Dywersja

Zenon Rogala


 

 

 

                                                

pamięci Pelagii Werno

         Dni były coraz krótsze. Tuż po powrocie ze szkoły ledwo się człowiek pokręcił  za czymkolwiek już robiło się ciemno, a tu trzeba było wracać. Wracać do szkoły to źle powiedziane, bo ktoś może pomyśleć, że powrót był przykry. Tymczasem wracać, to lecieć, pędzić wiatrem na skrzydłach wyobraźni i robić w szkole coś co pochłaniało nas bez reszty. A ciemno nie robiło się nagle, w każdym razie nie tak od razu. Wpierw robiło się szaro. Z okna w kuchni bezwstydnie podglądałem jak Śnieżka przed udaniem się na spoczynek, zakłada zamgloną, tiulową, nocną koszulkę. Dopiero potem przykrywa się wieczorną, granatową kołdrą. Ciemno już było wtedy, gdy po zjedzeniu w domu czegokolwiek, wracałem do szkoły. I to nie na jakieś ciekawe lekcje, nie jakieś atrakcje gimnastyczne, głównym powodem szybkiego powrotu do szkoły było coś bardzo ciekawego i pożytecznego, coś nieznanego i bardzo ważnego. Ponieważ nasze małe miasteczko nie miało mapy, więc podburzeni i naładowani ambicją przez naszą panią od geografii, taką mapę tworzyliśmy. Razem z nią, a właściwie pod jej rozkazami, tworzyliśmy wspólną gromadą klasową, mapę naszego miasteczka. Już oczami wyobraźni oglądaliśmy swoje kolorowe dzieło rozrastające się każdego popołudnia.  Ci z kolegów, którzy dojeżdżali z okolicznych wiosek, jak Jancio Zabawa, czy Marian Rabiej, z wiadomych względów nie przychodzili na nasze popołudniowe spotkania. Najwyżej nazajutrz dowiadywali się o postępach naszej wspólnej pracy.

         Ledwo na lekcjach dowiedzieliśmy się co to jest azymut, ledwo poznaliśmy pojęcie skali, już nasza zwariowana turystka wabiła nas, aby zastosować przyswojoną wiedzę i  praktycznie ją wykorzystać.

A problem był prosty jak ten gnomon, który wbijała razem z nami w maleńkim ogródku geograficznym tuż za ścianą maleńkiej szkoły. Dzięki niemu posiadaliśmy niezbite  dowody na ruch obrotowy ziemi, dzięki niemu wyznaczaliśmy południk miejscowy. Większość lekcji odbywała się w plenerze. Owszem, jakiś czas siedzieliśmy w klasie na lekcjach geografii, ale tylko po to, żeby zrozumieć co za chwilę będziemy robić w tak zwanym terenie.

          To lubiłem najbardziej, bo podzieleni na małe grupy zawsze dostawaliśmy do rozwiązania jakiś geograficzny problem, a potem po powrocie do klasy, przechwalaliśmy się przed innymi, jak to sobie świetnie poradziliśmy w terenie.

To był najsilniejszy bodziec. Ale był też bodziec inny, zakamuflowany. W tych popołudniowych wyprawach uczestniczyły także nasze klasowe koleżanki, które z powodu innych strojów niż te przedpołudniowe granatowe fartuchy, stawały się obiektami naszych westchnień. Na popołudniowe spotkania zakładały piękne golfowe swetry i kurtki, często z futrzanymi kołnierzami. Ciemnooka i ciemnowłosa Krysia Krężel, zawsze mająca dużo do powiedzenia, późniejsza pani prokurator, ta podobała mi się najbardziej, wyniosła Marysia Marszałkowska która, jako wybitna polonistka, po latach stała się nauczycielem uniwersyteckim, czy Danusia Nowik – wspaniała nauczycielka, późniejsza dyrektorka szkoły. Wszystkie one wtedy patrzyły na nas wyniośle. Była też „nowa”, jasnowłosa Alina Maciejewska, ona była wybranką Stasia Szlauera, który do dziś  mi nie odpowiedział na portalu Naszej Klasy. Może czeka na mnie w niebie, skąd korespondencja do mnie nie dochodzi. Stasiu specjalnie dla niej zaczesywał do góry swoje niesforne włosy i pozwalał nielicznym kosmykom opadać zalotnie na czoło.

         Na ulice naszego miasteczka wyruszaliśmy w kilkuosobowych zespołach. Jasiu Leśniak był najwyższy, więc według długości jego kroków odmierzaliśmy metry kolejnych odcinków ulic. Ponadto konieczne było poznanie rozmiarów szerokości i długości poprzecznych dróg dojazdowych, długość mostów, czy szerokości placu pod dworcem kolejowym. Mapa miała uwzględniać rozmieszczenie szkół, szpitala, licznych zakładów lniarskich i odzieżowych, także garbarni czy miejskiej masarni. Tak to, uliczka za uliczką, wpierw odmierzane w terenie i natychmiast zapisywane w terenowych notatkach według wskazań kompasów i długości kroków Jasia Leśniaka, a potem wszystko to pomniejszane w odpowiedniej skali, nanosiliśmy, po powrocie do klasy, na wielką płachtę arkusza białego brystolu. Zdarzało się, że na naszych planach, ulica Karola Miarki  wcale nie krzyżowała się z Kościelną, bo widocznie wyznaczony azymut w terenie, nie był odczytany tak dokładnie jak należało. Wtedy trzeba było na arkuszu brystolu, ten most z ulicy Mostowej trochę „przesunąć”, aby prowadził prosto na ulicę Fornalskiej, tak jak jest w rzeczywistości. Dopiero jak się wszystko zgadzało, Pelasia utrwalała to na mapie umoczoną w tuszu rondówką.

         Dzisiaj było jak co dzień – zwyczajnie. Zebrani wokół złożonego z ławek szkolnych, wielkiego stołu operacyjnego, rozszerzaliśmy mapę o nowe fragmenty ulic. Dopiero konfrontacja rzeczywistości z powstającym planem miasta, pozwalała spojrzeć na miasto z lotu ptaka.  

         Z początku nawet nikt się nie zorientował, że w klasie stoją w drzwiach dwaj panowie. Weszli całkiem niespodziewanie i stali tak już przez chwilę w milczeniu, przyglądając się naszej pracy, zanim jeden, ten wyższy z wąsem, zapytał kto tu jest nauczycielem geografii.

         Pelasia wyszła z nimi z klasy, prawdopodobnie do pokoju nauczycielskiego, bo dość długo nie wracała. Kolorowe tusze, gumki, ołówki i wszelkie akcesoria strategiczne odpoczywały w oczekiwaniu. Niby nic szczególnego, ale wydawało się nam, że coś wisi w powietrzu.

         Wreszcie wróciła, co ja mówię, ona wpadła do klasy z ogniem w oczach i rozwianą fryzurą. Jej pokręcone włosy jak węże na głowie Gorgony, samodzielnie szalały  chcąc wyrwać się z jej głowy. Dopadła stołu. Nie zważając na odkręcone kałamarze z tuszami, na przybory niezbędne do tej misternej pracy, rwała, szarpała, darła i niszczyła wszystko co jeszcze przed chwilą tak misternie i drobiazgowo tworzyła. Tusze zmieszały swe kolory, pogięte skrawki misternej mapy walały się wokół . A ona podobna rekinowi, jak w niszczycielskim szale żerowania, unicestwiała wysiłek całej klasy. Staliśmy wokół przerażeni.

         – Powiedzieli, że stoję na czele siatki szpiegowskiej, mającej na celu przekazanie wrogom naszego państwa, czyli zachodnim imperialistom, planów strategicznych, służących rozpętaniu Trzeciej Wojny Światowej. A nasza mapa miała służyć swobodnemu przemarszowi ich wojsk przez nasze miasto – łkała.

          Płakaliśmy razem z Nią.


Wszystkie opowiadania Zenona 

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: