Gitara  

                                                  

Zenon Rogala


                                      pamięci Edwarda Stachury

 

Tramwaj zatrzymał się tuż przed przystankową wiatą, a potem drzwi, przy których stałem otworzyły się i wtedy zobaczyłem ją na wprost siebie. Jakby ślepy los, całkiem precyzyjnie dowiózł mnie dokładnie w to losowe miejsce przeznaczenia. Siedziała skulona w kącie ławki tramwajowej wiaty. Długie włosy zasłaniały dokładnie jej twarz. Zasłaniały również ręce pod jej włosami, które falowały jak wzburzone wody wodospadu. Teraz wiedziałem na pewno, że to płacz wstrząsał  jej drobną sylwetką. Wpierw stanąłem przed nią w nadziei, że wyczuje życzliwą bliskość kogoś, ale szloch był tak gwałtowny, że usiadłem tuż obok i delikatnie położyłem dłoń na jej ramieniu. Dopiero po chwili jakby ocknęła się z zaświatów, podniosła głowę i opuściła ręce. Zobaczyłem przerażony, że jedna dłoń pozbawiona jest palców. Po prostu sama dłoń z równiutko obciętymi czterema palcami. Deformacja szokująca, tym bardziej, że kciuk był nienaruszony. Odłożyłem na bok gitarę.

         – Jak mogę pani pomóc? – co się stało? – czy ktoś panią  skrzywdził? – jak pani się czuje? – gdzie pani mieszka? – sypałem pytaniami nie oczekując odpowiedzi.

Podniosła twarz, spojrzała na mnie uważnie i powoli z wyraźnym trudem, powoli wracała stamtąd. Widocznie zadałem złe pytania, widocznie nie takich pytań się spodziewała. Pewnie wolałaby odpowiadać na inne, szczególnie na te nie zadane pytania…

Mieszkała po drugiej stronie ulicy. Zgodziła się żebym ją odprowadził. Pokoik był nad wyraz uroczy. Liczne dekoracyjne drobiazgi  dowodziły wrażliwości lokatorki.

         – Miałam wtedy trzy latka. W tym powojennym czasie, kiedy wraz z mamą wsiadałam do pociągu. Ktoś z peronu trzasnął drzwiami, kiedy ja jeszcze trzymałam  rączkę w szczelinie. Fakt ten miał ogromny wpływ na przebieg całego mojego dotychczasowego życia. Sytuacja ta uczyniła głębokie bruzdy w czułej psychice dziecka, potem kompensowała i przeobrażała się w bunt. Wydobyła także potężne pokłady poczucia niesprawiedliwości   Mój świat z konieczności ograniczył się do świata mamy. Póki ona roztoczyła wokół mnie niewidzialny mur ochronny, ten świat wydawał mi się w miarę normalny. Gorzej kiedy porównywałam swoje dłonie z dłońmi równolatków. Kiedy w sklepach nie było rękawiczek bez palców, a zwykłe sznurowanie butów stawało się kłopotem nie tylko moim.

Bycie innym, w tak pozornie drobnym szczególe, powoli rodziło mój stanowczy protest wobec obcego i niesprawiedliwego świata. Brak paluszków trzeba było uzupełnić, aż całą osobą mojej mamy. Codzienne życie przynosiło poczucie wykluczenia i rodziło chęć odwetu za ten stan rzeczy. Nie akceptujesz siebie takiej dopóty, dopóki ktoś nie zaakceptuje ciebie bez reszty. Ktoś dla kogo twój feler nie stawia cię po innej stronie. Długo była to moja mama, ale po jej śmierci zostałam ze sobą całkiem sama. Do dzisiaj. Dziś wiem, że to ty mógłbyś być tym kimś. Już dużo wcześniej, czekałam na kogoś takiego. ale teraz kiedy na przystanku tramwajowym pocałowałeś mnie właśnie w tę rękę, dałeś dowód, że kochasz również te palce, których już tyle lat nie mam.

Słońce, które przez firanki podglądało nas z zaciekawieniem i cały czas podsłuchiwało naszą rozmowę, teraz dyskretnie i trochę ze wstydu schowało się za chmurami.

Po tym wyznaniu przypadła do mojej piersi i wtuliła się mocno. Tak wzmocniona zaczęła płakać gęstym strumieniem, twarz jej była mokra jakby z góry padał gruby kroplisty deszcz. Ile łez przetoczyło się przez te oczy począwszy od tego fatalnego dnia, kiedy nikt nie wiedział jak pomóc rozszalałej matce pochlapanej krwią swego dziecka, aż do dnia dzisiejszego.

-Ile?  – jak to zmierzyć?,  – czasem trwania płaczu?, – litrami wylanych łez?  – częstotliwością?, – jak?

– Do dzisiaj każdy mój płacz był oznaką buntu i protestu, od dzisiaj to są moje pierwsze łzy szczęścia. A jeśli jeszcze zagrasz dla mnie na gitarze, moje szczęście nie będzie miało granic. Niech twoje palce będą moimi.

– Boże tak mi przykro, ja doniosłem przez swoje dotychczasowe życie po pięć palców u każdej ręki. Aż mi głupio, że mam ich tyle  – myśl ta przetoczyła się po mojej głowie, – moje palce będą twoimi. A teraz moje palce zagrają dla ciebie na gitarze taką oto piosenkę.

 

„Kocham za siebie, kocham za ciebie,
Kocham jeden za dwoje.
…Musisz mi pomóc, musisz mi pomóc,
Swoją miłością musisz mi pomóc;
Musisz pokochać mnie więcej,
…Sam nie podołam, sam nie dam rady
Unieść tyle miłości.
…Sił mi brakuje, o pomoc proszę!”

Słońce jednak cały czas podsłuchiwało naszą rozmowę, teraz widząc, że może pomóc, rozjaśniło świat pełnym blaskiem.

Wracałem po szczeblach leżącej na ziemi drabiniy. Rytm kroków wyznaczały odległości między szczeblami – podkładami leżącej na ziemi trakcji kolejowej. Pola między szczeblami wypełniały kościste bryłki bazaltowe. Szedłem środkiem, pomiędzy leżącymi na podkładach szynami – poręczami.

Wypadła nagle. Pojawiła się niespodziewanie. Ukazała się jak zjawa. Stanęła mi na drodze. Nie była biała. Była czarno zielona. Jej oczy jak dwa okna odbijały wschodzące słonce. Mokra od porannej mgły. Rycząca dźwiękiem piekielnych trąb. Zdecydowana gotowa zmieść każdego kto stanąłby na jej drodze. Bezwzględna w parciu do przodu, to jej główny argument. Nienawistna, wiedziałem, że nie mam szans wygrać z jej cielskiem. Wroga.

Więc podstępnie przypadłem do ziemi,  a potem żeby nie sądziła, że się poddaję, uchwyciłem jak poręcz schodów jedną  szynę, aby ją wyrwać. Zagrzmiało nad moją głową. Rozszalało się we mnie. Stukot w głowie świadczył o odbytej długiej podróży.


Wszystkie opowiadania Zenona 

TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: