• Grzegorz Wędzyński w Izraelu spędził pięć lat – trzy w Maccabi Tel Awiw, następnie po roku w Hapoel Irony Riszon Le Syjon i Hapoel Irony Kiryat Shmona
  • W Izraelu szczególnie podchodzi się do kwestii bezpieczeństwa. – Każdy jednak apartament czy dom ma specjalny schron, który jest doskonale przygotowany w razie jakiegoś niebezpieczeństwa. Całe rodziny są wyposażone w maski gazowe – mówi Wędzyński
  • Po zakończeniu kariery, jako zawodnik rozpoczął karierę szkoleniową w Pogoni Siedlce (z którą awansował z trzeciej do drugiej ligi), następnie w Stanach Zjednoczonych, w Polonii Nowy Jork, a obecnie w Belgii, gdzie trenuje grupy młodzieżowe

Co u pana słychać? Niewielu kibiców wie, że po piłkarskiej karierze wyjechał pan do Stanów Zjednoczonych, a teraz jest pan w Belgii. Jak to się stało?

Zadzwonił do mnie prezes i właściciel Polonii Nowy Jork z zapytaniem, czy byłaby taka możliwość, abym objął jego zespół. Długo się nie zastanawiałem. Tym bardziej, że słyszałem dużo dobrego na temat Polonii i jej prezesa Michała Siwca od bardzo dobrego przed laty piłkarza – Jana Domarskiego. Postanowiłem pojechać do Stanów Zjednoczonych i objąłem ten klub. Poznałem trochę inne oblicze piłki, bo był to zespół amatorski, gdzie piłkarze pracują albo mają swoje firmy. Wkrótce było też pięćdziesięciolecie klubu. Zaprosiliśmy Arkę Gdynia, która zagrała z nami towarzyski mecz. Z zaproszenia skorzystał okazyjnie Tomek Frankowski, no i wygraliśmy 2:1.

Wielu Polaków zostaje w Stanach na stałe. Pan przeniósł się po pewnym czasie do Belgii.

Rozważałem też taką opcję, ale mam już duże dzieci, a nawet czwórkę wnuków i z żoną zdecydowaliśmy być bliżej rodziny w Polsce. Decyzja była taka, że wybrałem inny kierunek i trafiłem do Belgii.

Jak to się stało, że w USA otrzymał pan ofertę pracy w Belgii?

To była oferta łączona z pracą, biznesem. Belgię znam dobrze. Wielokrotnie przyjeżdżałem tu na coroczne zgrupowanie z Maccabi Tel Awiw, w którym grałem. W Izraelu temperatura przed sezonem była nie do wytrzymania, natomiast w Belgii warunki do treningu były idealne. Graliśmy mecze kontrolne z miejscowymi drużynami – Zulte Waregem, Anderlechtem czy Lokeren. Przy okazji poznałem bliżej ten kraj, a teraz tu mieszkam. Szybko stąd samolotem się leci do Warszawy, można też jechać samochodem.

Trenuje pan juniorów, trampkarzy?

Z kilkoma klubami współpracuję. Prowadzę też zajęcia indywidualne z piłkarzami. Pracuję nad doszkoleniem ich mankamentów. Jeśli jakiś zawodnik ma problem z dośrodkowaniem na pełnym biegu, wówczas ćwiczę z nim właśnie ten element. Skupiam się na technice użytkowej i oddawaniu strzałów, korzystając z mojego doświadczenia. Jak trzeba osobiście demonstruję technikę. Cieszę, się, że mam w grupie pojętych piłkarzy i efekty mojej pracy są widoczne. Wspieram także mojego najmłodszego syna Oliviera, który ma 9 lat i rozgrywa mecze w lokalnej lidze. Poznałem dzięki temu też lepiej Belgię, bo byłem we wszystkich tych miejscowościach, gdzie rozgrywane są mecze. Jeśli mam możliwość, to bywam na stadionach Club Brugge, OSC Lille – bo stąd niedaleko do Francji.

W latach 90. wielu polskich piłkarzy trafiło do Izraela. Jak pan znalazł się w Maccabi Tel-Awiw?

Byłem już w takim piłkarskim wieku, że chciałem wyjechać za granicę. Było zainteresowanie z kilku klubów, na przykład z Cypru. Do Limassol wyjeżdżałem jako zawodnik wielokrotnie na zgrupowania z klubami i grałem w wielu sparingach. Zostałem dostrzeżony, a ponieważ pan Jerzy Engel miał kontakty na Cyprze i był swojego rodzaju łącznikiem z tym krajem to dostałem stamtąd zapytanie. Był też temat Lausanne Sport, klub, którego właścicielem był wtedy pan Waldemar Kita. Trzecią opcją „last minute” było Maccabi. I ta opcja wygrała. Pan Engel mnie poinformował: – Grzegorz, zapraszają Cię tutaj na testy.

W Maccabi grał już z powodzeniem Andrzej Kubica, który pierwszy sezon skończył w glorii króla strzelców.

Tak, spotkałem tam mojego rodaka Andrzeja Kubicę, który był wtedy najlepszym obcokrajowcem ligi. Strzelał mnóstwo goli, był niezwykle popularny, został królem strzelców. Cieszyłem się, że zastałem w klubie bratnią duszę. A nie było to nasze pierwsze spotkanie. Wcześniej poznaliśmy się w Legii Warszawa, do której Andrzej trafił z Rapidu Wiedeń. W Maccabi wzięli mnie na obóz właśnie do Belgii, gdzie zagrałem w meczach kontrolnych. Pokazałem się w nich z bardzo dobrej strony. I co ciekawe trenerem był Avram Grant, który później prowadził Chelsea. Zaproponowali mi trzyletni kontrakt i nawet już nie wracałem do Polski. Przyleciała do mnie żona z dziećmi. Na początku były obawy o bezpieczeństwo, wówczas też w mediach głośno było o lokalnym konflikcie. Jak zobaczyłem na żywo jak wszystko wokół wygląda, stwierdziłem, że nie jest tutaj tak jak przedstawiają to media. W Izraelu zostałem pięć lat i to był najlepszy okres w mojej karierze. Klimat mi sprzyjał, a poza tym mieliśmy ciekawy zespół i dobrego trenera. Dwa razy zdobyliśmy Puchar Izraela i walczyliśmy o najwyższe cele.

Grzegorz Wędzyński i Andrzej Kubica w barwach Maccabi Tel Awiw Foto: Archiwum Newspix / newspix.pl

Grzegorz Wędzyński i Andrzej Kubica w barwach Maccabi Tel Awiw

Jak rodzina zniosła zmianę otoczenia, zmianę kultury, klimatu i kuchni?

Było to ciekawe doświadczenie. Jest tam inny klimat, ale co dla nas było istotne, tam nie ma zimy. Cały czas jest ciepło. Tel Awiw jest nad samym morzem, które też jest ciepłe. W okresie zimowym jak grudzień czy styczeń to tak jakbyśmy byli nad polskim morzem. Jeśli chodzi o kulturę, to poznawaliśmy ją każdego dnia, tygodnia czy miesiąca. Poznaliśmy kulturę Izraela, obyczaje. Byliśmy zapraszani z żoną i z dziećmi na lokalne uroczystości żydowskie. Do dzisiaj mamy kontakt z różnymi znajomymi z Ziemi Świętej, którzy ostatnio byli pod wrażeniem Stadionu Narodowego i polskich kibiców przy okazji ostatnich eliminacji do Mistrzostw Europy. Także telewizja izraelska zapraszała mnie do studia na ten mecz, ale musiałem odmówić, bo przebywam poza Polską.

W Izraelu był pan z małymi jeszcze dziećmi. Nie miały żadnych kłopotów? Słyszałem na przykład, że syn Jerzego Brzęczka, który też tam grał przez jakiś czas po powrocie do Polski miał kłopot, żeby nauczyć się pisać od lewej do prawej.

Nie mieliśmy takich problemów. Mieszkaliśmy w Tel Awiwie, a Jurek Brzęczek w Hajfie i moje dzieci chodziły dwa razy w tygodniu na język polski do ambasady. Poza tym uczęszczały do szkoły angielskiej w Jafo. Jeśli chodzi więc o edukację, to oceniam to wszystko na plus. Córka i syn mówią bardzo dobrze po angielsku i znają też hebrajski. Jak wróciliśmy później do kraju, to nie było problemu, aby moje dzieci kontynuowały naukę w polskich szkołach.

W Izraelu spotkał pan także między innymi Jerzego Brzęczka, aktualnego selekcjonera reprezentacji.

Graliśmy mecze przeciwko sobie, bo Jurek Brzęczek oraz Radosław Michalski występowali wtedy w Maccabi Hajfa. Jeden szczególny dla mnie mecz pomiędzy naszymi drużynami odbył się na Ramat Gan, czyli najważniejszym stadionie w Izraelu, gdzie wygraliśmy 3:0, a ja zostałem wybrany piłkarzem meczu zaliczając dwie asysty.

Miał pan okazję poznać też słynnego Avrama Granta, późniejszego trenera Chelsea.

Po kilku miesiącach mojego pobytu w Izraelu, gdy zakończyliśmy jednostkę treningową, trener Grant do mnie podszedł i powiedział:

– Zapraszam cię na kolację, weź rodzinę i przyjedź.

Zamurowało mnie:

– A coś się stało?

– Nie. Po prostu zapraszam cię.

Normalnie trenerzy nie zapraszają piłkarzy do swoich domów. Była to fajna zagadka. Nawet zapytałem Andrzeja Kubicę, czy to normalne, że zaprasza zawodników do domu, on mi powiedział, że nie. Dał mi adres, zebrałem się. Przywitaliśmy się z nim i jego żoną Tzofit, znaną w Izraelu aktorką. Zaprosił do salonu, gdzie na końcu stołu siedział starszy pan. Ja mówię „szalom”, a ten pan odpowiada mi „dobry wieczór”. Aż mnie dreszcze przeszły. Zaczęliśmy rozmawiać. To był ojciec Avrama Granta, który do Izraela przeniósł się z Polski. Okazało się do tego, że urodził się Mławie. 40 kilometrów od Przasnysza z którego ja pochodzę.

Grzegorz Wędzyński i Avram Grant Foto: archiwum prywatne Grzegorza Wędzyńskiego

Grzegorz Wędzyński i Avram Grant

Zauroczył pana czymś Izrael? Spędził pan tam aż pięć lat.

Zauroczył w wielu aspektach, jako rozwinięty kraj, miejsce szczególne dla Chrześcijan, z długą historią i bogata kulturą. Zainteresował się mną ówczesny selekcjoner reprezentacji Izraela, Duńczyk Richard Moeller Nielsen i pojawiła się nawet propozycja zostania tam na stałe. Miałem już jednak dwa występy w polskiej kadrze, więc nie było opcji, żebym grał dla nich. W Izraelu dobrze się czułem, ale wróciłem do Polski, bo karierę chciałem zakończyć w Polsce. Ludzie tam byli bardzo otwarci, mili, a klimat był dobry. Choć nie tanie (śmiech). Jest mnóstwo interesujących miejsc zarówno historycznych, religijnych i tętniących życiem nowoczesnych ośrodków miejskich. Najbardziej urzekło nas Morze Martwe, w którym zasolenie jest bardzo duże. Wspaniały do obejrzenia jest Ejlat, Jerozolima, Hajfa.

Czy czuł się tam pan ze swoją rodziną bezpiecznie? W Polsce wciąż się słyszało o działaniach wojennych w Strefie Gazy, wybuchach i bombach. Kazimierz Moskal, który też grał w Izraelu mówił, że gdy wybrał się kiedyś z żoną do restauracji, to niemal na ich oczach zastrzelono innych klientów tego lokalu.

Ja takich przygód nie miałem. Wiadomo, mieliśmy z rodziną obawy, szczególnie na początku pobytu, później już jednak oswoiliśmy się z sytuacją i nie był „taki diabeł straszny”, jak go malowano w mediach. Każdy apartament czy dom ma specjalny schron, który jest doskonale przygotowany w razie niebezpieczeństwa. Całe rodziny są wyposażone w maski gazowe. Jak jeździliśmy gdzieś, to cały czas mieliśmy takie maski w bagażniku, oprócz tego, że mieliśmy też w domu. Pewien niepokój zawsze był, lokalny konflikt miał różne natężenie i fazy. Były okresy bardzo spokojne, ale także takie, gdzie codziennie dochodziło do zamachów. Szczęśliwie nigdy nie byliśmy świadkami takich wydarzeń i staraliśmy się unikać niebezpiecznych miejsc i sytuacji.

Jak wyglądało podróżowanie na mecze? Gdy Beitar Jerozolima grał w Krakowie z Wisłą w eliminacjach Ligi Mistrzów zobaczyłem, że na mecz przyjechali trzema autobusami. Pierwszy i ostatni były puste, a piłkarze siedzieli tylko w środkowym. Wszystko ze względów bezpieczeństwa.

Na początku byłem zaskoczony poziomem bezpieczeństwa, ale dzięki temu czuliśmy się z zawodnikami bardzo bezpiecznie i komfortowo. Powiem więcej, podróżując z Maccabi Tel Awiw na mecze Pucharu UEFA (z Dynamem Zagrzeb w Chorwacji, Żalgirisem Wilno, RC Lens albo z Rodą Kerkrade) towarzyszyli nam ochroniarze, którzy byli zawsze z nami w autobusach, hotelach, wszędzie tam, gdzie pojawiał się zespół. Do hotelu nikt nie mógł wejść przed nimi, oni musieli wszystko sprawdzić, a dopiero potem dawali znak, że my możemy wejść. To samo z wejściem na stadion. Do szatni wchodzili pierwsi. Współpracowali za każdym razem z miejscową policją. Można powiedzieć, że za każdym razem byliśmy eskortowani na stadion bardzo dokładnie. Jeśli natomiast chodzi o mecze w Izraelu, to wszystko tam jest blisko, w odległości najwyżej kilkudziesięciu kilometrów. Jechało się więc jednego dnia. I wszystkie mecze odbywały się wieczorami, ze względu na temperaturę.

No i sądzę, że meczów nie rozgrywało się w szabat. 

Najczęściej graliśmy w sobotnie wieczory, nieraz w niedzielę. Mecze w piątki były tylko czasami, ale rozgrywały je głównie takie drużyny jak FC Aszdod, gdzie grał Radek Majdan. I to o 12 godzinie, to był ewenement. W szabat bowiem, co bardziej religijni Izraelczycy nawet nie bardzo chcą rozmawiać przez telefon czy używać windy. To takie oczyszczenie umysłu..

Ponoć za zdobycie Pucharu Izraela z Maccabi Tel Awiw otrzymaliście jako zespół nietypową nagrodę.

Oprócz premii, które były zapisane w kontraktach, prezes klubu zabrał nas na finał Ligi Mistrzów. Mieliśmy możliwość zobaczenia z loży jak Bayern Monachium grał z Valencią. O zwycięstwie klubu, w którym teraz gra Robert Lewandowski decydowały rzuty karne. To było coś pięknego. Przed meczem robiliśmy sobie zdjęcia z pucharem Champions League.

Chyba grze w Izraelu zawdzięcza pan po części swoją piłkarską długowieczność. Dopiero kilka lat temu przestał pan grać i praktycznie cała kariera minęła bez większej kontuzji. Kąpiele w Morzu Martwym zrobiły swoje?

Na pewno tak, ale też wpływ na to miało moje podejście do wykonywanego zawodu. Jak mówił kiedyś słynny trener Bobo Kaczmarek: „Wędzynka jest po dobrym przeglądzie, jak samochód”. Zawsze byłem dobrze rozciągnięty. Nie miałem problemów mięśniowych. Zawsze miałem mocne nogi i nigdy nie miałem żadnej poważniejszej kontuzji, zresztą nadal tak jest. Lubiłem też trzymać kilogramy czy iść sobie do sauny. Dużo truchtałem. Nawet jak w Izraelu mieliśmy dzień wolny, to biegłem sobie plażą kilka kilometrów. Morze Martwe też dużo pomagało. Jeśli był czas to tam jechałem. Zatrzymywaliśmy się w hotelu, prowadzonym przez zagorzałego kibica Maccabi, a jednocześnie mojego dobrego znajomego. Można było się zrelaksować i odpocząć.

Grzegorz Wędzyski podczas kąpieli w Morzu Martwym Foto: Piotr Kucza / newspix.pl

Grzegorz Wędzyski podczas kąpieli w Morzu Martwym

No i też inne odżywanie.

Tak, wszystko lekkostrawne. Sałatki, warzywa, owoce morza dominowały w posiłkach i to nam bardzo odpowiadało. Uwielbialiśmy lokalną kuchnię. Tam było nie do pomyślenia, żeby piłkarz tak jak w polskich klubach przyjeżdżał po okresie urlopowym z pięcioma czy sześcioma kilo nadwagi. W Izraelu torby treningowej by nie dostał. Zaskakujące z początku było też dla mnie to, że każdy zawodnik, który przyjeżdżał do klubu, musiał zostawiać telefon komórkowy w samochodzie, na parkingu. Na terenie klubu miał myśleć tylko o swoich piłkarskich obowiązkach, o niczym innym. Za Avrama Granta miałem niemal miesiąc wolnego, poleciałem więc do Polski. Teoretycznie można było przytyć do dwóch kilogramów. Po powrocie były dwa dni treningów wprowadzających, a potem biegowy test Coopera, o 9 rano, przy pełnym słońcu. Jeśli ktoś by nie trenował w czasie urlopu, miałby duże problemy. Nie każdy tam dawał radę. Przyszedł do nas znany ze Spartaka Moskwa reprezentant Rosji, Andriej Tichonow i po pół roku musiał pakować walizki. Do Izraela nie leciało się odcinać kupony.

Izraelska telewizja chciała zaprosić pana do studia jako eksperta przed meczem Polska – Izrael w Warszawie. Czy to znaczy, że zna pan hebrajski?

Gdy grałem w Izraelu, to mieliśmy lekcje tego języka z nauczycielką, która przyjeżdżała do klubu. Podstawy znałem, ale w obecnej chwili nie podjąłbym się rozmowy w tym języku. Mówię jednak po angielsku i tak byśmy rozmawiali w studiu meczowym.

Teraz pewnie gdziekolwiek się pojawi pan za granicą, jak usłyszą, że jesteś z Polski, to pytają cię o Roberta Lewandowskiego. A pan miał okazję jeszcze zagrać przeciwko młodemu „Lewemu”.

W 2008 roku grałem ostatni sezon w Polonii Warszawa. Moim trenerem był Waldemar Fornalik. W zespole mieliśmy dobrych zawodników – Radosława Gilewicza czy Radka Majdana. Graliśmy ze Zniczem Pruszków i już wtedy uwagę zwracał młody napastnik tego klubu. Dobrze utrzymywał się przy piłce, miał dobrą koordynację, a przede wszystkim był skuteczny. Ledwo zaczęliśmy mecz, a już Lewandowski nam huknął bramkę. To był szok. Potem dostaliśmy kolejnego. Odpowiedzieliśmy bramką, gdy udało mi się dograć do Radka Gilewicza, który musnął piłkę. Na końcu Lewandowski znów nas jednak załatwił i przegraliśmy 2:3. Talent „Lewego” już był widoczny. Jego kariera przepięknie poszła w górę. Tak jak kiedyś Zbigniew Boniek rozkochał w sobie młodych piłkarzy i kibiców, tak teraz robi to Robert Lewandowski. Jestem pytany o niego. Wszyscy go wszędzie znają.

W meczu wyjazdowym z Izraelem nasza reprezentacja będzie faworytem, czy może spodziewać się pana zdaniem jakichś problemów?

Jesteśmy faworytem, ale będziemy mieli tam bardzo ciężko. Oni grają u siebie dużo lepiej niż na wyjeździe. Mamy awans, ale Izrael zagra o honor. U nich takim Lewandowskim jest Eran Zahavi. Grał w Palermo, tam mu trochę nie wyszło. Wrócił do Izraela, do Maccabi Tel Awiw, teraz gra w Chinach. Jedyne, co mogę doradzić naszym zawodnikom, to żeby grali konsekwentnie, blisko siebie, a nawet dość agresywnie. Piłka izraelska jest techniczna. Oni są dobrze przygotowani fizycznie, ale słabsi taktycznie. Powinniśmy moim zdaniem prowadzić grę bokami czy szybszym wychodzeniem na pozycję. Duże znaczenie będzie miał też klimat, co przy tamtejszej wilgotności może przysporzyć trudności. Na szczęście nasza reprezentacja nie ma nic do stracenia i ma Roberta Lewandowskiego. Jestem przekonany, że udowodnimy, że pierwsze miejsce w grupie nie jest przypadkiem.

Na koniec zapytam, czy przewiduje pan kiedyś wrócić do Polski?

Tak, bardzo bym chciał i jest to mój cel. Oczekuję na konkretną trenerską ofertę, którą mógłbym poważnie rozważyć. Jestem trenerem pierwszej klasy UEFA A, zamierzam w najbliższej przyszłości zdobyć licencję najwyższą, czyli UEFA PRO. Jestem otwarty na każdy interesujący projekt współpracy. Mam też doświadczenie, jako menedżer, dlatego także tej opcji nie wykluczam. Polska piłka, gdzie miałem osiągnięcia w polskich klubach i doświadczenia z wieloma znamienitymi trenerami jest mi bardzo bliska. Tu chciałbym się realizować.

PRZEMYSŁAW GAJZLER

https://sport.onet.pl/pilka-nozna/kadra/el-me-grzegorz-wedzynski-o-zyciu-i-grze-w-izraelu-przed-meczem-izrael-polska/p621qhy