Ciekawe artykuly

Tyrmand został skazany na niebyt.

Dziś jest symbolem, choć wielu nie rozumie jego wyborów politycznych

 

 

 


Leopold Tyrmand podczas Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie, 1957 r.

Leopold Tyrmand podczas Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie, 1957 r. (Tadeusz Kubiak / PAP)

– W wywiadzie, którego mi udzielił tuż przed śmiercią, powiedział, że jazz był dla niego nie tylko wyborem, ale także koniecznością – elementem osobistej walki o wolność – mówi nam Paweł Brodowski. W sobotę 16 maja minela 100. rocznica urodzin autora „Złego”.

 

„Rok pięćdziesiąty piąty, a Żurawią pamiętnego dnia, cudowna Karawana szła. Na jej czele szedł Pan Tyrmand sam, i Melomani byli tam, by grać Jam Session Number One” – pisał Wojciech Młynarski zainspirowany jazzową zawieruchą wywołaną przez Tyrmanda.

Zupełnie inne zawieruchy panowały na początku 1985 r. w stanie Illinois. Mocno ujemnym temperaturom towarzyszył przenikliwy wiatr. Radio i telewizja zalecały pozostanie w domach. Dlatego mimo wcześniej umówienia się Leopold Tyrmand w ostatniej chwili odwołał spotkanie z Pawłem Brodowskim, redaktorem naczelnym „Jazz Forum” (wtedy i dziś także).

Pisarz zgodził się na szczęście na rozmowę telefoniczną. To był ostatni wywiad, którego udzielił. Zmarł kilka tygodni później w wieku 65 lat na Florydzie. – Przeprowadziłem wiele wywiadów w swoim życiu. Rozmawiałem z niezwykłymi ludźmi, np. z Milesem Davisem, ale ten z Tyrmandem uważam za najważniejszy – powie wiele lat później Brodowski.

Z okazji setny100. urodzin pisarza w najnowszym numerze „Jazz Forum” można znaleźć nie tylko wspomniany wywiad z Tyrmandem, ale też arcyciekawy przegląd jazzowej biblioteczki, którą autor „Złego” zgromadził. O tym, jak doszło do pamiętnego wywiadu i jakie dziedzictwo zostawił po sobie Tyrmand rozmawiamy z Pawłem Brodowskim.

„Leopold Tyrmand dopłynął do brzegów jazzu”

Łukasz Kamiński: Jak wyglądałby polski jazz dziś, gdyby nie Tyrmand?

Paweł Brodowski: Trudno to sobie nawet wyobrazić. Był postacią niezwykle charyzmatyczną. Miał rolę decydującą. Był katalizatorem ruchu jazzowego, zarówno tuż po wojnie, jak i w czasie odwilży, czyli w połowie lat 50., kiedy jazz wychodził z podziemia i zaczął się pojawiać na dużych festiwalach. To on przecież inicjował i organizował koncerty w całej Polsce, na których fruwały marynarki.

Tyrmand miał w sobie wiele przekory. Na ile jazz fascynował go ze względu na artyzm, estetykę, a na ile ze względu na swoją buntowniczość, niepokorność?

– W wywiadzie, którego mi udzielił tuż przed śmiercią, bardzo pięknie powiedział, że jazz był dla niego umiłowaniem, że był wyborem, ale też jakąś koniecznością. Jazz określił go kulturowo, wpłynął na jego twórczość. Oczywiście jednak on też traktował ten swój związek z jazzem jako element osobistej walki o wolność. Ta muzyka, zwłaszcza wtedy, kojarzyła się z Ameryką i z wolnością w każdym możliwym aspekcie: politycznym, społecznym.

Choć nie był kronikarzem jazzu, to był chodzącą encyklopedią. Niewiele osób w Polsce znało się na tej muzyce tak jak on.

– Zgadza się, Tyrmand miał ogromną wiedzę i doświadczenie. Z jazzem spotkał się już przed wojną we Francji, gdzie studiował architekturę. Nie tylko miał tam dostęp do książek, gazet czy płyt, ale też chodził na koncerty, na które zaciągali go przyjaciele. Był na występie legendarnego Quintette du Hot Club de France czy na koncercie Duke’a Ellingtona tuż przed wybuchem wojny.

To musiało zrobić na nim potężne wrażenie, europejska trasa Ellingtona obrosła legendą.

– Historycy jazzu uważają, że to była najwspanialsza orkiestra, jaką Ellington miał w całej swojej karierze. Masz rację, ten koncert to musiało być naprawdę wielkie przeżycie. Kiedy więc Tyrmand powrócił do Polski, to z tym całym bagażem doświadczeń stał się natychmiast jazzowym autorytetem nr 1.

Trzeba też pamiętać, że Tyrmand uwielbiał się tą wiedzą dzielić z innymi. Stworzył przecież Jazz Club przy Polskiej YMCA w Warszawie, gdzie odbywały się pierwsze w Polsce po wojnie koncerty jazzowe.

Było kilka momentów przełomowych w jazzowej historii Tyrmanda, jednym z nich były pierwsze Krakowskie Zaduszki Jazzowe w 1954 roku.

– To był koniec ery katakumb, a zarazem początek wyjścia jazzu na powierzchnię, do szerokiej świadomości. Tyrmand był na tych Zaduszkach, otwierał je. Zagaił kilka słów i zagrał na fujarce melodię „Swanee River”. Ale tych ważnych wydarzeń było oczywiście więcej. W 1955 roku odbyło się w Warszawie m.in. pamiętne Jam Session nr 1, na którym grali Melomani z Jerzym „Dudusiem” Matuszkiewiczem, a o którym Wojciech Młynarski napisał potem nawet piosenkę.

„Rok pięćdziesiąty piąty, a Żurawią pamiętnego dnia, cudowna Karawana szła. Na jej czele szedł Pan Tyrmand sam, i Melomani byli tam, by grać Jam Session Number One”.

– Koncert odbył się w baraku przy ulicy Wspólnej, a przed wejściem ciągnęła się strasznie długa kolejka, naprawdę tłumy chciały się dostać do środka.

Jam Session nr 1, od lewej: Andrzej 'Idon' Wojciechowski, Witold 'Dentox' Sobociński, Jerzy 'Duduś' Matuszkiewicz, Alan Guziński, Jan Walasek, w głębi Witold Kujawski na kontrabasie, przy perkusji Janusz 'Mrek' BylińskiJam Session nr 1, od lewej: Andrzej 'Idon’ Wojciechowski, Witold 'Dentox’ Sobociński, Jerzy 'Duduś’ Matuszkiewicz, Alan Guziński, Jan Walasek, w głębi Witold Kujawski na kontrabasie, przy perkusji Janusz 'Mrek’ Byliński fot. z archiwum Jerzego 'Dudusia’ Matuszkiewicza/Jazz Forum

Czy masz afisz z tego koncertu w swoich zbiorach?

– Kiedyś przez jakiś czas go przechowywałem. Należał do Stanisława Cejrowskiego, który miał potężną kolekcję plakatów. On dopraszał się zwrotu, ja zwlekałem, jak tylko mogłem, ale w końcu musiałem ten afisz oddać. Chwilę później Cejrowski zmarł, a dziś plakat jest w rękach jego syna Wojciecha. Mam nadzieję, że kiedyś uda się zrobić wystawę tych zbiorów.

Równolegle z jazzem Tyrmand rozkwitał literacko. W 1954 roku pisał swój „Dziennik”, a w 1955 ukazał się „Zły”.

– Który sprawił, że z dnia na dzień Tyrmand stał się szalenie popularnym pisarzem, zwłaszcza wśród młodzieży. Ukazanie się „Złego” było wielkim wydarzeniem społeczno-obyczajowym. Pamiętam, że moi starsi koledzy zabrali się natychmiast do pisania kryminałów, każdy chciał mieć swojego „Złego”. Tą książką Tyrmand uruchomił wyobraźnię wielu ludzi. Dwa pierwsze festiwale jazzowe w Sopocie w 1956 i 1957 roku to apogeum okresu frenezji.

Wszystko wymknęło się spod kontroli. Władza próbowała jakoś nad tym zapanować, okiełznać to, co się wokół Tyrmanda działo. Ale raz przerwanej tamy nie dało się zatrzymać. Gdy trzeciego festiwalu w Sopocie już nie dało się zorganizować, w Warszawie narodził się nowy skromny studencki festiwal. Tyrmand był przy nim i wymyślił nazwę „Jazz Jamboree”.

Na ile Tyrmand, jego historia, twórczość, dziedzictwo są w Polsce twoim zdaniem zagospodarowane?

– Tyrmand jest symbolem, postacią powszechnie znaną. Wydane zostały chyba wszystkie jego książki. Napisano o nim wiele publikacji, m.in. piękną biografię napisaną przez Marcela Woźniaka: „Moja śmierć będzie taka jak moje życie”. Tyrmand jest duchowym patronem festiwalu Niewinni Czarodzieje, dzięki któremu legendarnego pisarza mają szansę poznać młodsze pokolenia.

Co jakiś czas też ukazują się nowe opracowania, teksty, artykuły. W najnowszym „Jazz Forum” przedstawiam jazzową biblioteczkę Tyrmanda, czyli jego prywatną kolekcję książek, z których czerpał wiedzę o tej muzyce, wydanych w USA, Polsce, Francji, Niemczech czy nawet w NRD.

Co pisano o jazzie w NRD?

– O dziwo w NRD wydano w 1956 roku książkę „Murzyni, jazz i Głębokie Południe” o narodzinach jazzu z szerokim tłem historycznym, społecznym i politycznym.

Skąd masz tę biblioteczkę?

– Podarowała mi ją była żona Tyrmanda Barbara Hoff. Rozstali się w 1965 r., kiedy on wyjechał z Polski. Trzeba pamiętać, że niedługo po tym cenzura wprowadziła zapis na jego książki, a nawet i jego nazwisko.

Tyrmand został skazany na niebyt i zapomnienie. Kiedy zaczynałem pracować jako redaktor w „Jazz Forum” na początku lat 70., nie można było o nim w ogóle pisać. Musieliśmy się odwoływać do aluzji, zamiast pisać nazwisko, np. „autor książki »U brzegów jazzu«”.

Do kiedy trwał ten szlaban?

– W połowie 1981 roku z okazji 25. rocznicy pierwszego festiwalu jazzowego w Sopocie poświęciliśmy temu wydarzeniu całe wydanie „Jazz Forum”. W tekstach kilkukrotnie pojawiło się nazwisko Tyrmanda. I ku naszemu zaskoczeniu cenzura tego nie zdjęła. Ktoś potem wysłał ten numer Tyrmandowi, a on napisał do mnie list z podziękowaniem. Był bardzo wzruszony, widząc swoje nazwisko w druku. To chyba my pierwsi odczarowaliśmy w polskiej prasie jego nazwisko.

Tak rozpoczęła się twoja korespondencja z Tyrmandem, której uwieńczeniem był wywiad. Denerwowałeś się przed spotkaniem z nim?

– Tak, bo zaistniały nadzwyczajne okoliczności, w Chicago zapanowały rekordowe mrozy i moja podróż do niedalekiego Rockford, gdzie mieszkał Tyrmand, była wykluczona. Rozmowę przeprowadziliśmy telefonicznie. Przeprowadziłem wiele wywiadów w swoim życiu. Rozmawiałem z niezwykłymi ludźmi, np. z Milesem Davisem, ale ten wywiad z Tyrmandem uważam za najważniejszy.

Dlaczego?

– On rzadko udzielał wywiadów, a ten, jak się okazało, był jego ostatnim. Powiedział w nim wiele rzeczy, których wcześniej nie znaliśmy, uratowane zostały od zapomnienia ważnie wątki z jego biografii i historii polskiego jazzu.

Wyjeżdżając do Stanów, Tyrmand trafił do kolebki jazzu. Tymczasem z tego okresu działalności jest znany bardziej jako publicysta i działacz konserwatywny niż meloman.

– W wywiadzie zapytałem o to Tyrmanda, powiedziałem, że wiele osób nie rozumie jego związków ze środowiskiem konserwatywnym. Odpowiedział, że w Polsce zawsze był liberałem. I dalej nim jest, tylko to, co my tutaj rozumiemy pod słowem „liberał”, w Stanach oznacza konserwatystę.

Nieoczywiste to wytłumaczenie.

– Zgoda, niełatwo to zrozumieć, ale jest też w tym jakaś prawda. Trzeba pamiętać, że mimo wszystko jazz był dla niego ważny do samego końca. Swoje pierwsze kroki po przybyciu do USA skierował do Nowego Orleanu, do miasta, którego wcześniej nigdy nie widział, a które opisał szczegółowo w książce „U brzegów jazzu”. Do tych brzegów w końcu dopłynął, spełniając młodzieńcze marzenia i wieńcząc sens swojego życia. Tej fascynacji nigdy się nie wyzbył.

Łukasz Kamiński

Calosc TUTAJ

Przyslala Rimma Kaul

Kategorie: Ciekawe artykuly

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: