ŻYDZI W NORMANDII

 

Ludwik Lewin

 

 

 


Widziałem kiedyś francuską komedię filmową, której bohaterem był „Żyd bretoński”. Główną rolę grał komik Pierre Richard, miał może coś z Bretończyka, ale z Żyda ani za grosz. Rzecz wydała mi się równie fantazyjna, co bretońskość fasolki. Wychodząc z kina, powiedziałem mej towarzyszce – w takim razie ja jestem Żydem normandzkim.

Żeby przekonać się, że „normandzki Żyd” nie jest oksymoronem musiałem wiele lat później pojechać do Nowego Jorku na ślub córki Krysi Fisher. 

Krysia długo pracowała w YIVO, czyli Żydowskim Instytucie Naukowym, założonym dawno temu w polskim wtedy Wilnie i w roku 1940 przeniesionym na Manhattan. Krysia była komisarzem wielu prestiżowych wystaw o działalności kulturalnej i społecznej Żydów, ekspozycji, które wędrowały po całym niemal świecie. 

Kiedy opowiadałem o podróży do Normandii, Krysia przerwała mi, pytając czy odwiedziłem Rouen i tamtejszą bardzo starą synagogę, odnalezioną pod renesansowym Pałacem Sprawiedliwości, czyli sądami.

A skąd tam synagoga? – zdziwiłem się. 

Normandia za nic nie chciała mi się kojarzyć z Żydami.  Kojarzyła się za to z cydrem i calvadosem, czyli jabłkowym brandy, od koniaku nie gorszym. Ze wspaniałym mlekiem krów rasy normandzkiej i wspaniałym masłem z tego mleka, których próbowałem w gospodarstwie Isabelle i Benoit de Langenhagen w Manerbe. Mleko pachniało łąką, a masło miało smak orzeszków laskowych – rozczulałem się w myślach na wspomnienie gościnności gospodarzy i pychoty ich produktów. 

Normandia to dla mnie również flaki à la mode de Caen, nazwane tak od miasta, bardziej słynnego z tej potrawy niż z zamku zbudowanego przez Wilhelma Zdobywcę. 

Zacząłem się rozwodzić nad pysznością normandzkich flaków, szczególnie wynosząc pod niebiosa te produkowane przez rzemieślniczą wytwórnię zdobywcy tytułu króla flaków à la mode de Caen, Michela Ruault. Byłem tam – nie w Caen, ale w Vire, w tym samym departamencie – i widziałem jak wnuk Michela, Thomas wszystko ręcznie przygotowuje, łącznie z krojeniem marchewki. 

Już miałem opowiadać o tym jak w kotle gotuje się te flaki przez dwanaście godzin, ale przerwała mi Krysia stwierdzeniem – nie wykluczone, że to żydowski przepis, bo oprócz szocheta nic im do koszerności nie brakuje, a mieszkali tam Żydzi od bardzo dawnych czasów.  

 

Według niektórych historyków w pierwszych wiekach nowej ery, Rzymianie osiedlili w Normandii tysiące Żydów sprowadzonych z Judei i Półwyspu Apenińskiego. Jacques-Sylvain Klein, zajmujący się historią Żydów w tym regionie, ze szczególnym uwzględnieniem Rouen, wyraża przekonanie, że żydowscy przybysze nad Orne i Sekwanę byli przede wszystkim legionistami, dla których kawał ziemi darowany przez cesarza, był rodzajem emerytury. Dlatego, choć byli wśród nich kupcy, to przeważali rolnicy. Jedni i drudzy przyczynili się wydatnie do tego, że Normandia zmieniła się w krainę mlekiem płynącą. Być może również miodem, ale o tym archiwa milczą.

W początkach Średniowiecza Żydom w Normandii żyło się o wiele lepiej niż średnio. Do tego stopnia, że chrześcijanie – z którymi wtedy specjalnych konfliktów nie było – zaczęli mówić (i pisać, stąd o tym wiadomo) o królestwie żydowskim w Normandii.  Przesada, która samym Żydom nie przyszłaby nawet do głowy, ale jeśli gdzieś żyło im się trochę lepiej, to sąsiedzi od razu mówili, że „królują”. „Królami” nazywali kronikarze nie tylko szefów gminy w Rouen, ale i w langwedockiej Narbonie, jak i nadreńskiej Moguncji.

Wiadomo, że spokój dla Żydów jest w dziejach wyjątkiem, a regułą curesy – zmartwienia, przykrości, prześladowania. 

Pierwszy odnotowany pogrom zdarzył się w Rouen w 1007 roku. Pierwszy z wielu, choć panowanie Wilhelma Zdobywcy – przed podbojem Anglii w roku 1066, zwanego Bękartem – było długą chwilą wytchnienia. Książę, a potem król, nie tylko wspomagał gospodarczą i finansową działalność Żydów, ale sporą grupę osiedlił w Londynie.

Dobre czasy szybko się skończyły. Podobnie jak w wielu innych regionach Europy, pierwsza wyprawa krzyżowa rozpoczęła się w Normandii od masowego zabijania Żydów. Rządzący wtedy księstwem Wilhelm Rudy szybko położył kres masakrom, ale nie przywróciło to życia zamordowanym.

Po przyłączeniu Normandii do Królestwa Francji Żydzi żyli na huśtawce humorów, potrzeb i szacunku francuskich monarchów dla normandzkich przywilejów, raz wykupując się od prześladowań, kiedy indziej poddając się restrykcjom – jak zakaz mieszkania na wsi – czasem padając ofiarą motłochu lub zorganizowanych rabunków. Historycy przekonani są, że mogli to wszystko wytrzymać i przetrwać, przede wszystkim dzięki dobrobytowi, osiągniętemu poprzez dynamiczność gospodarczą, jak i działalność kulturalną najwyższego lotu.   

Pod koniec XII wieku musieli jednak podporządkować się nakazom zainicjowanym przez Ludwika Świętego i nosić specjalne stroje, a na nich naszyte żółte kółko, jak inni Żydzi we Francji. Mord rytualny, bezczeszczenie hostii, zatruwanie studni, to zarzuty, za które Żydzi ginęli na stosie i których świadectwa pozostały na wielu obrazach, rycinach i witrażach, a wśród nich w kościele saint-Eloi (św. Eligiusza) w Rouen. Średniowiecze czy postmodernizm, być Żydem zawsze znaczy to samo.

 Wielka saga Żydów normandzkich skończyła się w początku XIV wieku, kiedy to król Filip Piękny wygnał Żydów z Francji, zagarniając najpierw ich majątek. Dopiero po wypędzeniu Żydów z Hiszpanii, w XVI w. kilka rodzin sefardyjskich osiedliło się w Rouen.     

 

Między XI i XIII wiekiem, w epoce niepokoju moralnego, który pozostawił ślad w filozofii chrześcijańskiej i muzułmańskiej, w Rouen kwitnie szkoła talmudyczna. Niektórzy uważają, że przyjeżdżał tam nawet sam Raszi z rodzinnej Troie.  Natomiast nie ulega wątpliwości, że bywał, a nawet mieszkał w Rouen, jego wnuk Rabejnu Szmuel ben Meir. Znany jest jako Raszbam. Komentował komentarze dziadka.

W XII wieku pracował w Rouen Samuel ben Solomon z Falaise, badacz Pisma i tossafista, jak nazywa się ówczesnych interpretatorów Talmudu. Wiadomo, że uczestniczył w tzw. dysputacji paryskiej, która była procesem przeciw Talmudowi, procesem, który skończył się publicznym spaleniem kilkudziesięciu egzemplarzy Nauki.    O tym uczonym najwięcej jednak wiadomo z dokumentów świeckich, gdyż jako Sir Morel był finansistą i pomocnikiem w instalowaniu biznesów.

Dziwnym wydawało się badaczom, że zaświadczona w archiwach i innych dokumentach działalność Żydów w Normandii, pozostawiła tak mało materialnych śladów, że nie trafiali na nie archeolodzy.  

Aż trafili. Na budowlę, o której mówiła Krysia. 

Najpierw metodą spekulacyjną (nie chodzi o to, że Żydzi to spekulanci). Amerykański historyk Norman Golb, studiując średniowieczne rękopisy hebrajskie zauważył, że kilkadziesiąt razy powtarza się w nich nazwa miasta pisanego literami רדום (RDWM). 

Wbrew poprzednikom, którzy widzieli tu Rodez (miasto w Masywie Centralnym), Golb przekonany był, że musiało chodzić o Rouen.  Co więcej, miał pewność, że w średniowieczu znajdować się tam musiała ważna jesziwa i że znajdywała się w ówczesnej dzielnicy żydowskiej, przy ulicy, która do dziś dnia nazywa się aux Juifs, czyli z Żydami.

Miał rację. W roku 1976, wkrótce po opublikowaniu jego pracy w Tel Awiwie, podczas robót na dziedzińcu Pałacu Sprawiedliwości, przypadkiem odkryto przewidziany przez Amerykanina zabytek. Jest to kwadratowa budowla w stylu romańskim, której powstanie datują archeolodzy na sam początek XII wieku. Zachował się tylko parter, bo piętro rozebrano zapewne w początku XVI w., budując Parlament Normandzki, który po Rewolucji Francuskiej zmienił się w sądy.

Na ścianach odkryto hebrajskie graffiti, jedno z nich jest, jak się wydaje, cytatem króla Salomona z Księgi Królewskiej – „niech ten dom będzie wspaniały”. Proszę nie szukać ani w Biblii Tysiąclecia, ani u Wujka, bo albo im się ten werset nie tak przetłumaczył, albo historycy z Rouen coś nie tak odczytali. 

Wciąż nie ma zgody jaką funkcję pełnił „cudowny dom”. Golb orzekł, że była to jesziwa i że jest to najstarszy taki zabytek w Europie. Inni uważają, że to synagoga, niektórzy skłaniają się do twierdzenia, że dom bogatego Żyda. 

Iście salomonowy wyrok wydała profesor Judith Olszowy-Schlanger, przypominając, że w średniowieczu często się zdarzało, że synagoga, tak samo jak szkoła, działała w domu rabina.    

Maison Sublime, jak po francusku nazywa się budowlę, zasłania betonowa krypta pod sądowymi schodami. Zabytek zwiedzać można tylko raz w tygodniu i wpuszcza się maksimum 15 osób. Każda z nich musiała wcześniej wiedzieć o jej istnieniu, gdyż żadna wskazówka nie prowadzi do tego skarbu żydowskiej historii.

Teraz, kiedy i ja już wiem, na pewno szybko tam pojadę.  I przy okazji poszukam koszernej restauracji, żeby zjeść flaki à la mode de Caen.  


Wszystkie historyjki Ludwika

TUTAJ

Pierwodruk ukazal sie w  lipcowym numerze Słowa Żydowskiego

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: