Anita i Aleksander (6)

 

Marian Marzynski

 


„Słońce grzeje, gdy idziemy torem kolejowym w kierunku Kowla — pisze o ucieczce z Warszawy we wrześniu 1939 roku przyjaciel Anity ze szkoły dziennikarskiej. — W jednym ręku niosę ciężki płaszcz, w drugim koszyk z prowiantem. Nagle na horyzoncie ukazuje się ciemny punkt, rzucamy się do rowu, obserwujemy zbliżającą się lokomotywę z pięcioramienną, czerwoną gwiazdą. Jesteśmy u Rosjan, bezpieczni.

„Dwupokojowe mieszkanie w Kowlu zawalone jest betami, na podłogach śpi tu już kilkanaście osób. Żeby kupić chleb, trzeba wstać o 4 rano, ale jak się nie da do ręki kierownikowi i sprzedawczyni, to się nie dostanie. Znajomy dziennikarz z Warszawy chodzi po mieście i blaguje, że ma do sprzedania 10.000 żyletek marki “Polonia”. Wiadomość wędruje z ust to ust, znajduje się kupiec, ustalają cenę, teraz dziennikarz szuka sprzedawcy. Okazuje się, że ma tylko tysiąc z firmy „Toledo”, ale interes dochodzi do skutku i mój znajomy dostaje prowizję. Zabieram się do handlu. Za 700 złotych kupuję na ulicy kradzionego srebrnego lisa, sprzedaję go za 1000. Od żołnierzy sowieckich kupuję cukier i konserwy, a sprzedaję im zegarki. Kupuję w Kowlu worek drożdży i jadę do Brześcia, żeby tam sprzedać dwa razy drożej.

„Porządnie ubrany, w pożyczonym kapeluszu, przejeżdżam do Białegostoku. Olbrzymie portrety Lenina i Stalina. Ulice zatłoczone ludźmi z pakami w rękach, wszyscy handlują. Niektórzy Żydzi chcą wracać do Niemców, przeprowadza ich przez granice Andzia — Garbuska, która z każdej podróży wraca w nowym futrze, tylko w takiej walucie jest płacona. Szmugluje się z Polski lekarstwa, zegarki i żyletki, Najłatwiej przemyca się banknot 500-złotowy, za który w Białymstoku dostaje się 630 złotych drobnymi.

„Adwokat z Warszawy wozi „dobrowolców” do pracy w Donbasie i dobrze na tym zarabia. — Jak jest w Rosji? — pytam go. — Spotykasz urzędnika w kapeluszu, a obok robotnika w wyszmelcowanej fufajce, buty z filcu, na które wkłada się kalosze, w pracy stołówka, kartki żywnościowe z ledwością wystarczają na utrzymanie, w sklepie jednego dnia są konserwy rybne, innego pasta do butów, ceny na wolnym rynku horrendalne, tanie bilety na sowieckie filmy.

„Spotykam Wacka Fiszera, z którym robimy interes: w Siemiatyczach pod Brześciem sacharyna jest dwa razy tańsza niż w Białymstoku, ale w drodze powrotnej wyrzucają nas z pociągu, bo nie mamy obywatelstwa sowieckiego. Długo czekamy w deszczu na następny pociąg, sacharyna przemaka nam w workach, suszymy ja potem w domu, ale traci smak i nie udaje się jej sprzedać.

„Adwokat z Lublina przyjął sowiecki paszport. — Zrób to samo — radzi mi — ci, co odmawiają, ciężko za to płacą: dziś opieczętowano fabrykę jakiegoś Polaka i zabrano mu parę milionów złotych, innego zabrano w nocy i ślad po nim zaginał. Ale o tym, żeby zostać w Białymstoku, nie ma mowy, ci co biorą paszporty, muszą wyjechać w głąb Rosji.

„Któregoś dnia przysiada się do stolika w kawiarni Rosjanin w skórzanej kurtce. — Dlaczego nie pracujecie? — pyta. — Bo bez paszportu nie można dostać pracy. — Polska należy do przeszłości, mówi mi. Jako Żydzi nie macie do Hitlera po co wracać, pozostaje wam tylko zostać obywatelem sowieckim i pracować dla dobra naszej wielkiej ojczyzny.

„Spotykam popularnego w Warszawie architekta. — Wyjeżdżam jutro do Taszkientu, mówi mi, czytałeś książkę ? No to tam jadę, wziąłem paszport, wychodząc z założenia, że , wygrałem drugie miejsce w konkursie na dworzec w Uzbekistanie, Hitler potrzebuje zboża i nafty, wcześniej czy później uderzy na Wschód, wtedy będzie łatwiej do Iranu.

„W przedpokoju stoi dwóch żołnierzy z bagnetami i cywil w butach z cholewami, który mówi: — Ubieraj się, pojedziesz do Niemców. Po chwili jeden z żołnierzy do mnie po żydowsku: — Nie przejmuj się, jedziesz na białe niedźwiedzie, zabierz ciepłe rzeczy.

„Rozglądam się po wagonie. W głębi, na stosie waliz z nalepkami eleganckich hoteli siedzi para. — Mówiłam, ci, żeby wsiąść paszporty, mówi żona, widzisz teraz, co z nami zrobili, traktują nas jak bandytów. Obok rodzina złożona z dziewięciu osób, z walizek urządzili sobie coś w rodzaju tapczanu, otwierają skrzynie z prowiantem i zabierają się do jedzenia. Młoda Żydówka w ciąży karmi piersią dziecko. — Jak będziemy zachowywać się jak barany, to zawiozą nas, dokąd chcą, mówi ojciec dziecka. — Widzę, że nie zna pan bolszewików, oni nie znoszą protestów, siedźmy lepiej cicho, mówi pan w binoklach. — Wywiozą nas na Syberię i prędzej czy później umrzemy, mówi ktoś inny.

Wybral

Marian Marzynski

Poprzednie czesci   TUTAJ

Anita i Aleksander

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: