Czy regulowanie antysemityzmu na kampusach jest cenzurą?

.
.

Przyslala

Katharina Dr.Gasinska-Lepsien

 


Amerykańska minister edukacji Betsy DeVos. Credit: Flickr.
Ministerstwo Edukacji administracji prezydenta Trumpa nakazało wstrzymanie wypłat federalnych grantów wydziałom uniwersyteckim badań nad Bliskim Wschodem, które propagują antysemityzm. Dlaczego Żydzi nie wiwatują?

Dla liberalnych krytyków prezydenta Trumpa jest to tylko najnowszy przejaw wrogości wobec wolności słowa ze strony jego administracji. Ministerstwo edukacji ogłosiło kilka tygodni temu, że nakazało wydziałowi badań bliskowschodnich prowadzonemu wspólnie przez Duke University i University of North Carolina przerobienie programu, jaki oferują studentom. Jeśli konsorcjum obu uniwersytetów, które prowadzi ten program, nie dostosuje się do tego, straci pieniądze z federalnego grantu, jakie otrzymuje zgodnie z Title VI, 1964 Civil Rights Act.

Dla większości pracowników akademickich ta bezprecedensowa interwencja rządu w nauczanie przedmiotu jest skandalem i pogwałceniem swobody akademickiej. Niemniej tym, co rzeczywiście wyprowadziło z równowagi krytyków, są powody tego żądania. Ministerstwo Edukacji powiedziało wyraźnie, że kurs oferowany przez konsorcjum gloryfikuje islam i ignoruje inne wyznania na Bliskim Wschodzie. Program promuje także działalność BDS, włącznie ze zorganizowaniem konferencji, która była skażona antysemicką retoryką kilku mówców.

Zamiast jednak przedstawienia tego jako niezbędnego działania, którego celem jest nie dopuszczenie, by dolary z podatków były używane do propagowania wypaczonego obrazu świata i promowania nienawiści, list Ministerstwa Edukacji spotkał się ze zjadliwą krytyką ze strony ”New York Timesa” i ”Washington Post”, jak również mediów uniwersyteckich. Co jeszcze dziwaczniejsze, w artykule w „Forward” potępiono starania administracji jako nie tylko islamofobiczne, ale przypominające cenzurę niemieckich uczonych przez reżim nazistowski.

Co może wyjaśnić ten język, jak również tak silny opór przeciwko temu posunięciu? Dół formularza

W obecnej stwarzającej podziały atmosferze politycznej wszystko, co robi administracja Trumpa – czy jest to dobre, złe, czy neutralne – zawsze zostanie wciśnięte w narrację, którą liberalni i związani z Partią Demokratyczną krytycy muszą potępić lub potraktować jako dowód przestępczego zachowania i/lub autorytaryzmu. Minister edukacji, Betsy DeVos, jest szczególnie celem szyderstw i pogardy ze strony „ruchu oporu”. Kenneth Marcus, szef biura praw obywatelskich tego ministerstwa, jest traktowany podobnie. „Times” złośliwie mówi o nim w artykule o kontrowersji wokół University of North Carolina jako o kimś, „kto zrobił karierę na proizraelskim orędownictwie”, co jest interesującym sposobem mówienia o kimś, kogo życie zawodowe skupiało się na walce z antysemityzmem.

Prawdziwym problemem jest jednak to, że działanie rządu opiera się na zrozumieniu, że badania bliskowschodnie w Stanach Zjednoczonych stały się bezpieczną przestrzenią dla antyizraelskich i antysemickich zajęć i programów, udających naukę. Na tych wydziałach poparcie dla antysyjonistycznych i antysemickich kampanii stało się rodzajem ortodoksji , której ani wykładowcy, ani studenci nie odważają się kwestionować. Znakomicie obnażył to Martin Kramer w książce z 2001 roku Ivory Towers on Sand: The Failure of Middle East Studies in America, a od tego czasu sytuacja tylko się pogorszyła.

Czy jest jednak zadaniem rządu nadzorowanie tej opłakanej sytuacji?

Konserwatywni zwolennicy „małego rządu”, jak również libertarianie i liberałowie są często skłonni odpowiedzieć „nie”. Ostatnią rzeczą, jaką ktokolwiek mógłby chcieć, są federalni biurokraci sprawdzający i cenzurujący to, co oferują uniwersytety. Niemniej, skoro istnieje federalne ministerstwo edukacji, które daje pieniądze uniwersytetom w całym kraju, dlaczego nie miałoby ono monitorować sposobu wydawania tych pieniędzy?

Rząd federalny słusznie nadzoruje użycie pieniędzy z grantów, jeśli chodzi o możliwe dyskryminacyjne zachowania lub praktyki. To samo dotyczy wielu innych kwestii związanych z federalnymi preferencjami w szeregu zachowań i agend. Dlaczego więc monitorowanie antysemityzmu ma być tematem, o którym Waszyngton ma milczeć? Powszechnie wiadomo, że cokolwiek, co ma posmak akceptacji rasizmu lub uprzedzenia wobec innej mniejszości, spowodowałoby utratę federalnych grantów. Antysemityzm jednak, który operuje za zasłoną badań bliskowschodnich, jest bezkarny.

W ten sposób Ministerstwo Edukacji i rząd federalny traktowali wypadki antysemityzmu do 2017 roku. Na przykład, administracja Obamy ignorowała wiele antysemickich incydentów na uczelnianych kampusach przez osiem lat i odrzucała wezwania (ludzi takich jak Marcus), by użyła groźby utraty federalnego finansowania dla zmuszenia do działania ludzi za to odpowiedzialnych. Dopiero kiedy Trump mianował DeVos i Marcusa na stanowiska w edukacji, Ministerstwo Edukacji zaczęło interesować się sposobem, w jaki nienawiść do Żydów znalazła schronienie na niektórych kampusach, szczególnie na wydziałach skupionych na Bliskim Wschodzie.

Te wydziały, podobnie jak wydział przy Duke i UNC, mają swobodę dalszego nauczania historii Bliskiego Wschodu w sposób, który traktuje obecność chrześcijan i Żydów jako nielegalną, lub promować BDS i inne postaci antysemityzmu. Mają wybór. Jeśli nie chcą federalnej krytyki, wystarczy, że zrezygnują z pieniędzy, jakie otrzymują od rządu federalnego lub jakiegokolwiek innego organu, który stara się o utrzymanie standardów przyzwoitości, jakich – można by sądzić – nie musi się narzucać z zewnątrz takim elitarnym instytucjom jak uniwersytety. I istotnie, istnieje wiele bliskowschodnich rządów, takich jak Katar, którego prowadzona przez Bractwo Muzułmańskie fundacja hojnie obdziela pieniędzmi amerykańskie instytucje, promując agendę zupełnie inną niż administracja amerykańska.

Jeśli to jednak robią, to nie mogą udawać, że są odpowiedzialnymi uczonymi ani czymkolwiek innym poza siewcami nienawiści.

To, co zrobiło Ministerstwo Edukacji Trumpa, nie jest ani islamofobiczne, ani nie jest bezczelną ingerencją w świat akademicki, godną autorytarnego reżimu. Jest jedynie przestrzeganiem wartości i zasad, które liberalni członkowie świata akademickiego – jak sami twierdzą – w pełni popierają.

Wcześniej Ministerstwo zostało potępione przez grupy żydowskie, takie jak Anti-Defamation League, która twierdzi, że broni społeczności przed antysemityzmem, ale teraz milczy, kiedy powinna bronić administracji. Niezależnie od poglądów na Trumpa lub DeVos, żydowska społeczność powinna popierać administrację w tej sprawie. Nie zrobienie tego jest po prostu haniebne.

Is regulation of anti-Semitism on campus censorship?

JNS.Org, 26 września 2019

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Jonathan S. Tobin

Amerykański dziennikarz, redaktor naczelny JNS.org, (Jewish News Syndicate). Komentuje również na łamach National Review, New York Post, The Federalist, w prasie izraelskiej m. in. na łamach Haaretz.

http://www.listyznaszegosadu.pl/m/notatki/czy-regulowanie-antysemityzmu-na-kampusach-jest-cenzura

One Response to “Czy regulowanie antysemityzmu na kampusach jest cenzurą?”

  1. Rząd płaci, rząd ma prawo wstrzymać opłaty.

    Jak w normalnych stosunkach między dostawcą i klientem. Klient płaci za specyficzny towar albo wiedzę. Jeśli dostawca opluwa klienta zamiast pracować nad wypełnieniem warunków umowy, klient wycofuje opłaty.

    W obecnej kulturze postmodernistycznej, dostawcy wiedzy i usług społecznych często widzą opłaty państwa za ich usługi jako wrodzone prawo mówienia prawdy osobistej za pieniądze.
    W systemie demokracji liberalnej większość tej ostatniej frazy jest poprawna, poza ”wrodzonej” i ”pieniędzmi”.

    Z czego pocieszne demonstracje oburzonych artystów i domorosłych myślicieli którym państwo odmawia finansowania głoszenia ich poglądów.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: