Balsam

Zenon Rogala

 

 


– O, podejdź tu, podejdź, narodzie chrześcijański. Tu się sprzedaje, tu się kupuje, odejdź szczeniaku, bo cię opluję.

         – Gdy cię ząb w nocy boli, dałbyś tysiąc złotych, żeby cię boleć przestał, a jedna kropla tego balsamu ojców kapucynów, z Góry świętej Genowefy, twój ból uśmierzy i twój ból ukoi.

         – No odejdź chłopie, bo ci dokopie – głos miał chropowaty jak całą twarz.

Mógłbym godzinami słuchać tej jarmarcznej poezji i prozy, tej ludowej reklamy i naturalnego prowincjonalnego marketingu.

Miał pod szyją zawiązaną,  kolorową apaszkę, a na głowie mały kaszkiet, których ostatnio nie widać zbyt często i powszechnie. Dziwnie czerwonawy i chropowaty nos dotykał prawie górnej wargi.,

         Nie stałem zbyt długo obok jego stoliczka, bo ciotka Hela już z daleka kiwała na mnie, żebym wracał do naszego straganu. Tu królowały wszelkie drobiazgi odpustowe. Były więc kolorowe pierzaste koguciki, jak te w piosence, plastikowe wiatraczki na specjalnie skręcanych drucikach, kolorowe piłeczki wypełnione trocinami, na długich gumkach do podbijania, baloniki do dmuchania, często niezbyt sprawne, bo pękały zaraz po nadmuchaniu, ale cóż, trudno, już  były zapłacone. Obowiązywała zasada – towar nie tknięty – pieniądz nie wzięty. Ale skoro ktoś już zapłacił – trudno. Reklamacji nie uwzględnia się. Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się.

Największą furorę robiły korkowce i kapiszonowce, nabite papierowymi pociskami robiły niezły hałas wokół placu kościelnego. Dopóki huk wystrzałów słychać było wokół, znak to, że zabawa jarmarczna trwa na całego. Nie mogło też zabraknąć słodyczy, specjalnie pakowanych w kolorową bibułkę całusków, rąbanych cukierków już odważonych, żeby nie tracić czasu na ważenie przy natłoku klientów, ułożonych w różańce maleńkich okrągłych ciasteczek, noszonych potem na szyjach, jak ozdobne korale.

Z początku mojej wakacyjnej pracy w jarmarcznym biznesie ciotki Heli, odczuwałem coś w rodzaju wyrzutów sumienia, że taką tandetę sprzedaję anonimowej klienteli, ale kiedy widziałem z jaką zapalczywością i oczekiwaniem, a przede wszystkim radością, dokonują tych zakupów, złagodził się mój samokrytycyzm. W dodatku ciotka była wyraźnie zadowolona z mojego zaangażowania i kupieckich talentów, bywało, że przy naszym straganie zbierała się największa ciżba potencjalnych kupujących, powoli odkrywałem też swoją kupiecką smykałkę.

         Kiedy poszedłem w tak zwane ustronne miejsce, zobaczyłem tego w apaszce, jak na parapecie małego okienka rozlewa z butelki wina, do małych buteleczek, te krople balsamu ojców kapucynów z Góry świętej Genowefy. Dopiero na ten widok zrozumiałem, co to jest ból zębów.


Wszystkie opowiadania Zenona Rogali

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: