Nadzieja w beznadziei (3)


Zanim wrócę do nadziei, przytoczę odpowiedź na moje refleksje o „Zabawie w chowanego”,  dziennikarki wrocławskiej „Gazety Wyborczej”, znanej mi od jej dzieciństwa Madzi, nazywającej mnie „wujkiem”: Świetne wujku, aż zęby bolą w czytaniu.  Żyjąc poza Polską — tracimy  idiomy nowych generacji.

Warszawskiej aktorce Ani Moskal (też 30 lat młodszej), odpowiedziałem:  Anka, talenciara we wszystkim, czego się dotknie, tak walczyła o życie swoje i Osipa — Nadieżda. „Jeszcze będzie dobrze”,  pisze po zakatrupieniu Mandelsztama w grudniu 1938.  Jej opowieść to monodram na nasze czasy zarazy.  Ty będziesz polską Nadzieją.  Tak się zacznie:

Nadieżda Mandelsztam

Nazywam się Nadieżda Jakowlewna Mandelsztam.  Urodziłam się  w Saratowie,  w roku 1899.  Wkrótce rodzice przenieśli się do Kijowa, gdzie moi rodzice byli lekarzami, a ja uczyłam się malarstwa u Aleksandry Ekster.   Mój mąż, Osip Emilewicz Mandelsztam urodził się w roku 1891 w Warszawie, jego ojcem był kupcem, matka — nauczycielką muzyki. Studiował  na uniwersytecie w Petersburgu, a potem w Heidelbergu.  Na początku lat dziesiątych stał się współtwórcą nowego kierunku literackiego, który wywarł wielki wpływ na kształt  nowoczesnej poezji rosyjskiej.  Po rewolucji 1917 roku, jego bezkompromisowa postawa twórcza usunęła go na margines życia społecznego i doprowadziła ostatecznie — po  dwóch aresztowaniach — do męczeńskiej  śmierci w stalinowskim  obozie pod Władywostokiem w roku 1938.

Byliśmy małżeństwem przez 14 lat.  Przez te lata przepisywałam jego wiersze, wysyłając je do redakcji, ale również do przyjaciół i znajomych z prośbą o interwencję, aby je drukowano. Na przekór cenzurze, Osip chciał, żeby jego wiersze trafiały do czytelników, dlatego niezmordowanie  czytał je na oficjalnych i prywatnych spotkaniach autorskich.  Wiele  jego wierszy znam na pamięć, wśród nich, ten, napisany w roku 1933, który był przedmiotem donosów i prowokacji politycznych, a trafiając do rąk  Stalina, postaci, którą opisywał, stał się głównym sprawcą śmierci Mandelsztama.  Przetłumaczył ten wiersz inny nieżyjący geniusz, Stanisław Barańczak

Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi,
Nie słychać i na dziesięć kroków co szepcemy,
w półsłówkach, półrozmówkach naszych
Cień górala kremlowskiego straszy.
Palce, tłuste jak czerwie, w grubą pięść układa,
Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.
Śmieją się karalusze wąsiska
I cholewa jak słońce rozbłyska.
Wokół niego hałastra cieńkoszyich wodzów
Bawi go tych usłużnych półludzików mozół.
Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,
A on sam szturcha i złorzeczy.
I ukaz za ukazem kuje jak podkowę
-Temu w pysk, temu w kark, temu w brzuch, temu w głowę.

Miodem kapie każda nowa śmierć
Na szeroką gruzińską pierś.

Data śmierci mojego męża nie jest mi dokładnie znana.  Pierwszym jej zwiastunem była przesyłka zwrócona z powodu „śmierci adresata”. Zwrot przesyłki kojarzył się zwykle ze śmiercią i większość ludzi tylko w ten sposób mogła się dowiedzieć o śmierci bliskich; tymczasem rozzuchwaleni funkcjonariusze przeludnionych obozów pisali wszystko, co im przyszło do głowy — śmierć, czy nie śmierć — i tak wszystko jedno.  Ludzie zza kolczastych drutów zostali usunięci poza nawias życia i  obchodzono się z nimi  gorzej niż z bydłem, a bydlęta, które decydowały o życiu i śmierci, prześcigały się w deptaniu ludzkich praw.  Tak więc zwrot przesyłki nie może być dowodem śmierci.

Data w świadectwie wystawionym przez Urząd Stanu Cywilnego też nie świadczy o niczym.  Świadectwo śmierci zawierało informację, że zgon Osipa Mandelsztama został zarejestrowany w maju 1940 roku.  Jest to bodaj jedyna realność. W zasadzie można mieć nadzieję, że żywego człowieka nie wciągnięto na listę zmarłych, chociaż nie ma co do tego absolutnej pewności. W straszliwej obozowej  miazdze, w więźniarskim stosie, w którym trupy z numerami na nogach leżały obok żywych, nikt się  nie rozezna.  Nikt nie widział go po śmierci. Nikt nie umył jego ciała. Nikt nie położył go do trumny. Przed śmiercią leżał na pryczy, a dookoła krzątali się inni skazańcy. Pewnie czekał na moją przesyłkę, ale mu jej nie dostarczono lub nie zdążyła dojść. Przesyłkę  odesłano. Dla nas znaczyło to, że zginął. Dla niego  brak przesyłki znaczył, że zginęliśmy my. Wszystko to zaś stało się  dlatego, że wypasiony człowiek w mundurze, mając dość grzebania w spisach więźniów i szukania jakiegoś trudnego do wymówienia nazwiska, przekreślił adres i napisał najprostszą formułę, jaka mogła mu przyjść do głowy – „z powodu śmierci adresata” – a następnie odesłał skrzynkę z powrotem, po to, żebym ja modląc się o śmierć najbliższego człowieka, zachwiała się przed okienkiem, usłyszawszy od urzędniczki tę  ostatnią i nieuchronną dobrą nowinę.

Po swojej śmierci — czy też może jeszcze przed nią — żył w obozowych legendach jako czterdziestosiedmioletni starzec z menażką, do której nakładano mu kaszy;  starzec, który kiedyś pisał wiersze i dlatego został przezwany Poetą.


Nadzieja w beznadziei (3)

Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ

One Response to “Nadzieja w beznadziei (3)”

  1. W każdym narodzie są ludzie wielcy i ludzie mali. Kazdy naród jest oceniony przez stosunek ludzi wielkich do ludzi małych. jeżeli ten stosunek jest większym od jednostki to ten naród jest narodem dobrym. Jeżeli ten stosunek jest mniejszym od jednostki to ten naród jest narodem złym. Nie mając żadnych definitywnych danych jak wielu ludzi wielkich czy małych jest w każdym narodzie, możemy tylko przypuścić kto jest złym a kto jest dobrym narodem, według naszych przeczuć, ale te mogą być oczywiście omylne.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: