Agata Tuszyńska: Długo nie wiedziałam, kim jest moja mama. I dlaczego marzyła o niebieskookiej córce

Halina Przedborska, mama Agaty Tuszyńskiej, w ogrodzie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy Foksal, Warszawa 1956 (Krystian Barcz/Forum)


Kiedy ma się dziesięć lat, trudno uwierzyć, że wymyślono piec, w którym cię spalą – pisarka Agata Tuszyńska opowiada o swojej mamie

 

„Opowiem wam o mojej mamie” to cykl, który wymyśliliśmy z myślą o nadchodzącym Dniu Matki. Kim była lub jest dla ciebie mama? Jakiej najważniejszej rzeczy cię nauczyła? Co jest twoim bogactwem dzięki niej? Jeśli chcesz się podzielić z nami i innymi czytelnikami swoją opowieścią, pisz: listy@wysokieobcasy.pl oraz listy@wyborcza.pl

Na początku jest dziewczynka. Halinka. Moja mama, która nie pamięta.

Latami ćwiczyła niepamiętanie. Dziadka Goldsteina, który miał pejsy i rozmawiał z gołębiami po żydowsku. Świec palonych w domu co piątek. Opaski. Białej opaski z niebieską gwiazdą Dawida, którą dorośli musieli nosić w getcie na przedramieniu. Ona jeszcze nie.

Moja mama nie miała lalki. I nie bawiła się w mur. Pamięta, jak ukrywała małych kuzynów w koszu na brudną bieliznę, kiedy słyszała z daleka Niemców. Mówiła, że to gra w chowanego. Lęk pamięta. Żółte skrzynki pocztowe. Tam. I bonę żywnościową. I że śpiewali na ulicach – ach ta bona, bona…

Wiedziała, czym się różni „obława” od „obstawy”. Co to znaczy „anemia”. Słyszała, że z Umschlagplatz odjeżdżają pociągi pełne ludzi. Do pieców.

Kiedy ma się dziesięć lat, trudno uwierzyć, że wymyślono piec, w którym cię spalą.

Dzielnicę za murami opuszczała ze swoją mamą przez budynek sądów. Miała na sobie sukienkę i płaszczyk i jeszcze sweter. Kopała kamyk, żeby nie podnosić wzroku. Dorożkarz, który uratował je pod bramą przed szmalcownikami, zawiózł je na gestapo. Miały szczęście, że zgodzili się na okup. Miały szczęście, że miał kto za nie zapłacić.

Umiała liczyć do stu. Nie umie policzyć mieszkań, w których ją zostawiano. Siedem, dwanaście, więcej? Całe dnie nie miała się do kogo odezwać. Trochę czytała, ale to dopiero w piwnicy. Było tam zimno i wilgotno, ale na kartach „Chaty wuja Toma” świeciło słońce. Czuła je. Często śniła pakowanie. I selekcję. Rzeczy i ludzi. Ubywało wszystkich i wszystkiego.

Starała się modlić: Ojcze nasz, któryś jest w niebie. Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, nazywam się Alicja Szwejlis, bądź wola Twoja, zdrobniale Alisia, jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego, myślisz, że na tych papierach mogę spać spokojnie, powszedniego daj nam, jestem aryjką, słyszysz, to nic, że nie ma białego chleba, powszedniego, jako w niebie tak i na, moja mama też ma polskie nazwisko Zmiałowska Zofia, zapamiętaj, amen. Dobranoc. Amen.

Ukrywały się długo. Chwilę razem i to zapamiętała najlepiej. W Łochowie mama pasła krowy, nikt nie wiedział, że była nauczycielką, a ona mogła chodzić po łące i pić mleko od krowy. Ale komuś nie spodobały się jej oczy i znowu musiały uciekać. Zostawała u wielu pań. Potem na koloniach w Wildze. Mama przyrzekała, że zawsze po nią wróci. A potem wszystkie dzieci odebrano. Czekała. Ojciec przyszedł po nią w styczniu 1945. Po latach niewoli. Ledwie go poznała.

Marzyła o dziecku, o dziewczynce z niebieskimi oczami. Urodziłam się na Dzień Matki.

Czyta, czyta – to było podobno pierwsze słowo, jakie powiedziałam. Jej to zawdzięczam. To, czyli wszystko.

Nauczyła mnie czytać. I żyć w książkach. A przedtem słuchać wierszy. O pani Słowikowej i księżycu z ulicy Pawiej, o Grzesiu Kłamczuchu i krawcu Gutkindzie. Znałam na pamięć Brzechwę i Tuwima, godzinami płakałam nad losem Plastusia z piórnika i Nemeczkiem, chłopcem z Placu Broni. Zaraz potem pojawili się Różewicz, Nałkowska i Czechow…

Miałam wrażenie, że książki były dla niej prawdziwsze niż codzienność. Nie tylko pozwalały żyć po wielekroć, ale też nie mogły zdradzić.

Tego się od niej nauczyłam, choć nigdy tak nie powiedziała. Dziedziczyłam bez słów.

Pokazała mi pisarkę Marię Kuncewiczową za płotem domu w Kazimierzu nad Wisłą, a potem innych autorów na majowym kiermaszu książki pod Pałacem Kultury. Szybko się zorientowałam, że za każdym napisanym słowem i między okładkami książek stoi człowiek. To było ważne odkrycie, może najważniejsze. Pisarz zyskał najwyższe miejsce w mojej hierarchii postaci niezwykłych. Był jak czarodziej. I miał nade mną niejasną władzę. Trochę się tego obawiałam, a jednocześnie szybko uzależniłam się od światów wymyślonych.

Wymagała właściwie jednego, żeby się uczyć. Musiałam być najlepsza, bo tylko tego, co w głowie, nie można ci odebrać. Moje piątkowe świadectwa i kolejna tarcza wzorowego ucznia sprawiały jej największą radość.

Wiedza daje niezależność – zdawała się mówić.

Nie umiała gotować ani piec. Na niedzielne obiady chodziłyśmy do ciotki Bronki, siostry jej ojca. Tam poznałam zapach czosnku, nie wiedząc, czym jest i co mógłby znaczyć. Nie miała genu podróży, ten odziedziczyłam po ojcu. Spędzałyśmy razem wakacje w Kazimierzu nad Wisłą. Byłyśmy na Węgrzech i w Bułgarii. Niewiele dalej. Droga, czyli przygoda, napawała ją niepokojem. A nawet smutkiem. Tak jak pociągi.

Długo nie wiedziałam, kim jest naprawdę. I dlaczego marzyła o jasnowłosej, niebieskookiej dziewczynce. Miałam polskiego ojca, z odpowiednią genealogią. To było równie ważne jak jego przywiązanie. Wychowywała mnie przecież do życia w tym kraju. Potem mi powiedziała… Byłam pełnoletnia, sądziła, że będzie mi łatwiej to wszystko udźwignąć. Nie bać się. Inności, obcości, wykluczenia.

Objawiła ten sekret na tyle późno, że wzbudziło to moje podejrzenia. Musiał istnieć ważny powód tego ukrywania. Próbowałam rozumieć. Latami żyłam na aryjskich papierach mojej matki. Odszedł jej ojciec, mój dziadek i jego siostry, nie umiałam zadawać im pytań najważniejszych. Żadnych pytań.

Dzięki niej zaczęłam stawiać słowa na papierze. Najpierw niewinnie, potem coraz bardziej świadomie. By w końcu zapisywanie traktować jako moją powinność – uprawianie pamięci.

Długo, mozolnie i samodzielnie docierałam do przeszłości moich żydowskich przodków. Napisałam „Rodzinną historię lęku” pełna obaw, czy mam do tego prawo, czy nie naruszam reguł gry, których przestrzegali w polskim powojennym świecie. Nikt nie rzucił w nas kamieniem. Lęk trwa.

Moja mama skończy wkrótce 89 lat. Często śni swoją mamę Delę Goldstein. Taką, jaką widziała ją po raz ostatni latem 1944 roku. Młodą. Ty musisz żyć – powtarza. Ona do niej, ona do mnie. Życie jest najważniejsze.


Przyslala Rimma Kaul

 

 

6 komentarzy to “Agata Tuszyńska: Długo nie wiedziałam, kim jest moja mama. I dlaczego marzyła o niebieskookiej córce”

  1. Marian, ja także wyszłam z getta przez gmach sądów. Było to w listopadzie 1942, a więc było to wciąż możliwe. Moja matka przyprowadziła mnie do budynku, przy drzwiach zatrzymała się, a ja odeszłam bez pożegnania i sama przeszłam przez długi korytarz aż do aryjskiej strony gdzie czekała na mnie moja bona panna Zofia. Zosia wzięła mnie za rękę i razem wyszłyśmy na ulicę. Posterunek nie zwrócił na nas uwagi (ja miałam t zw ”dobry” wygląd). Ja także pamiętam Umschlagplatz, ale o płonących piecach nie słyszałam, choć mój ojciec był już zamordowany w Oświęcimiu.

  2. Frida Lorén 08/06/2020 at 14:25

    Zgadzam się z tobą całkowicie Ewa!🌷👍

  3. Ewa Korulska 08/06/2020 at 11:14

    Tęsknota Żyda za „niebieskooka dziewczynka„ pozwalała ukryć się i była całkowicie zrozumiała w czasach wojny. Niebieskie oczy i „ dobry wygląd” dawały szanse na przeżycie. Dzisiaj taka „tęsknota„ jest tylko smutnym świadectwem o nieakceptacji własnej tożsamości i o niepokojącym stanie umysłowym Żydów z Diaspory. Tragiczna to tęsknota.
    Słowa ze „Prawdziwym Żydem jest ten, czyje dzieci sa Żydami sa bardzo sluszne i mądre.

  4. Frida Lorén 07/06/2020 at 09:38

    Agato! Ze wzruszeniem przeczytałam historię o twojej mądrej mamie! Dostałaś od niej tak dużo! Lecz czekała długo z przekazaniem ci prawdy o swoim i twoim pochodzeniu! Nie łatwo być Żydem. Czy coś się zmieniło? Chyba nie! Tęsknota za niebieskooką blondynką wciąż żyje wśród wielu z nas!!

  5. Agata, bardzo mnie wzruszylas opowiadaniem o Mamie i pieknie to napisalas tak jak zawsze. Nie bylo latwo czytac Twoje zeznanie o Mamie, Babci i Dziadku, ale tez nie powinno bylo byc latwe. Serdecznie Cie pozdrawiam, Teresa

  6. Kilka tekstów mi się jakby nie zgadza. Sądy od ul. Leszno po 22 lipca 1942 były już w zasadzie dla Żydów niedostępne. Jeżeli bohaterki tekstu opuściły getto przed tą datą, a z tą datą rozpoczęła się wywózka z getta poprzez Umschlagplatz do Treblinki, to skąd w myślach dziecka wizje Umschlagplatzu i płonących pieców obozu. W podobnym wieku i w tym samym czasie, a także tą samą drogą opuściłem getto warszawskie i tylko coś niecoś słyszałem o Auschwitz. ( Dla ścisłości, to przyśpiewka gettowa nie brzmiała „Ach ta bona, bona..” tylko „Oj dy bone, ja nie chce oddać bone, bo Hitler jest cholera i bony nam zabiera…”.) Ale może te i inne nieścisłości mozna uznać jako licentia poetica autorki…

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: