Żyć, nie umierać

.

Marian Marzynski

 

Z moim starym przyjacielem przez wiele lat pisaliśmy w Polsce scenariusze, którymi umilaliśmy sobie życie. Były one o tym, co chcielibyśmy, żeby było, bo to jak było naprawdę – nie bardzo nas interesowało. Ja opuściłem Polskę, a mój przyjaciel zaczął się bogacić, ostatnio zajmuje się nieruchomościami. Tak sobie niedawno gaworzyliśmy przez telefon:

Ja: Co wyszło z pomysłu, żeby zbudować pod Warszawą superluksusowy ośrodek dla starzejących się bogaczy?

On: Nic, bo nie zgodziły się słupki. Ja chciałem, żeby bogate dzieci, a jest ich coraz więcej, umieszczały swoich starych rodziców w takim ośrodku – pensjonacie, nie dalej niż pół godziny samochodem od miasta, tak żeby pozbywając się wyrzutów sumienia, mogły ich odwiedzać, nawet zaraz po pracy.

Ja: Przypomnij mi, co tam miało być.

On: Przede wszystkim nie jeden, a dwa duże pokoje z kuchnią i dwiema łazienkami, bo starsi ludzie nie lubią rozstawać się z przedmiotami, do których są przyzwyczajeni; osobne windy do każdego mieszkania, żeby nie zmuszać się do kontaktu, którego się nie pragnie, luksusowe wspólne salony, ale dyskretnie oddzielone od siebie, żeby zapewnić prywatność odwiedzającym, przeszklenie, dużo światła, zieleń w środku i na zewnątrz, wszystkie możliwe serwisy od sprzątania do gotowania, restauracja na dole, może nawet kawiarnia i bar, kablówka, internet, busiki na wszelkie okazje, opieka pielęgniarska, lekarz w pobliżu na wizyty domowe, słowem: żyć nie umierać.

Ja: Pamiętasz moje powiedzenie o Polsce, że jest to kraj źle tłumaczony z angielskiego? Ten pomysł, jak nasze scenariusze z epoki PRL, lekceważy rzeczywistość. Od lat obserwuję ten proces w Stanach: żadna wieś i żadne pół godziny samochodem po pracy. Nikt skonany po dniu pracy, a na skonaniu oparte jest bogacenie się młodych, do nich nie przyjedzie. Starzejących się bogatych wstawia się jak plomby w miejscowościach, gdzie mieszkają ich najbliższe rodziny, często w samym środku miasta, a gdy rodziny są daleko poza ich miastem, takie pensjonaty luksusowej starości buduje się razem z małymi hotelami – butikami, w których zatrzymują się dzieci z wnukami. Który to młody – bogaty zechce wdychać powietrze mieszkanka rodziców? Przyjeżdża po to, żeby ich natychmiast z niego wyprowadzić – do jego/ich ulubionej restauracji, albo wywieźć za miasta, albo do wesołego miasteczka, bo to jedyne, poza pstrykaniem w „devices” co zainteresuje wnuki. Transakcja wiązana…

On: Dobrze mówisz, pomyślę, ale boję się o twój rachunek telefoniczny.

Ja: Nie przejmuj się. Internet. Dwa centy za minutę.

Zyc nie umierac


 

Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: