KTÓREJŚ NOCY MAMA CHCIAŁA, ŻEBY OJCIEC NAS ZABIŁ

 


 

Urodziła się w Warszawie, cztery dni przed wybuchem II wojny światowej. Matka uciekła z nią do Białegostoku, potem do Lidy, potem do lasu − do partyzantki. Obie przeżyły. Z Polski wyjechały po wydarzeniach marcowych w 1968 roku. Mieszka w Australii, w Melbourne. Z Haliną Rubin, autorką książki „Czas odnaleziony” rozmawia Olga Wróbel.


Olga Wróbel: Jak długo pisze się tak ogromną i skomplikowaną historię jak wojenne losy pani i pani matki?

Halina Rubin: Pięć lat, a jeszcze doszło zbieranie materiałów. Usiadłam i zaczęłam pisać, ale czasami przerywałam. Na przykład dwa lata po rozpoczęciu pisania pojechałam na Białoruś, co natychmiast wzbogaciło książkę i nadało jej ostateczny kształt. Pojawił się zupełnie nowy, szalenie istotny wątek.

Pani książka powstała po angielsku i spodziewałam się, że będziemy rozmawiać po angielsku. A jednak pani świetnie mówi po polsku. Skąd więc angielski, tak było łatwiej?

Było łatwiej, dlatego że człowiek już operuje gotowymi zdaniami, poza tym pisałam głównie z myślą o dziecku, to znaczy o córce, która jest już dorosłą kobietą, i o ludziach wokół mnie. Ale bardzo się cieszę, że książka została przełożona na polski przez Krzysztofa Środę, jestem niezwykle zadowolona z tego tłumaczenia.

Tutaj książka ma jednak inny oddźwięk. Wydanie angielskie rozeszło się głównie wśród grona przyjaciół. I nic dziwnego, to nie miał być bestseller olbrzymiego zasięgu.

Konsultowała się pani z tłumaczem podczas pracy?

Tak, oczywiście.

Kontrolowała pani?

O tak, jak najbardziej. Krzysztof oczywiście bardzo dobrze pisze, jest znanym pisarzem, mieszka w Polsce. Nie chciałam sobie zrażać przyjaciela, ale chciałam też, żeby książka była pisana moim językiem, żebym jak najczęściej słyszała własny głos. Jak to się złośliwie mówi po angielsku: ktoś, kto dużo mówi, najbardziej lubi dźwięk swojego głosu.

Skąd wyszła propozycja polskiego wydania? 

Kiedy książka została przełożona, Krzysztof powiedział: „Teraz trzeba coś z tym zrobić, nie po to tłumaczyłem, żeby nie wyszła”. Krzysztof podsunął książkę do przeczytania Monice Sznajderman, czytała też Barbara Engelking i powiedziała, że warto. Byłam onieśmielona całym tym procesem.

Cytaty z wierszy otwierających rozdziały wybrała pani sama?

Oczywiście. Złośliwy kolega mówi, że to najlepsze fragmenty książki. Nim zabrałam się do pisania tej książki, tłumaczyłam wiersze Szymborskiej na angielski. Wiem, że ich tłumaczenia już istniały, ale chciałam spróbować. Pani Szymborska je zaakceptowała. Jestem jej wielbicielką, Szymborska jest dobra na wszystko. Jest znana i ceniona również w Australii.

Czym jest dla pani w tej chwili Polska? Krajem dzieciństwa?

W Polsce spędziłam 28 lat swojego życia, w to wchodzą lata wojny. Jest krajem mojego dzieciństwa, dorastania, dojrzewania. W końcu 28 lat to kawałek życia i okres formacji człowieka, jego charakteru, na dobre i na niedobre. Nadal kultura polska jest moją kulturą, jak najbardziej. Mam to szczęście, że mogę operować w różnych kulturach i to jest może najbardziej pozytywny aspekt wyjazdu z Polski. Dzięki angielskiemu otworzył mi się nowy świat, anglosaski, ale nie tylko. To sobie bardzo cenię.

Mówi się stereotypowo, że im człowiek jest starszy, tym bardziej tęskni za czasami dzieciństwa. Czy pani też więcej o nich myśli?

Ja myślę teraz więcej o całym życiu, także o młodości, którą by się chciało odzyskać. Mam w Polsce bardzo wielu przyjaciół ze szkoły, z uniwersytetu i nabytych później. Tak się składa, że za każdym razem, kiedy wracam do Polski, poznaję nowych, ciekawych ludzi. Zawsze wyjeżdżam wzbogacona o to nowe doświadczenie.

Nie ma pani wrażenia odcięcia, prawda? Z taką liczbą przyjaciół, znajomych, ze współczesnymi możliwościami komunikacji.

Tak, oczywiście, jest internet, możliwość natychmiastowego porozumienia się, rozmów przez Skype’a czy telefonicznych. Jestem poinformowana o tym, co się gra w Warszawie, o nowych filmach, prenumeruję cyfrową wersję „Wyborczej”. Nie mogę jednak powiedzieć, żebym czytała od deski do deski − żyję w innym kraju, w którym się dzieje bardzo wiele rzeczy, też mamy wybory. Ale za każdym moim przyjazdem do Polski wchodzę w to, co się tutaj dzieje, nawet jakbym nie chciała. Niepokoją mnie wydarzenia spod znaku „dobrej zmiany”. U nas są podobne „dobre zmiany”, choć może nie aż tak drastyczne, jeżeli chodzi o sytuację kobiet, a te kwestie śledzę szczególnie.

Pani książka nosi tytuł Czas odnaleziony. To nawiązanie do Prousta, którego czyta w finale pani mama. Ale słowo „odnaleziony” ma też inny wymiar – dotyczy tego, co pani i pani rodzina przeżyliście w czasie wojny. 

Pewne aspekty tych wydarzeń były tematem rozmów, na przykład wspólne przeżycia moje i mamy. Przez długi czas mama rozmawiała ze mną na ten temat. Ja byłam jedynym świadkiem tamtych lat, byłyśmy jak weterani, którzy wracają z wojny i najsilniejsze więzy tworzą z innymi weteranami. Tak było w naszym wypadku, mama była moim świadkiem, a ja jej. To było dla nas bardzo cenne. Oczywiście ojciec kochał i podziwiał matkę, ale jednak nie rozumiał tak do końca, przez co przeszła. Był w armii, to były zupełnie inne doświadczenia. A poza tym nie był kobietą ani matką.

To wydaje się nietypowe. Dzieci ocalone z Holocaustu albo dzieci tych, którzy przeżyli wojnę, bardzo często mówią o ciszy w domach, o zamykaniu tematów. A pani mama czuła potrzebę wspominania.

Mama miała to szczęście, że mogła walczyć. Jest to sprawa honorowa. Ci, którzy siedzieli w getcie, nie mieli tej szansy, powstanie wybuchło na końcu, kiedy została ich tylko garstka. To nie oni powinni się wstydzić za to, ale to jest związane z upokorzeniem. Mówi się o różnych śmierciach, że żydowska była inna od polskiej, o co wielu Polaków ma pretensje – a jednak tak było. Żydzi byli uważani za obcych, za innych, a ich śmierć była śmiercią poniżającą. Niektórzy Polacy też tak ginęli, to jest oczywiście uogólnienie.

CZYTAJ TAKŻE

Moi rodzice walczyli i dlatego myślę, że mogli o tym mówić. Ojciec jednak zawsze opowiadał bardzo niewiele, to były anegdoty, i nic nie wiem o jego emocjach, odczuciach. Przecież to była straszna wojna, co tu dużo mówić.

Ale milczenie zawisło nad innymi sprawami: naszego pochodzenia, stosunku do partii, który się zmieniał u moich rodziców, jak i u wielu innych ludzi. Należało milczeć. Byli wplątani w machinę, do konstrukcji której sami się przyczynili.

Pani rodzice byli bardzo zaangażowanymi komunistami.

Tak. Dla nich w 1968 roku zawalił się świat. Zaczął się walić przedtem, ale to było przypieczętowanie upadku ideologii, która zawładnęła całym ich życiem. Dzisiejsze czasy nie są czasami ideologicznymi, zupełnie nie. Trudno sobie wyobrazić, czym dla nich była ideologia. Wyobrażam sobie, że jest jak wiara ortodoksyjna, która ma mnóstwo przykazań, nakazów, czy to jest wiara żydowska, czy ta, którą niedawno poznałam, czyli muzułmańska, nadaje kształt całemu życiu, w każdej dziedzinie.

Czy dlatego współcześnie tak trudno zrozumieć ludzi z pokolenia pani rodziców, którzy autentycznie wierzyli w komunizm?

To jest niewyobrażalne. Ja zastałam ten świat i przyjęłam go tak, jak go rozumiałam, jak nam mówiono. Byłam w szkole, byłam pionierką, potem zetempówką, byliśmy w takiej szkole, gdzie nas naprawdę indoktrynowano. A jednak, pomimo tej indoktrynacji, pod koniec szkoły zupełnie inaczej na to patrzyliśmy. Mieliśmy już wiele dowodów na to, że mówi się tak, a robi się inaczej.

Miała pani poczucie, że gdyby nie rozbieżność pomiędzy tym, co się mówi, a co się robi, to komunizm mógłby zadziałać?

Calosc TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: