Alibi

Zenon Rogala

 

 


To było dziwne i nawet podejrzane, że w stolicy Tatr, w dodatku na jej głównej ulicy, po której woda ludzkich głów płynie z góry, a także pod górę, znajduje się zrujnowany, opuszczony dom, a sądząc z jego wyglądu i technicznej kondycji z pewnością niezamieszkały. Na schodach wiodących do drzwi wejściowych siedział ten dziwny człowiek. On sam i jego przedmioty wokół, to w nieładzie porzucone części garderoby, brudna torba, połówka rozszarpanego chleba i stojące wokół figurki wydłubane w drewnie. Wydłubane, bo jak inaczej nazwać  czynność polegającą na dłubaniu i nacinaniu, okrawaniu, delikatnym zestrugiwaniu wierzchniej warstwy z kawałka konaru, w dodatku końcem wielkiego kuchennego noża. Artysta trzymał ten nóż za jego wielkie, szerokie ostrze i dziwne, że jeszcze miał palce dłoni w nienaruszonym stanie. Widać, że opanował do perfekcji posługiwanie się tym wielki tasakiem, bo wokół pełno było charakterystycznego dla tej czynności drewnianego urobku. Słowem, gdzie figurki z drewna rzeźbią, tam wokół ścinków drewnianych pełno. Tuż obok niego stała gromada świeżo narodzonych, przeróżnych, gotowych do sprzedaży drewnianych postaci. Wyglądały jak jego dzieci choć jak na dzieci stały dziwnie nieruchomo. Tych kilka schodków idealnie nadawały się na swoistą wystawę z  której postaci wyrzeźbionych ludzików opuszczały swoje schronienie i wędrowały ze schodów opery żebraczej, od siedzącego na tych schodach artysty w nieznany świat, nieznanych amatorów rękodzieła.

Jedni pracują drudzy wypoczywają. Tak jakoś jest ten świat urządzony i tym razem my, to znaczy Iwona i ja byliśmy w tej drugiej grupie. Postanowiliśmy bowiem solidnie wypocząć i zamiast w bajorku leniwie płynących głów po Rynku Głównym na AB, spacerować po Krupówkach w jeszcze większym ludzkim potoku.

Zajęty wydłubywaniem oka drewnianej figurce, w ogóle nie zwracał uwagi na nielicznych przystawiających przed jego prymitywnym warsztatem potencjalnych klientów.

– O, witam pana profesora, – powiedział powoli, a ja zobaczyłem jego niebiesko niebieskie oczy. Wydało mi się to całkiem nieziemskie, że facet dłubiący w kawałku drewna mówi tak wyraźnie, że bełkocący w polskich serialach aktorzy powinni iść po naukę dykcji do tego ulicznego artysty. Pochylona dotąd nad dłońmi głowa wyglądała jak wielki kłąb rozczochranej owczej wełny nieokreślonego koloru. Byłem pewien, że ani obok niego, ani w jego brudnej, poszarpanej torbie nie było grzebienia, a fryzjer to niezrozumiałe dla niego słowo.

Musiał wziąć mnie za kogoś innego, albo wolał nauczony próżnością swoich klientów, z góry zaskarbić sobie ich przychylność. W świecie artystów i naukowców, a także wojskowych, czy wśród przedstawicieli palestry, nadawanie nienależnych tytułów, byle zawyżonych jest  całkowicie tolerowane.

– Czy świat od wczoraj poprawił się choć trochę? – zapytał retorycznie i patrzył mi bezczelnie swoimi niebieskimi, nieobecnymi oczami, prosto w moje brązowe. Jego włosy wyglądały jak niestarannie położona na głowie kępa owczej wełny.

– Przyszedłem kupić od pana jedną z pańskich prac. Wszystkie one są piękne, ale ja kupię tę, którą w tej chwili pan rzeźbi, –  rzeczywiście trzymał w rękach solidny konar jesionowego drewna.

– Czy nie ma pan innego, mniejszego noża, do rzeźbienia, przecież ten jest bardzo niewygodny, no i może się pan porządnie skaleczyć, – moja troska o bhp na jego stanowisku pracy okazała się chybiona.

– Ten nóż to mój życiowy przyjaciel. Żywi mnie i broni. W razie czego, liczę na niego, – ale ze mnie poeta, słyszał pan jak rymuję, – dopytywał się natarczywie.

Patrzył mi prosto w oczy dwiema wilgotnymi akwamarynami, a ja zobaczyłem w nich nieszkodliwą chorobę, na którą zapadają porzuceni przez los artyści.

– Ile czasu zajmie panu ukończenie tego arcydzieła? – odwzajemniłem się zaliczką na wysoką ocenę ledwo zaczętej rzeźby.

Ja może mniej, ale Iwona jest amatorką takiej ludowej, prymitywnej sztuki. Samo odkurzanie każdego dziełka jest uciążliwe, ale co jakiś czas, każda z tych postaci, jest odświeżana i przechodzi swoistą suchą kąpiel z wszechobecnego kurzu. Przez tyle lat wspólnego pożycia uzbierało się tego bardzo liczne stadko, a każdy przedstawiciel drewnianego świata przywodzi mi na myśl miejsce, okoliczności nabycia i nawet pogodę i temperaturę jaka była w momencie zakupu. Słowem w dziejach tych zgromadzonych przez nas od lat  drewnianych ludzików, jest również pamięć naszych ludzkich przeżyć i emocji. Rzeczywiście jest w tych niby to pokracznych, niby przesadzonych w proporcjach i detalach postaciach, coś bardzo ludzkiego, coś czego my na co dzień, chcący widzieć u siebie tylko właściwe proporcje i złoty podział odcinka, nie dostrzegamy. Wolimy udawać, że w świecie ludzi wszystko jest perfekcyjne. Dopiero patrząc na te pokraczne figurki widzimy w nich swoje ludzkie wady i niedoskonałości.

Trzymałem w dłoniach średniej wielkości postać świeckiego świętego. Miał  narzuconą na ramiona, powłóczystą do ziemi szatę i burzę włosów na drewnianej głowie. To był autor rzeźby. Zza pionowych krawędzi tej szczelnej peleryny widoczne były tylko dłonie spinające poły okrycia na wysokości talii. Dopiero po odwróceniu figurki ukazały się, widoczne na podstawce bose nogi niewidoczne, bo zasłonięte długim do ziemi dziwnym płaszczem.

– Zimno mu w nogi, – ciągle na mnie patrzył, – lepiej postawić go na piecu.

– A jak on się nazywa – i ile panu płace za to arcydzieło – koniecznie chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o tym nietypowym twórcy.

– Nazywa się Mieciu, tak jak ja, mieszka ze mną w lesie, w szałasie, obok dużej skoczni. Ubrałem mu ciepły kożuch, do ziemi, ale teraz u pana nie będzie mu zimno. Niedaleko szałasu  mam pochowane w ziemi inne kamienne rzeźby, ale one są bardzo drogie. Nawet pana nie stać na takie cuda, więc transakcja się nie uda.

– Widzę, że poeta ze mnie nielichy, – ciągle siedział na schodkach nie swojego domu, choć powoli zaczynał pakować swój urobek do przepastnej torby. Chyba wyczuł, że jest coś co ciągnie mnie do niego, bo skinął ręką uzbrojoną w wielki nóż, żebym się nachylił, bo ma mi coś ważnego do powiedzenia.

– Jak zapłaci mi pan miliard, wszystkie te kamienne głowy będą pana, panie profesorze – szepnął.

– I niech mi pan mówi Mietek – klepnął mnie w ramię cokolwiek za mocno. Poczułem – i to nie był zapach życia – poczułem smród śmierci.

– Może i skuszę się na tę propozycję, bo może te twoje kamienne głowy pasować będą do mojej zakutej pały – nie wiedziałem jak zakończyć tę dziwną transakcję.

– To moja żona lubi twoje rzeźby, ale te drewniane. Na kamienne muszę się naradzić i wziąć więcej miliardów. Najlepiej jutro przyjdę do twojego szałasu. Na wszelki wypadek masz moją wizytówkę.

Brałem ranny prysznic, kiedy Iwona powiadomiła mnie, że policjant czeka na mnie na dole w recepcji.

– To pomylony ludowy twórca, nazywa się Mieczysław Zachwieja z Zęba. Właściwie to nazywał się, ponieważ dzisiejszej nocy ktoś w celach wyraźnie rabunkowych zasztyletował go jego własnym ogromnym, kuchennym nożem. Mieszkał w lesie, w dość solidnie zbudowanym szałasie, gdzie gromadziły się wszelkie szumowiny z całej okolicy. Mieciu zarabiał dla nich na alkohol swoimi figurkami, ale to ciągle było mało dla spragnionej czeredy pijaków. Ciągle mówił o jakiś miliardach zakopanych w ziemi. Wczoraj wieczorem musiało dojść do awantury, bo dzisiejsza ranna zmiana koleżków od kieliszka odkryła wewnątrz szałasu ciało denata. Przy nim ujawniono pańską wizytówkę i adres hotelowy.

– Kto może potwierdzić, że był pan całą noc w hotelu?


Wszystkie opowiadania Zenona Rogali

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: