­ckiej w sierpniu 1920 r.

Marek Antoni Nowicki

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: