„Moje” Jedwabne

Stanisław Krajewski

(Rozdział w książce S. Krajewskiego Nasza żydowskość, Austeria, Kraków 2010, 116-134)


Początek lat siedemdziesiątych. Cmentarz żydowski w Warszawie. Kilkanaście osób czyści nagrobki z dziko, obficie, zdobywczo porastającej je zieleni. Przyszliśmy w ramach Tygodnia Kultury Żydowskiej, organizowanego przez warszawski KIK. Większość z nas to ludzie młodzi, zarówno katolicy z młodzieżowej sekcji Klubu, jak i ich niekatoliccy przyjaciele. Ci przyjaciele są zazwyczaj Żydami, ale wtedy nie bardzo się o tym wspomina. Niby wiadomo, ale właściwie, co wiadomo? Nie ma języka, którym by można o tym mówić. Czy my jesteśmy Żydami? Byli nimi nasi przodkowie, ale my? Przecież te nagrobki, symbole na nich, napisy są dla nas całkowicie niezrozumiałe. I to ma być nasze? Nie wiemy, jak o tym mówić, ale chętnie słuchamy prelekcji, wspomnień, opisu zatajanych w oficjalnym obiegu faktów. Jako goście jesteśmy obecni na mszy. Różnica jest oczywista dla wszystkich: jedni klękają, by przyjąć komunię, inni stoją z tyłu. Jednak nasza ignorancja w sprawach żydowskich jest podobna, jak katolików. Opowieści o przedwojennych Żydach i o wydarzeniach związanych z Zagładą są dla nas wszystkich nowością. Nas, mnie, te opowieści dotyczą osobiście. Jednak dotykamy nagrobków z niezrozumiałymi literami z podobnym uczuciem obcości. Aura zapomnienia otacza te litery, te nagrobki, ten cmentarz. A więc – czujemy – też ludzi tam pochowanych, ich życie. I ich śmierć. My przeciwstawiamy się temu, jak co roku. Czujemy, że to słuszne działanie. Może nawet święte. I ateiści miewają wyczucie świętości. Przeciwstawiamy się zapomnieniu, bo tak każe etos opozycji. Władza wszystko fałszuje, komuniści wszystko przedstawiają w sposób, który pasuje do ich schematu. Uczestniczymy w rozpraszaniu mgły. Ale czy dla mnie jest to działanie żydowskie? Nie powiedziałbym. Wtedy bym tego nie powiedział.

Zaczęło padać. Chronimy się w budyneczku, który służy jako magazyn. Wiem już, że gdy potrzeba, służy też do obmywania zwłok. Jest z nami jeden człowiek w zdecydowanie starszym wieku. To nasz dzisiejszy prelegent, Szymon Datner. Wydaje się nam stary, choć jest dziarski i pracuje łopatą, jak najmocniejsi pośród nas. Jest historykiem z Żydowskiego Instytutu Historycznego, znawcą okresu wojny. Atmosfera jest ciepła, przyjacielska. Datner mówi – Chciałbym wam coś powiedzieć. – W jego tonie jest zapowiedź zwierzenia. Słuchamy więc z uwagą. – Nie mogę zrozumieć, dlaczego w 1941 roku, po wkroczeniu Niemców, Polacy mordowali Żydów w okolicach Białegostoku. – I wymienia kilka nazw miejscowości. Nie pozostały mi wtedy w pamięci. Wśród nich było Jedwabne.

Teraz wiemy. Wiemy też, że Datner jest autorem jedynego do owego czasu opracowania tematu; w artykule z 1966 pisał o lokalnych „bandach”, które zabijały Żydów. Wobec nas był bardziej bezpośredni; choć nie pamiętam dokładnie jego słów, wiem, że mówił o Polakach, choć nie oskarżał wszystkich Polaków, Polaków jako takich.

Jednak do mnie niewiele dotarło. Dlaczego wtedy nic nie usłyszałem, chociaż słyszałem? Myślałem tak jakoś: No tak, męty, bandziory, ludzie zdeprawowani, przyłączyli się do Niemców, mieli swój czas. Trudno się dziwić. Takich w Polsce nie brak. Ale czy to ma coś wspólnego z p r a w d z i w ą Polską?

Bo prawdziwa Polska jest niewinna, skrzywdzona, może trochę sponiewierana, może nieco cudaczna, ale jest czysta. Męty i mordercy nie mogą reprezentować Polski, bo Polska jest szlachetna i bohaterska, walcząca za „wolność waszą i naszą”.

Wtedy, w ów słotny letni dzień na żydowskim cmentarzu, i potem przez wiele lat, nie przychodziło mi do głowy, że nie chodziło tylko o bandytów, o męty, ale o zwykłych ludzi, nie o margines, ale o większość. Bo choć nie większość mordowała, to większość w pewien sposób uczestniczyła – jako kibice, gapie, świadkowie; bardzo wielu na morderstwach skorzystało, wzbogaciło się; a potem prawie wszyscy uczynili z tamtych wydarzeń tabu. Gdyby chodziło o bandziorów, byliby publicznie potępieni przez zwykłych mieszkańców, gdyby to naprawdę był wtedy margines, to zdrowa większość by go napiętnowała. Ludzie z zewnątrz, z Warszawy, historycy i autorytety, wyraziliby oburzenie. Ale oni nic nie uczynili. Nic nie mówili. Nie wiedzieli? Zapewne nie. Ale czy próbowali się dowiedzieć? Nie, woleli nie wiedzieć. Bali się wiedzieć. Przecież Polska jest czysta. Zdeprawowany margines był i jest, owszem, duży, ale nie jest prawdziwą Polską. Ta prawdziwa jest niewinna.

Ja, w moim podejściu do Jedwabnego, nie różniłem się od innych Polaków. Dlatego mogę teraz powiedzieć: Moi bracia Polacy, Polacy-katolicy! Ja naprawdę wiem, jak trudno jest wam przyjąć do wiadomości relacje o zbrodniach popełnionych przez Polaków. Rozumiem, jak to się dzieje, że tak wielu Polaków aż do dzisiaj nie śmie stanąć twarzą w twarz z trudną prawdą.

Calosc TUTAJ

One Response to “„Moje” Jedwabne”

  1. Gorzkie słowa.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: