Od Żydów pacjentów nie przyjmujemy. Historia wybitnego szczecińskiego pediatry

Przyslal Radoslaw Ptaszynski

Służba Bezpieczeństwa podjęła jeszcze próbę rozbicia rodziny. Rozmawiano z żoną lekarza, sugerując, że wystarczyłaby jej deklaracja, że nie jest on ojcem jej dzieci i trójka z nich mogłaby pozostać nad Wisłą – o Jerzym Gelberze, ofierze antysemickiej czystki 1968 r., pisze Radosław Ptaszyński*.

 


Dla polskich Żydów Marzec 68 zaczął się w czerwcu rok wcześniej. Wybuch kampanii antysemickiej, do której pretekstem była tzw. wojna sześciodniowa na Bliskim Wschodzie, był wstrząsem po latach, w których próbowano zapomnieć o traumie zagłady, rozpocząć nowe życie, często asymilując się w powojennej rzeczywistości PRL. Był mocnym uderzeniem po latach, w których zdarzały się antysemickie incydenty, ale zmasowanej presji nie odczuwano.

W 1967 r. zachęta przychodzi z góry, podchwytują ją prowincjonalni funkcjonariusze partyjni i służalczy wobec aktualnej linii partii pracownicy lokalnych mediów.

Służba Bezpieczeństwa nie tylko wzmaga inwigilację, szuka „syjonistów”, przyglądając się bacznie brzmieniu nazwisk i imion dziadków, prowadzi bezpośrednie naciski na zwolnienie z pracy, wreszcie na emigrację. Są też tacy Polacy, którzy poczują przyzwolenie dla żywionych od dawna, a tłumionych instynktów skierowanej wobec rzeczywistych lub domniemanych Żydów agresji. W wyniku tej fali antysemityzmu wyjechało ze Szczecina i województwa około 820 osób.

JFK

Maj 1969 r., na lotnisku JFK w Nowym Jorku ląduje samolot z Rzymu, na którego pokładzie podróżuje rodzina Gelber. Głową rodziny jest Jerzy, powszechnie znany w Szczecinie pediatra, docent, wykładowca Pomorskiej Akademii Medycznej. Towarzyszą mu żona Anna i dwójka dzieci Renata i Olek. Nowy Jork to dla nich koniec okresu zawieszenia, który zaczął się niespełna pół roku wcześniej, w grudniu 1968 r., gdy na Dworcu Głównym, żegnani przez przyjaciół ruszali w kierunku Warszawy, by potem udać się do Wiednia. Podróżowali szlakiem wielu, których antysemicka nagonka wyrzuciła wówczas z Polski, którzy z tzw. dokumentem podróży w kieszeni, głoszącym „posiadacz tego dokumentu nie jest obywatelem polskim” ruszali w świat praktycznie jako uchodźcy, poszukując nowego miejsca do życia. Jerzy Gelber rozpoczynał ten etap w wieku 55 lat.

 

Urodził się w Tarnopolu, ale od pierwszych klas szkoły powszechnej kształcił się we Lwowie. Tam też w 1937 r. otrzymał dyplom na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jana Kazimierza i pracował jako lekarz. W tym mieście zastał go wybuch wojny. Zmobilizowany służył do 22 września, pracując na oddziale chirurgicznym szpitala wojennego. Został we Lwowie, chcąc zaopiekować się rodzicami.

Po wejściu Niemców do miasta mieszkanie Gelberów zostało zarekwirowane. W kamienicy, do której ich przesiedlono, Jerzy poznał swoją przyszłą żonę Annę Kułaj. To ona i jej rodzina (żołnierzy Armii Krajowej) wyciągnęła Jerzego i jego matkę z getta oraz zorganizowała fałszywe dokumenty na nazwisko Paweł Ostrówka. Dzięki szczególnej pomocy miejscowego księdza Tadeusza Wacha pod przybranym nazwiskiem wziął ślub katolicki z Anną, co pozwoliło mu także na uzyskanie poświadczonego przez Kościół dokumentu stwierdzającego, że jest katolikiem. Oboje z matką przeżyli wojnę. Czas zagłady pozostawił jednak trwałe piętno na ich życiu.

Wykładowca i ordynator

W lutym 1945 r. Gelber ochotniczo zgłosił się do Wojska Polskiego, gdzie służył jako lekarz w Krakowie. Tam przypadkowo na ulicy spotkał znanego mu wcześniej ze Lwowa prof. Artura Chwalibogowskiego, który poinformował go, że będzie brał udział w organizacji Akademii Lekarskiej w Szczecinie i zaproponował wspólny wyjazd. Tak znalazł się na Pomorzu. Tutaj rozpoczął pracę w Klinice Pediatrycznej Akademii Lekarskiej w Szczecinie i jednocześnie jako ordynator Oddziału Dziecięcego Zakaźnego w szpitalu przy ul. Arkońskiej. Prowadził jednocześnie oddział szkarlatynowy, obserwacyjny i cierpiących na chorobę Heinego-Medina. Ponadto był też przewodniczącym Zakładowego Komitetu Odbudowy Warszawy. W listopadzie 1950 r. został zatrudniony jako kierownik Poradni dla Matki i Dziecka Szpitala Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie pracował przez rok.

Nigdy nie zapisał się do partii, ale też nie walczył z systemem. Gelberowie wiedli spokojne życie, ale już wówczas policja polityczna interesowała się nimi szczególnie, podejrzewając także, że Gelber współpracował z podziemiem w czasie, gdy się ukrywał oraz że przed wojną sympatyzował z sanacją. Szczególnie podejrzany był zaś fakt posiadania brata w Anglii, byłego lekarza – spadochroniarza I Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego.

W styczniu 1953 r. Gelber uzyskał specjalizację II stopnia z pediatrii, a rok później w zakresie chorób zakaźnych. Obronił pracę doktorską. Rozpoczął także kierowanie poradnią przeciwgruźliczą Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych. Przez pewien okres prowadził praktykę prywatną.

W czasie jego pracy na uczelni oceniano go jako bardzo zdolnego dydaktyka, ambitnego, posiadającego znaczny dorobek (zwłaszcza w zakresie chorób zakaźnych dzieci) naukowca. Wojewódzka Rada Narodowa wyrażała nadzieję na jego fachowy nadzór nad przebudową i modernizacją szpitala przy ul. Arkońskiej.

Jego pozycja zawodowa była bardzo mocna. Gelber jako pierwszy w Polsce zajmował się badaniami i leczeniem tularemii (ostrej choroby zakaźnej) u dzieci.

Ponadto opisywał i leczył także przypadki błonicy, świnki, choroby Heinego-Medina, tzw. choroby bornholmskiej i grypy azjatyckiej (która w 1957 r. dotarła do Szczecina).

Zbędny

W 1961 r. ze względu na swoje kontakty zagraniczne Gelber znalazł się ponownie w zainteresowaniu bezpieki, jednak do 1967 r. nie dostrzegano w jego postawie nic niewłaściwego. Wtedy wszystko się zmieniło. Rozwinięto inwigilację. Nacisk, także dający się odczuć podsłuch telefoniczny, wizyty funkcjonariuszy bezpieki w miejscu pracy i na uczelni dzieci stały się niemalże codziennością.

SB dochodzi do wniosku, że Gelber w czasie konfliktu na Bliskim Wschodzie wykazywał „postawę proizraelską”, chociaż wcześniej nie posiadano na ten temat żadnych informacji. W maju 1968 r. założono tzw. kwestionariusz ewidencyjny o kryptonimie „Pediatra”, podając jako powód inwigilacji „utrzymywanie kontaktów z kadrą kierowniczą PAM wywodzącą się spośród osób narodowości żydowskiej i reprezentującej wrogie Polsce – syjonistyczne poglądy”. Znając skutki działań z dzisiejszej perspektywy, można stwierdzić, że rzeczywistym powodem działań policji politycznej było zmuszenie lekarza do emigracji, mimo że także w tej instytucji oceniano, że sprawa dotyczy dobrego specjalisty i naukowca cieszącego się powszechnym uznaniem.

Któregoś popołudnia we wrześniu 1968 r. po powrocie z pracy Jerzy oznajmił domownikom, że planowane jest jedno z kolejnych zebrań na uczelni, w czasie którego oczekiwane jest, że osobiście potępi Izrael, czego nie zamierza uczynić. Prawdopodobnie przełomowa dla decyzji o wyjeździe była rozmowa z rektorem Adamem Krechowieckim, w której dowiedział się, że nie ma szans na uzyskanie samodzielnej katedry oraz że planowana jest czystka, w wyniku której będzie musiał być zwolniony z pracy. Rektor powołał się przy tym na polecenie z Warszawy.

Gelber zrozumiał, że jedynymi powodami takiej decyzji są polityka i antysemityzm. Nie czuł jednak żalu, usprawiedliwiał przełożonego koniecznością wykonywania poleceń.

Podobną rozmowę miała również córka Renata, która od kilku miesięcy pracowała już jako lekarz w szpitalu przy ul. Arkońskiej na oddziale wewnętrznym kierowanym przez prof. Marka Eisnera. Dla niej pierwszym szokiem związanym z wybuchem antysemityzmu w Polsce była sytuacja w czasie letnich kolonii, na których pracowała, gdy po przyjeździe do szpitala z dzieckiem po wypadku lekarz dyżurny zwrócił się do niej słowami „od Żydów pacjentów nie przyjmujemy”. Po powrocie do Szczecina, gdy antysemicka kampania była już w swoim apogeum, przekazała najbliższym, że wydaje się jej, że to jest początek końca.

Jej brat Aleksander, student trzeciego roku medycyny, zapamiętał zaś swoje myśli, gdy po marcowych zamieszkach jadąc tramwajem, czytał gazetę, a dominująca narracja artykułów skupiała się wokół „niepolsko” brzmiących nazwisk aresztowanych studentów i „żydowskich inspiratorów”. Oboje zrozumieli wówczas po raz pierwszy, że dla nich w Polsce miejsca może zabraknąć. To był szok, bowiem kwestie polsko-żydowskie dotychczas dla nich nie istniały. W swoim najbliższym otoczeniu przyjaciół i znajomych nie dostrzegali przejawów antysemityzmu, nacisk płynął z mediów i SB.

Wobec domowników Gelber senior oznajmił, że ma już dość presji i trzeba będzie wyjechać, przy czym pozostawił wolną rękę dzieciom. Zdecydowali się na wspólny wyjazd. Przed 1968 r. takiej możliwości nie dopuszczano. Gelberowie byli bowiem rodziną zasymilowaną, co więcej żona Jerzego była praktykującą katoliczką. Gelber czuł się Polakiem i uważał Polskę za swoją ojczyznę.

Służba Bezpieczeństwa podjęła jeszcze próbę rozbicia rodziny. Rozmawiano z żoną lekarza, sugerując, że wystarczyłaby jej deklaracja, że nie jest on ojcem jej dzieci i trójka z nich mogłaby pozostać nad Wisłą. On sam nie umiał i nie chciał udawać, nie dostrzegać szykan, żyć w strachu, tolerować poniżenia, zrezygnować z rozwoju zawodowego, zwłaszcza że zawsze, także w szpitalu, znalazł się ktoś, kto nie dał mu zapomnieć, że jest inny, że jest Żydem.

Jeszcze chwilę przed wyjazdem bezpieka próbowała pozyskać do współpracy jego syna, przekonując o istnieniu spisku syjonistycznego w kraju.

Jego współpraca miała być zresztą metodą na udowodnienie swojej polskości i patriotyzmu poprzez „niewielkie ofiary” w postaci „ostrzegania o grożącym niebezpieczeństwie”. Oficer, który spotkał się wówczas z kategoryczną odmową, zanotował jedynie na zakończenie: „jestem przekonany, że wobec ojca nie zachowa rozmowy w tajemnicy”. Miał rację.

Na nowo

Będąc już w Nowym Jorku, Gelber zdał wszystkie wymagane do utrzymania prawa zawodu egzaminy, podjął pracę w szpitalu w dzielnicy Queens, a wkrótce otworzył własną praktykę. Rozpoczął także wykłady na Albert Einstein College of Medicine. Gdy zakończył karierę zawodową, przeprowadził się do Kalifornii. Córka otrzymała pracę w szpitalu na Brooklynie, później rozpoczęła karierę jako lekarz wojskowy, zaś syn Aleksander dokończył studia medyczne w Rzymie, wrócił do Stanów i pracował jako neonatolog i pediatra. Także wnuk Jerzego Jonathan jest lekarzem.

Gelber wrócił do Polski w 1991 r. W czasie kilkumiesięcznego pobytu odwiedził Warszawę i Szczecin. Do końca życia zachował jednocześnie żal i sentyment. Zmarł 17 czerwca 1993 r.

* Radosław Ptaszyński – historyk, politolog, socjolog, adiunkt w Instytucie Historii i Stosunków Międzynarodowych US.

Pierwodruk ukazal sie w Gazecie Wyborczej

2 komentarze to “Od Żydów pacjentów nie przyjmujemy. Historia wybitnego szczecińskiego pediatry”

  1. Bylem jako dziecko pacjentem Jerzego Gelbera. Artykul pokazuje perfidie systemu PRL. Wielu co madrzejszych albo wyrzucono albo sami wyjechali. Towarzysz rektor Adam Krechowiecki nie posiadal moralnej odwagi aby obronic wieloletniego kolege, chcial dalej miec sluzbowa Wolge z kierowca i inne przywileje jak specjalny sklep dla KW PZPR i dlatego pozostal sluzalczym kacykiem. Podobnie bylo na innych uczelniach i w insytucjach.
    Igor Nieczajew, Sztokholm

  2. Cielęca miłość. Czy krajobrazy i podmokły las mieszany warte są powrotu? Przecież można przyjeżdżać na krótkie wakacje do Polski ale mieszkać na Florydzie wśród przyjaciół.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: