Raj

Zenon Rogala

 


 

         Willa była rozsiadła z ogromnym tarasem na powitanie. Liczne balkony na obydwu piętrach, widocznie po jednym dla każdego pokoju. Ogród, a właściwie trawnik z alejkami i ławeczkami na zapleczu. Najwięcej ławek obok figury Matki Boskiej depczącej głowę węża oplatającego kulę ziemską. W oknach kaskada różnokolorowych kwiatów. W hollu wielki obraz Matki Boskiej Bolesnej. Skromna kobieta ze skierowanymi w jej stronę siedmioma sztyletami, każdy sztylet oznacza inny powód boleści.

         Pokoje dwuosobowe, kaplica, ksiądz na każde zawołanie. Rano wspólna modlitwa, po południu rozważanie, wspólne śpiewy. Trzy posiłki dziennie, w niedzielę ciasto na śniadanie.

         Dla dietetyków posiłki dietetyczne. Po prostu raj na ziemi. Zakon zapewnia całodobową opiekę, więc nie przewiduje się dodatkowo pobytu kogoś bliskiego,

Już dawno postanowiliśmy zafundować mamie wczasy bez problemowe. Nic tylko relaks, spokój, żadnej pracy fizycznej. Wreszcie po tak pracowitym życiu, w nagrodę za wychowanie tylu dzieci, mama będzie mogła zasmakować klasztornego życia w sposób bierny.

Niekiedy w trudnych, rodzinnych chwilach żałowała, że nie poszła do klasztoru, więc już od jutra, to klasztor będzie na jej potrzeby. W decyzji o wyborze miejsca zdecydowała preferencja mamy, dla której pobyt między zakonnicami będzie namiastką bycia zakonnicą.

         Gabinet był urządzony skromnie, ale dostojnie. Na blacie masywnego biurka, masywny krzyż zwrócony umierającym w stronę petenta, pęk kluczy i wiele zaostrzonych ołówków tworzyło niedostępną palisadę, broniącą wnętrza cynowego kubeczka.

         Była szczupła, a może nawet chuda, trudno dociec, bo całą sylwetkę dokładnie maskował czarny habit. Welon dokładnie okrywał włosy, aż po uszy. To co można  było zobaczyć u siostry Lidii, to twarz i ręce, a dokładnie dłonie. Klauzura zakonna zezwala bowiem, jedynie na pokazanie zepsutemu światu twarzy i dłoni. Twarzą siostry Lidii była jej twarz i dłonie. Raczej była szczupła, a przy tym wysoka. Oczy chłodne, jakby zmęczone, brwi jasne ze śladami ingerencji pincety. Wąskopalce dłonie złożone jak do modlitwy. W kontakcie bardziej rzeczowa niż życzliwa. Dała odczuć, że jesteśmy tylko jednymi z wielu, którzy tu przed nią siadali.

         Mama, może z prowincjonalnej przesady, a może z szacunku dla krzyża, przeżegnała się na powitanie.

Opłata okazała się wyższa od podanej w rozmowie telefonicznej.

         – Owszem, zgadza się, stawka dzienna razy ilość dni, ale doliczamy koszty kwiatów do kaplicy, opłatę organisty, no i koszt ogrzewania, bo idą chłody.

         – Chyba nie chciałby pan, żeby mama marzła w nocy. A dziś wszystko jest bardzo drogie –  patrzyła bezpośrednio w moje oczy.

         W pokoju, usytuowanym na drugim piętrze, mimo prośby o przydział na  niższym piętrze, mama od razu uklękła przy łóżku, pod obrazem, na którym promienie rozchodzą się dokładnie ze środka postaci na wysokości mostka.

Wczorajszy entuzjazm mamy przed przyjazdem do tego pensjonatu i moje niewypowiedziane w tej chwili wątpliwości, toczyły nierówną walkę. Wiadomo, że było za późno na wątpliwości, więc wygrał entuzjazm. Powoli schodziłem schodami do wyjścia.

                                                             *

Stałem znów w hollu. Patrzyłem w oczy kobiecie, ze złotym kółkiem nad głową, w której sercu tkwiło siedem mieczy. Złota rama obrazu, bogato zdobiona, liśćmi akantu, kontrastowała z wizerunkiem.

Wolno, wolniutko, mocno trzymając się poręczy, staruszka schodziła po dywanowych schodach. Zatrzymała się na ostatnim stopniu i dopiero wtedy ją poznałem. Patrzyliśmy na siebie ze zgrozą, ona z pustką w oczach. Uniosłem ją lekko i zniosłem na posadzkę. Przytuliłem tę drobinę do piersi i tak trwaliśmy chwilę, dopóki jej szloch nie zaczął nami potrząsać.

         – Zabierz mnie stąd, nie chcę już tu być… nie wytrzymam tutaj całego miesiąca… szlochała jak dziecko.

         – Chcę do domu… Lekko kołysałem na boki jej drobną postacią, tak jak kiedyś ona kołysała mnie i wszystkich, kiedy z płaczem uciekaliśmy w jej ramiona. Tym razem i ja płakałem, bo chciałem ją przeprosić za to, że zajęta wychowaniem tylu dzieci nie nauczyła się odporności na obojętność tego świata. Zawsze służąca innym, nie umiała domagać się praw dla siebie. W tym chłodnym, czarnym świecie klasztornym, nie znalazła dla siebie miejsca.

         – Ciągle jestem tu głodna. Te schody mnie wykończą. Tylko raz dziennie mogę po nich chodzić. A najgorzej jest w nocy. Koc jest tak cienki, że marznę. Kiedy prześpię porę kolacji, muszę na jedzenie czekać do rana. Czasami kupuję u organisty drożdżówkę … mówiła do mojego szalika nie patrząc na mnie, na jednym oddechu, żeby  niczego nie zapomnieć.

         – Dobrze, zaraz wyjedziemy – powiedziałem stanowczo – ani chwili dłużej w tym raju. Siostra Lidia dzwoniła do mnie, że mają tu z tobą problemy. Podobno głodzisz się w jakiejś intencji, zostajesz sama w kaplicy do późnych godzin nocnych. Nie schodzisz na wspólne modlitwy… ale już dość, zaraz będziemy w domu.

         Twarz otoczona czarnym welonem była lodowata. Waskopalce ręce złożone jak do modlitwy. Nie patrzyła mi w oczy. Wyjętym, z kubkowej palisady ołówkiem, zaczęła stukać w blat masywnego biurka.

         – Pańska matka nie jest wyrobiona społecznie. Nie dostosowuje się do wymogów grupy, będzie lepiej jak pan weźmie mamę do siebie. Zwrotu za skrócony pobyt nie przewidujemy. Trzeba będzie jeszcze dopłacić za telefon do pana, oraz za korzystanie z pralki i suszarki. To niewielka kwota, na pewno stać pana na pokrycie, bo dla nas każdy grosz się liczy.

         Wstałem bez słowa. W drodze do drzwi powiedziałem głośno i wyraźnie.

         – Nie będzie pochwalony Jezus Chrystus.


Wszystkie opowiadania Zenona 

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: