Policja mundurowa odegrała smutną rolę

 

 

Stanislaw Obirek


 

 

Pamiętam, że przed kilku laty prof. Antony Polonsky, główny historyk Muzeum POLIN, na pytanie o wkład polskiej historiografii do światowych badań nad historią Żydów bez wahania wskazał na publikacje Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Dodał przy tym, że historykom, którzy chcą się zajmować problemami Holocaustu, zaleca naukę języka polskiego. Bez znajomości prac polskich historyków i polskich źródeł nie sposób w pełni zrozumieć, czym było to wydarzenie.

To nie jest opinia odosobniona. W grudniu 2019 roku ukazał się kolejny, już 15, tom rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. Z oczywistych względów nie do wszystkich dotarł, nawet nie do wszystkich autorów. Ja sam ciągle na niego czekam, bo jestem z jednym z tych autorów. Mój esej, zamówiony przez redakcję, poświęciłem reakcji, a właściwie jej brakowi, polskiego Kościoła katolickiego na Holocaust. Tak więc muszę zaczekać z omówieniem tego tomu do najbliższej okazji.

Natomiast jest inny powód, by przypomnieć dorobek polskich historyków w badaniach nad Zagładą Żydów. Ukazała się właśnie w wydawnictwie Czarne książka Jana Grabowskiego Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej w kryminalnej zagładzie Żydów, która do mnie dotarła, więc mogę się podzielić kilkoma refleksjami na jej temat.

Jest to pierwsze monograficzne ujęcie historii odegranej przez polską policję (Polnische Polizei) w eksterminacji polskich Żydów w czasie drugiej wojny światowej. Niewątpliwie jest to okazja do poznania ciemnej strony, acz mało znanej, odegranej przez istotną grupę społeczeństwa polskiego. Być może jej lektura osłabi entuzjazm zwolenników państwowej polityki historycznej, a zwłaszcza ich przekonanie o niewinności całego społeczeństwa polskiego w tamtym czasie. Od razu zaznaczam, że nie jestem specjalistą od problematyki poruszanej w tej książce, a jedyne co mnie skłoniło do jej przedstawienia, jest jej unikatowy charakter i niezwykle solidny materiał dokumentacyjny wykorzystany przez autora. Często są to dokumenty, do których nikt przed nim nie dotarł.

Ale najpierw słów kilka o autorze. Jan Grabowski jest profesorem historii na Uniwersytecie w Ottawie. Studia na Wydziale Historycznym ukończył na Uniwersytecie Warszawskim w 1986 roku, doktorat obronił zaś w 1994 roku na Uniwersytecie w Montrealu — i od tamtego czasu związał się z Wydziałem Historycznym Uniwersytetu w Ottawie. Choć doktorat dotyczył historii kolonialnej Kanady (jest też autorem książki Historia Kanady wydanej w 2001 roku), to jego głównym polem zainteresowań badawczych jest historia Holocaustu, a szczególnie stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej.

Jednak nie tylko, gdyż oprócz badań stricte naukowych, profesor Grabowski bacznie obserwuje i komentuje użytek, jaki z tych badań się czyni. Szczególnie martwi go używanie i nadużywanie tych badań (a znaczenie częściej ich pomijanie) do bieżących rozgrywek politycznych i ideologicznych. Przykładem jednego i drugiego są różne aspekty działań Instytutu Pamięci Narodowej oraz rozkwit tzw. polityki historycznej.

Nie miejsce, by wymieniać wszystkie dokonania profesora Grabowskiego, więc wspomnę najważniejsze, moim zdaniem, publikacje książkowe. W 2004 roku ukazała się „Ja tego Żyda znam!” Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939-1943,  w 2011 pojawiły się zaś dwie ważne książki: Zarys krajobrazu. Wieś polska wobec Zagłady, 1942-1945, której był współautorem i Judenjagd. Polowanie na Żydów, 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu, poświęcona powiatowi Dąbrowie Tarnowskiej. Ta druga książka w 2013 roku ukazała się również w przekładzie angielskim.

Na następną książkę przyszło czekać siedem lat. W pewnym sensie można powiedzieć, że Na posterunku stanowi zwieńczenie dotychczasowych badań. Jestem przekonany, że otworzy szeroką debatę (a w każdym razie na pewno takiej debaty nam potrzeba) na temat zróżnicowanych postaw polskiego społeczeństwa w czasie Holocaustu.

Książkę otwiera znamienny cytat z wydanej w 1988 roku, choć pisanej w czasie wojny książki Emanuel Ringelblum, Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej. Chciałbym od niego zacząć moje omówienie, jednocześnie nieco go rozszerzyć. Otóż Grabowski cytuje taki oto fragment: „Policja mundurowa odegrała smutną rolę w akcjach wysiedleńczych. Na jej głowę spada krew setek tysięcy Żydów polskich, złapanych przy jej współudziale i zapędzanych do ‘wagonów śmierci’”.

Ciąg dalszy brzmi: „Taktyka Niemców była zazwyczaj następująca. Przy pierwszej akcji przesiedleńczej posługiwano się Żydowska Służbą Porządkową, która pod względem etycznym nie stała wyżej od polskich kolegów. Przy następnych akcjach, gdy likwidowano i Żydowska Służbą Porządkową, brano do pomocy policję polską” (Ringelblum, s. 102). Dopowiedzenie tego cytatu wydaje mi się istotne z tego względu, że w literaturze przedmiotu często jest omawiana rola żydowskich policjantów, natomiast rola PP (policji polskiej) jest niemal zupełnie pomijana. Zdarza się również porównywanie i wręcz zrównywanie ról odegranych przez te dwie grupy. Nie jest to zabieg uprawomocniony i Grabowski do tej się ustosunkowuje w zakończeniu swojej książki.

Ten cytat z Ringelbluma nie znalazł się na początku książki przypadkowo, gdyż ten kronikarz Zagłady polskich Żydów (sam zresztą ofiara denuncjacji polskiej policji kryminalnej) był jednym z najbardziej przenikliwych obserwatorów stosunków polsko-żydowskich. Jest więc książka Grabowskiego w pewnym sensie egzemplifikacją, z konieczności mało udokumentowanych (pisał w ukryciu) uwag Ringelbluma. Powinno się obie te książki czytać równocześnie, ponieważ się wzajemnie uzupełniają. Takie zestawienie wskazuje również na pominięcia w książce Grabowskiego (konieczne, bo wynikające z przyjętej metodologii i jasno określonego tematu). Jednym z nich jest niemal całkowita nieobecność Kościoła katolickiego, a zwłaszcza kleru. Tak więc jest to na pewno ważny do podjęcia temat – jak katolicy godzili swoją zbrodniczą działalność z moralnością postulowaną przez ich religię. Niemniej jednak trzeba jasno powiedzieć, że jest to studium zarówno pionierskie, jak i wytyczające nowe szlaki badawcze również przyszłym historykom. Tak naprawdę książka Grabowskiego jest dokumentacją syntetycznego stwierdzenia Ringelbluma dotyczącego roli policji granatowej odegranej w eksterminacji polskich Żydów.

Dodałbym, że nie była to rola tylko smutna, ale przerażająca. Jej poznanie, jak napisał w swojej rekomendacji profesor Marcin Zaremba, może być wstrząsem podobnym do publikacji Sąsiadów Jana Tomasza Grossa. Jego zdaniem „granatowi policjanci, wywodzący się z Policji Państwowej II RP, uczestniczyli w Holocauście. Eskortowali, wyłapywali i mordowali Żydów. Jürgen Stroop był im wdzięczny – wzięli udział w pacyfikacji powstania w getcie warszawskim”. Lektura Na posterunku w pełni potwierdza to stwierdzenie.

Książka składa się z ośmiu rozdziałów, z których pierwsze pięć omawiają tytułowe problemy w sposób chronologiczny (I Początki: wrzesień, II Pierwsze lata okupacji: jesień 1939 – jesień 1941, III Okres przejściowy: jesień 1941 – lato 1942, IV Straszny rok 1942: akcje likwidacyjne,V Judenjagd: 1942–1945) a trzy ostatnie są tematyczne (VI Warszawa, VII Udział Polskiej Policji Kryminalnej w wymordowaniu polskich Żydów, VIII O ratowaniu). Całość jest spięta jak rodzajem klamry wstępem omawiającym podstawowe założenia metodologiczne oraz zakończeniem, wskazującym na istotne ustalenia i hipotezy badacze, które udało się autorowi z nawiązką udowodnić.

Wiadomo, że żadne, nawet najbardziej szczegółowe omówienie nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z książką, której siła polega właśnie na stopniowym odsłanianiu iście diabelskiego mechanizmu wchodzenia PP we współpracę z niemieckim okupantem. Jednak ważne są nie tylko porażające czyny polskiej policji granatowej i kryminalnej, ale również mechanizmy racjonalizacji ich współpracy w zbrodniczym dziele wymordowania dziesiątek tysięcy, a może nawet (jak sugerował Ringelblum) setek tysięcy polskich obywateli żydowskiego pochodzenia.

Przywołajmy ze wstępu taki oto fragment, z którego jednoznacznie wynika, że polscy policjanci mordujący Żydów nie tylko, że nie mieli poczucia udziału w zbrodni, ale wręcz uważali, że służą narodowi polskiemu:

Nie ulega kwestii, że w oczach wielu polskich policjantów mordowanie Żydów stanowiło formę ochrony miejscowych chłopów przed terrorem okupanta, a zabójstwa tłumaczono po wojnie jako akt patriotycznego poświęcenia. Najczęściej wysuwanym argumentem było to, że wykrywszy Żydów, Niemcy mogli wymordować Polaków podejrzanych o ich ukrywanie. […] Według wielu policjantów, których spotkamy na kartach tej książki (jak i w opinii wielu ich kolegów z konspiracji), nie było jednak większej sprzeczności między mordowaniem Żydów a walką o wolną Polskę (s. 12).

Lektura poszczególnych rozdziałów utwierdza w przekonaniu, że nie były to opinie odosobnione, lecz raczej reprezentatywne dla tej grupy społecznej.

Jednym z ważnych pożytków czytania książek, opartych na dokumentach pochodzących z czasów, gdy zbrodnia się wydarzyła, jest falsyfikacja stwierdzeń, hipotez i niekiedy całych książek, niepopartych dowodami. Takich książek, często bardzo wpływowych jest wiele. Jan Grabowski wspomina np. o popularnej książce amerykańskiego historyka Daniela Jonaha Goldhagena, Gorliwi kaci Hitlera. Zwyczajni Niemcy i Holocaust, który przypisywał eksterminację Żydów szczególnemu, eliminacyjnemu charakterowi niemieckiego antysemityzmu. Grabowski stawia Goldhagenowi proste pytania:

Czy można wobec tego powiedzieć, że mordercy w niemieckich mundurach w jakiś szczególny sposób różnili się od morderców w mundurach węgierskich, rumuńskich, słowackich czy chorwackich? A czy niemieccy policjanci, mordercy Żydów, czymkolwiek różnili się od policjantów ukraińskich, litewskich lub łotewskich? Czy teoria o niemieckim „antysemityzmie eliminującym” może nam wyjaśnić, dlaczego tysiące Litwinów, Ukraińców czy Polaków, zwykłych ludzi, włączyło się w rabowanie i mordowanie swoich żydowskich sąsiadów? (s. 109).

Wobec niewygodnego pytania staje również bardzo ceniony w Polsce autor książki Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie Timothy Snyder, a zwłaszcza jego twierdzenie, że „ludność terenów wschodnich, w latach 1939–1941 znajdujących się pod okupacją sowiecką, przyłączyła się do procesu eksterminacji o wiele bardziej ochoczo niż ludność polska na zachodzie”.

Nie muszę dodawać, że to stwierdzenie amerykańskiego autora bestselerów historycznych trafiło na szczególnie chętne ucho w Polsce, gdzie jest traktowany z wielkim nabożeństwem jak „mistrz historyków”. Snyder usłyszy krótki komentarz, że „amerykański historyk jest w błędzie” (s. 111). Po prostu dokumenty opisujący stan faktyczny przemawiają w sposób jednoznaczny i nie pozwalają traktować polskich zbrodniarzy inaczej niż litewskich czy ukraińskich, a nawet niemieckich.

Oczywiście Jan Grabowski nie tylko przytacza porażające dokumenty z epoki, kreśli krótki zwięzłe portrety zbrodniarzy, którymi się stawali „zwykli ludzie”. Owszem zrozumienie ich motywów jest jednym z najważniejszych wyzwań poznawczych, przed jakimi staje historyk. Stawiał je już jeden z najpoważniejszych badaczy tego problemu Christopher Browning, w książce Zwykli ludzie: 101. Policyjny Batalion Rezerwy i „ostateczne rozwiązanie” w Polsce, do której Grabowski zresztą nawiązuje. Pytania Browninga autor Na posterunku czyni swoimi: „Jednym z najtrudniejszych wyzwań stojących przed historykiem Zagłady jest próba opisania mechanizmów, które doprowadziły do tego, że normalni, dalecy od fanatyzmu i ideologicznego zaślepienia ludzie przeistoczyli się w zbrodniarzy gotowych wykonywać najbardziej nieludzkie polecenia przełożonych” (s. 107). Nie kusi się przy tym o łatwe odpowiedzi, raczej stawia pytania.

Co więcej, wskazuje na dodatkowe okoliczności obciążające „zwykłych współpracowników” nazistów z okupowanych krajów:

Wiadomo, że policjanci, żołnierze i cywile wielu różnych narodowości włączyli się w niemiecki plan eksterminacji Żydów bez zwłoki, często z entuzjazmem, a na pewno bez większych oporów. Co więcej, w odróżnieniu od policjantów niemieckich, którzy mordowali nieznanych sobie ludzi daleko od domu, policjanci ukraińscy czy polscy mordowali swoich współobywateli, sąsiadów, niejednokrotnie kolegów i koleżanki z klasy, z podwórka, ze szkoły (s. 110).

To nie są gołosłowne stwierdzenia, potwierdza je obfity materiał dowodowy.

Jan Grabowski jest oszczędny w komentarzach odautorskich. Pozwala mówić dokumentom, wspomnieniom, sprawozdaniom. Książka jest też wzbogacona licznymi fotografiami omawianych dokumentów, zdjęciami niektórych jej bohaterów. Właśnie ta oszczędność stanowi o jej sile. Przywołuje na pamięć słynną książkę Victora Klemperera LTI, w której niemiecki filolog dokumentuje stopniową korozję języka, jakim posługiwali się naziści. Podobną korozję, tym razem moralną, polskiej policji obserwujemy w kolejnych rozdziałach Na posterunku. Co więcej, z powojennych procesów i prób rehabilitacji zbrodniczych działań wyłania się obraz społeczności lokalnych, które niejednokrotnie były gotowe „wystawiać dowody moralności i patriotycznych postaw” mordercom Żydów.

Jedną z najboleśniejszych strat (jeśli w ogóle takie stopniowanie ma sens) była niewątpliwie śmierć kronikarza stosunków polsko-żydowskich Emanuela Ringelbluma, który zginął wskutek donosu. Do tej pory nie wiedzieliśmy, że „główna zasługa” w dekonspiracji kryjówki, w której się ukrywał razem z grupą kilkudziesięciu innych Żydów, to dzieło polskiej Policji Kryminalnej „Jednak ani świadkowie, ani ofiary, ani oficer milicji prowadzący po wojnie dochodzenie nie mieli pojęcia, że wpadka bunkra »Krysia« oraz śmierć jego mieszkańców były przede wszystkim bezpośrednim wynikiem działań Polnische Kriminalpolizei” (s. 320).

Warto przy okazji dodać, że bez współpracy lokalnej policji i licznych donosicieli (tak było również we Francji) Niemcy nie byliby w stanie zidentyfikować zasymilowanych Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie. W tym procesie „zasługi” policji i jej współpracowników są wręcz nie do przecenienia.

Właśnie dlatego szczególnie uważnej lektury wymaga ostatni rozdział książki Na posterunku poświęcony ratowaniu Żydów. Jak wiadomo, właśnie wokół tej problematyki narosło w ostatnich latach szczególnie wiele inicjatyw, sponsorowanych choćby przez Instytut Pamięci Narodowej, placówki dyplomatyczne na całym świecie, a nawet przez redemptorystę Tadeusza Rydzyka. Trudno się oprzeć wrażeniu, że te rozliczne inicjatywy pojawiły się jako próba dania odporu niewygodnym opracowaniom historycznym, z których wyłania się polskie społeczeństwo równie skłonne do postaw bohaterskich, jak i do zachowań nikczemnych.

Jak pisze Grabowski: „Mit narodowej niewinności w czasie okupacji cieszy się w Polsce ogromną i wciąż rosnącą popularnością. Jego istotną częścią jest przekonanie o powszechności altruistycznych postaw wobec Żydów w polskim społeczeństwie”. Historyk dodaje: „To przekonanie jest dowodem potęgi mitu, który ma dość wątłe zakorzenienie w faktach – co starałem się wykazać na stronach tej książki” (s. 352). Ale przecież nie chodzi o tak bardzo piętnowaną przez zwolenników polityki historycznej „pedagogikę wstydu” tylko o poznanie prawdy i wyciągnięcie z niej właściwych wniosków.

Dopiero poznana prawda o całym spektrum zachowań policji granatowej umożliwia w pełni docenienie heroicznych postawa nielicznych jej przedstawicieli. Właśnie taka jest rola tego ostatniego rozdziału przypominającego nielicznych sprawiedliwych wśród narodów świata, których nie zabrakło również w środowisku policji granatowej. Jak pisze Grabowski:

To oczywiście nie oznacza, że wśród polskich policjantów nie zdarzały się jednostki wyjątkowe, które wiedzione różnymi motywacjami, jednak pomocy Żydom udzieliły. Owszem tacy byli, ale było to właśnie jednostki: „spośród niespełna dwudziestu tysięcy polskich funkcjonariuszy, którzy przewinęli się przez szeregi policji granatowej i kryminalnej w czasie wojny, odznaczenia Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przyznano zaledwie garstce. Dokładnie rzecz biorąc – piętnastu. (s. 354).

Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko omawianej w książce grupy policji granatowej i kryminalnej, ale wszystkich grup społecznych.

Słusznie jesteśmy dumni z tysięcy drzewek upamiętniających heroiczne postawy Polaków ratujących Żydów w czasie drugiej wojny światowej. Jednak powinniśmy zachować właściwe proporcje.

Nie sposób nie zgodzić się z taką oto uwagą: „Upamiętnianie ludzi ratujących Żydów dokonuje się dziś często w imię trywialnie i płytko pojętego patriotyzmu lub też w imię obrony źle rozumianego »dobrego imienia narodu«. Jeżeli jednak chcemy zrozumieć, dlaczego niesienie pomocy Żydom podczas okupacji było tak bardzo niebezpieczne, to nie musimy sięgać dalej niż po garść przykładów z życia granatowych policjantów, którzy znajdując się w samym jądrze ciemności, zdecydowali się nieść pomoc ginącym” (s. 374).

Ocena końcowa całej formacji policji granatowej musi być jednoznacznie negatywna. Taka jest po prostu nieubłagana wymowa zgromadzonych dowodów, która stanowią, o czym warto pamiętać, tylko niewielką ich część, gdyż większość została świadomie zniszczona. Właśnie po to, by nie pozostawić dowodów. Na szczęście te okruchy, do których udało się dotrzeć historykowi, nie pozostawiają wątpliwości: „Te organizacje, utworzone i dowodzone przez Niemców, lecz złożone w ogromnej większości z przedwojennych polskich policjantów, przeistoczyły się w zbrodnicze formacje, które stały się jednym z ważniejszych elementów strategii »ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej« w Polsce” (376).

Może jeszcze słowo na temat motywów, jakimi się kierowali polscy mordercy Żydów. Jak pamiętamy, we wstępie Jan Grabowski wspomniał o ich racjonalizacji i przeświadczeniu, że tak naprawdę służyli polskiej racji stanu. Po lekturze całości otrzymujemy obraz znacznie bardziej zniuansowany:

W wypadku polskich policjantów i polskich strażaków (oraz, jak sądzę, litewskich ochotników) mordy dokonywane na Żydach miały głębsze korzenie. Zabójstwa popełniane często bez emocji, niejako automatycznie były możliwe dzięki głębokiej, dobrze zakorzenionej nienawiści, która wzrastała na pożywce antysemityzmu, od wieków podsycanego przez Kościół katolicki oraz indoktrynację nacjonalistyczną, przybierającą na sile od początku XX wieku. Chciwość i żądza grabieży miały więc niewątpliwy wpływ na kształtowanie postaw, ale w wypadku Polaków, morderców swoich żydowskich sąsiadów, nie były to czynniki o zasadniczym znaczeniu (s. 377).

Komentarz jest tu całkowicie zbędny.

I jeszcze istotne w zakończeniu uporządkowanie terminologiczne. Czy w naprawdę można polską policję porównać z policją żydowską, jak to się zdarza nagminnie zwolennikom polityki historycznej? Otóż nie można, a powód jest prosty:

Czyż można porównywać ofiary z katami? Koniec końców prawie wszyscy żydowscy policjanci podzielili los Żydów, których najpierw musieli nadzorować. Niektórzy przeżyli ich o dzień, inni o kilka tygodni (aż do uprzątnięcia zlikwidowanych gett), a potem również poszli na śmierć. Ich wyborów w żaden sposób nie można porównać z wyborami polskich funkcjonariuszy. (s. 386).

Pozostaje mi życzyć nie tyle miłej lektury, ile raczej wzięcia sobie do serca tej prawdy o nas samych, jaka się z książki Na posterunku wyłania. To najlepszy środek na uleczenie megalomanii narodowej.


Policja mundurowa odegrała smutną rolę

2 komentarze to “Policja mundurowa odegrała smutną rolę”

  1. Moj Drogi, i tak nigdy nam nie wybacza. Ale nas jest malo, sami nie damy rady rozliczac ! A najgorsze jest jak Zyd mowi „No tak, ale po co ciagle o tym mówić” (uslyszane w Izraelu !)

  2. ”To najlepszy środek na uleczenie megalomanii narodowej” – Nie. To wychowywanie ludzi w pogardzie dla swych ojców i swej historii. Sytuacja nie do zniesienia, z której nic dobrego wyniknąć nie może. My Żydzi mamy prawo, a nawet obowiązek, rozliczania Polaków, którzy w większości z okrutną obojetnością patrzyli na unicestwianie naszych ojców i dziadków, a w dużej mniejszości pomagali Niemcom w ich eksterminacji. Nie wymagajmy jednak tego od dzieci i wnuków morderców, bo nigdy nie wybaczą nam postepowania swych przodków.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: