MARAMZINA ŻYCIE I TRAMWAJ

Ludwik Lewin


Powinienem był po rosyjsku albo przynajmniej po polsku. Z rosyjskimi bukwami mam jednak kłopoty, a po polsku nie ma Maramzina. Dlatego „Tramwaj długi, jak życie” przeczytałem po francusku.

Zacząłem od przedmowy prof. Leonida Hellera, co pozwoliło mi dowidzieć się, że biorę do ręki książkę pisarza równie ważnego, co nonkonformistycznego, który upadku komunizmu nie wykorzystał do schowania nonkonformizmu za pazuchę.

W przeciwstawianiu się zakazom miał długie, zdobyte mimo woli doświadczenie. W latach 60 XX wieku, zakładając grupę literacką Горожане (miastowi), myślał o literaturze, a nie o polityce. Polityka wyszła mu przecież naprzeciw, a dokładniej przeciw niemu, gdyż zakaz publikacji manifestu grupy spowodował przejście do „drugiego obiegu”, jak się mówiło w Polsce, czyli wydanie w samizdacie – nazwa rosyjska, która weszła do słownika wielu języków.

W samizdacie, staraniem Maramzina, wyszły dzieła przyszłego noblisty Josifa Brodskiego. To on przerzucił te wiersze na Zachód, otwierając poecie drogę do światowej sławy.

Taka działalność w ZSRS mogła się zakończyć jedynie więzieniem, szpitalem psychiatrycznym albo poza ojczyzną socjalizmu, co zdarzyło się Maramzinowi. Dostał wyrok z zawieszeniem i nakaz opuszczenia kraju. Przyjechał do Francji, gdzie niedoceniony jako pisarz prowadził ożywioną działalność podejmując się różnych prac, ale przede wszystkim wydając wysoko cenione czasopismo literackie „Echo”, w którym ukazały się dzieła wybitnych twórców rosyjskich.

Na wiele lat przerwał pisanie prozy, ale powstały wtedy eseje i opracowania.  W oryginale – dowiedziałem się z przedmowy Hellera – język Maramzina jest zaskakujący, staje do walki z logiką i składnią, przez co bardzo jest trudny, jeśli w ogóle możliwy do przetłumaczenia.

Od literaturoznawcy, przedstawiającego sylwetkę autora, nie dowiedziałem się natomiast że Maramzin to pseudonim, a jego prawdziwe nazwisko brzmi Kacnelson. Dopiero po przeczytaniu książki znalazłem tę wiadomość w Internecie i pomyślałem wtedy, że pewnie inaczej bym ją czytał, mając świadomość żydostwa autora.

Niepotrzebne zmartwienie – pocieszał mnie prof. Kerner, osobisty znajomy pisarza. I opowiedział, że urodzony w roku1934 Maramzin, stracił żydowskiego ojca na samym początku wojny i prawosławna babcia, u której się wychowywał, nie omieszkała go ochrzcić.

Może dlatego w zbiorze opowiadań, jakim jest „Tramwaj…”, aluzje do żydostwa wydają się sztuczne, szmoncesy mało śmieszne, sylwetki Żydów nieprzekonywujące. Z jednym wyjątkiem leningradzkiego grafika, zbieracza reprodukcji Ilii Gimmelmana, jedyną chyba pozytywną postacią w całej książce.

Maramzin, który nie pogodził się z reżymem, jakim w Rosji zastąpiony został komunizm i nigdy nie powrócił do ojczyzny, odmawiając nagród i wyróżnień, pełen jest resentymentów wobec ludzi dostosowujących się do nowej rzeczywistości rosyjskiej, jak i do starej, ale i świeżej emigracji.

Nie tylko. W jednym z opowiadań z wielkorosyjskim lekceważeniem pisze o polskich kawalerzystach, którzy „dumnie padali pod niemieckimi czołgami”. Maramzin nie mieszkał w Polsce, żyje we Francji, stąd pewnie prawdziwą pogardę zostawia dla francuskich oficerów, którzy w roku 1940, gdy wojna ze śmiesznej zmieniła się w gorącą, „rozsądnie wracali do domów, pozwalając swym pułkom i batalionom, poddawać się nadchodzącym z północy sąsiadom”.

Zbyt dobrze pamiętam Polski „czerep rubaszny”, by Kaznelsonowi bardziej niż Maramzinowi przypisywać ocenę pracy prawosławnego kapłana, któremu „udało się przekręcić na korzyść Cerkwi, nostalgię za czymś nieznanym, co nazywają Rosją”.

Ten tramwaj jedzie po stronach książki szybciej, wolniej, dosyć często okazuje się, że braknie szyn dla alegorii, ale i wtedy się nie zatrzymuje, bo choć wypada z niego życie bohatera, wciąż zostaje w nim inny pasażer, którym jest życie Związku Sowieckiego.

O stylu trudno mi się wypowiadać na podstawie mojej i tłumaczenia chwiejnej francuszczyzny, ale wydaje mi się, że Maramzina ukazuje, jakby w pigułce, akrobatyczne zdanie: „czarny ptak na nogach przebiegł mi drogę i ponuro opuścił białą powiekę gada na swe smutne, psie oko”.

Wszystkim urodzonym w Birobidżanie lub na bliższych połaciach kraju rad, wszystkim, którzy czytać mogą po rosyjsku, gorąco polecam przejażdżkę tramwajem Maramzina. A tych, co nie znają mowy Lermontowa i Jerofiejewa, zachęcam by przejechali się po wybojach tłumaczenia.

—————————-

  1. Maramzine, Un tramway long comme la vie, Les Editions Noir sur Blanc, Lausanne 2019 tytuł oryginału  СынОтечества.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: