Abram Cytryn cz 14 – tworczosc za drutami

Abram Cytryn

Nazywam się Lucie Bialer i jestem siostrą Abrama Cytryna. Jako jedyna z całej naszej rodziny wróciłam z piekła. Mama i Abramek zostali zagazowani w Auschwitz. Ojciec nasz, Jakub Cytryn, zmarł z głodu w getcie. Jego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim w Łodzi. Po wojnie wróciłam do Łodzi, sądząc, że spotkam kogoś z rodziny. Pobiegłam szybko na ulicę Starosikawską, ostatnie nasze miejsce zamieszkania w getcie. Cudem uratowałam utwory Abramka, te które zostawił w naszym mieszkaniu. Było tam dużo wierszy i dużo utworów prozą. Najlepsze utwory mój brat zabrał ze sobą… Po powrocie do Łodzi poznałam Zygmunta Bialera i wyszłam za niego za mąż. Urodziłam córkę Nelly. Wyrosła na znanego adwokata. Niestety zmarła w wieku 40 lat w roku 1988. Kilka lat po śmierci mojego dziecka zmarł także mój mąż, Zygmunt Bialer. Zostałam sama. Pisanie o mojej rodzinie to mój obowiązek. Chciałabym, żeby Abramek − kiedy umrę − pozostał w pamięci przyszłych pokoleń, przede wszystkim młodych ludzi. Kiedy pisał te wiersze, był w ich wieku. Pisać, to znaczyło dla niego − żyć. Mówił często, że jeśli zabraknie mu pióra, będzie pisał własną krwią. Chciałam zadedykować tę książkę wszystkim dzieciom świata.

Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy pamiętają w Łodzi o moim bracie. Dziękuję z całego serca władzom miasta, szczególnie Panu Prezydentowi Kropiwnickiemu, że jest w Łodzi ulica imienia Abrama Cytryna. Dziękuję Pani Krystynie Radziszewskiej, że podjęła inicjatywę wydania utworów mojego brata oraz Pani Ewie Wiatr i Panu Dariuszowi Leśnikowskiemu za trud włożony w opracowanie tej publikacji. Bardzo dziękuję firmie Amcor Rentsch Polska za sfinansowanie wydania tej książki.

Paryż, luty 2009 Lucie Cytryn-Bialer


AZOR

Człowiek nie stosował się do przysłowia, które głosi, że szczekanie psa nikogo nie obchodzi. Obchodzi go i to jeszcze jak! Co chwilę oberwaniec [jakiś] uciszał gwałtownego pieska, który miast stulić pysk, wydzierał się z podwójną siłą. Wyczuwał psim sercem Azor, że włóczęga przed nim drży; wówczas to duma wielka go obejmowała (…). Ale odważnego człeka się Azorek boi. Walenty Podpórka, dziadek siwy, ale krzepki, w dziwnym wyświechtanym kapeluszu na głowie, raz sprawił Azorowi tęgie lanie, że ilekroć kundel napotykał poczciwinę, to tak umykał, że gęsty obłok kurzu unosił się za nim.
*
− Głupia jest Michałowa gromada − [mówi] Walentowa. − trzeba łobuza w karby wziąć! − Co tam, co tam. Niech się napawa słoneczną rozkoszą. Niech biega − cicho mówi babunia i zawzięcie szoru je swoje garnki. Nagle z niesły chanym impetem wpada do chaty zakurzony Azorek. W pysku trzyma trzepocącego się kurczaka, który czyni swym gardziołkiem wrzask przeraźliwy. Walentowa łapie się za głowę. Babunia z wrażenia upuszcza z łoskotem garnek, a bohaterski Azor szczyci się swoim uczynkiem i patrzy na swoją opiekunkę, czekając pochwały. Babunia, z krzykiem, przemocą wyjmuje kurczaka kun dlowi z pyska, a Walentowa przegania go energicznie szczotką z izby. Jednym okiem łypie Azor podejrzliwie na sąsiadkę, a drugim na kurczaka, potem: „szust” i piesek wali naprzód, ledwo dotykając ziemi.
*
− Oskarżony jest Azor wasz o haniebną zbrodnię, o krew przelaną! Gdzie się ten łobuz ukrywa? – ??? − W takim razie − orzekła poszkodowana − idziemy do wójta. „Do wójta! Do wójta!” − krzyczy gromada. Idą. Na czele całej wioski kroczy dumna Kunegunda i woła: „Żądajcie sprawiedliwości i ukarania zbrodniarza!” Wrzaski buchały jak z wulkanu. Wysoki drągal, tępy jak żałosne cielę, powtarza za całą hałastrą. Jasiek idzie ze swoją białosiwą kozą, durny Wałek z beczącym baranem, a gruby parobek z wychudłą krowiną. „Bee, mee, muu!” − odzywają się bydlęce głosy i mieszają się z ludzkimi. „Sprawiedliwości! Sprawiedliwości!” Barwne kłębowisko ciał stanęło przed domem wójta. ten, w czerwonej pelerynie, wyszedł na balkon i objął władczym spojrzeniem swoich podda nych.

Kunegunda, oratorka, podniosła wysoko głowę i zaczęła przemawiać. Koniec purpurowego nochala świecił w słońcu jak lustereczko, jak brylancik i [wreszcie] zaczął promieniować królewską dumą. − Mądrość pana wójta jest bezgraniczna (…). Morderca będzie ukarany, a ja zadowolona. Ale gdzie szukać zbrodniarza, na Boga? − krzyczy Kunegunda. − Cicho! − zaczął tęgi wójt. − Cicho! − powtórzyła poszkodowana. − Nasz pan chce mówić. − Otóż, w imię sprawiedliwości, ja zarządzam generalną obławę na Azora. Rozbiegnijcie się moje dzieci i wyśledźcie łotra. Za ujęcie go żywcem będzie nagroda. − Niech żyje! − krzyczą osły. − Niech żyje! − leci pomruk. „Mee!” − beczy koza. „Muu!” − muczy krowa. „Kwik, kwik” − kwiczy świnia. Barwna gromada wieśniaków rozbija się w okamgnieniu. W wiosce była wielka obława. Przetrząśnięto wszelkie dziury i zakamarki. Na próżno. Któż [by] się spodziewał, że Azorek może przebywać w wójtowskiej spiżarni! Rudy Mendele szukał zawzięcie po wszystkich stodołach, stajniach, kątach i dachach, nęcony sowitą nagrodą wójta. Bogata nagroda wszystkim przy padła do gustu. Azora poszukiwał drągal i wioskowy siłacz Pisarek, Jasiek pastuch i cała, calutka wioska. A biedny Azor myszkował w wójtowskiej spiżarni i napychał się obficie królewskim żarciem. W wielkiej spiżarce, czyli w piwnicy, stały kosze z serami, skrzynie z jajami, beczki kiszonej kapusty, wanny surowego mięsa. Kundel obwąchiwał wszystko starannie i próbował. to ci było życie dla Azora!


Wszystkie wpisy Abrama Cytryna  TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: