Szósta sześ

 

Zenon Rogala

 


 

…Znamy się już tyle lat… i choć już ktoś przede mną tak zaczął swój wiersz, sam początek pasuje jak ulał do tej  fascynującej historii. Z Ryśkiem, jak to się mówi, znamy się jak łyse konie, choć jak się teraz okazało nie całkiem.

Już na pierwszym roku, co prawda różnych kierunków, ale byliśmy na tej samej uczelni. Na początku łączyły nas te same adresy akademików, a wraz z upływem czasu, różne studenckie, wspólne wydarzenia i przeżycia. Najbardziej te z wakacji, w czasie których objeżdżaliśmy kolonie letnie z programem rozrywkowym teatrzyku studenckiego. On miał „numer” siłacza i razem z Bogusiem dawali popis cyrkowych, atletycznych wygłupów. W czasie jego studiów doktoranckich, poznały się nasze rodziny i tak zostało i powinno zostać do końca.  

Zawsze miał głowę filozofa i dlatego uzupełniał moje humanistyczne niedostatki. Ale to było prawie sto lat temu, dziś oto, siedzimy w stylowej kawiarni i tym razem rozmawiamy o wszystkim, czyli o  niczym.

                                                  *

– Mamy trupa przed hotelem – telefon z recepcji był jak na drugi dzień mojej pracy na stanowisku dyrektora hotelu, szokiem na niebywałą skalę. Pędziłem tak szybko, że niewiele brakowało, żeby ktoś mógłby przekazać przez telefon: – mamy trupa na drodze.

Tuż obok metalowej barierki odgradzającej przyhotelowy chodnik od ulicy, a właściwie już pod barierką, białe prześcieradło wyznaczało miejsce na ziemi tego nieszczęśnika. Żeby nie było wątpliwości, na narożnikach ktoś położył przypadkowe kamienie, czy odpadki uliczne. Ręka z zegarkiem wystawała poza białą granicę, dokładnie na brzegu krawężnika, jakby chciała podsunąć go pod zaznaczoną czerwonym kolorem głowę. Na zegarku szósta sześć.

-To niemożliwe, proszę pana, żeby Krzysiu mi to zrobił, ja proszę pana znam swoje dziecko, to znaczy, co ja mówię, mój boże, znałam swoje dziecko, kończył doktorat, mieli się pobrać z Haliną po jej powrocie z Paryża, nie to niemożliwe… żeby Krzysiu, takie rzeczy, nie proszę pana, nigdy w to nie uwierzę. Policja powiedziała, że wyskoczył przez okno, jak on, proszę pana mógł wyskoczyć przez okno, no jak. Nie, dziękuję za herbatę, dziękuję za wszystko… ale przyszłam tu, żeby porozmawiać z panem, bo podobno pan też tu był z ramienia hotelu.

-Tak, byłem tu jako jeden z pierwszych i ja udostępniłem policji do oględzin miejsce pobytu syna w tym hotelu. Ostatnie miejsce. Jeśli chce pani rozmawiać to musi pani też wysłuchać, – słuchała w milczeniu.

– Do hotelu przyszedł o piątej. Ten nieszczęsny pokój, wtedy jako jedyny i ostatni do zamieszkania, znajduje się pechowo na szóstym piętrze. Tam wszedł po załatwieniu formalności około piątej trzydzieści. 

– Teraz pokaże pani to miejsce – chodźmy. 

Pokój jest dwuosobowy. Kiedy weszliśmy z Policją, obydwa łóżka były nietknięte. Na jednym położył torbę – o tu w tym miejscu.. Na drugim łóżku był wyraźny odcisk na pościeli, widać, że  w tym miejscu siedział. Jedno z tych dwóch krzeseł podstawione było pod okno. O, to krzesło wziął, podstawił tuż obok kaloryfera, otworzył okno, firanka była nawet nie całkiem odsunięta. Tyle, żeby otworzyć połówkę okna i…. Na parapecie był wyraźny odcisk jednej stopy. Ostatni ślad żywego człowieka. O szóstej sześć był już na dole, bo wiem to z jego zegarka, który na tej godzinie się zatrzymał. 

Słuchała w milczeniu.

– Pani, jako matka nie może się pogodzić, że syn, którego pani urodziła, wychowała i wiązała z nim takie piękne nadzieje na przyszłość, nie pomyślał o pani kiedy stawiał stopę na tym parapecie. On myślał o czymś, co dotyczyło tylko jego i tej jakiejś sprawy, z która nie mógł sobie poradzić, ale przecież jednak sobie poradził. Trzeba to uszanować. Moim zdaniem zrobił coś, co jest tak intymną i osobistą sprawą, że uznał, że teraz będzie samodzielny w tej sprawie.

Zwykle jest tak, że osoby kochające przyszłych samobójców mają do nich spóźnione pretensje, że nic o takim zamiarze wcześniej  nie wiedziały.

Myślę, że pani syn wykazał się w tym wypadku zdecydowaną determinacją, którą należy uznać i uszanować. Musiał zrobić to w tajemnicy przed panią, bo być może zakładał, że gdyby pani wiedziała o tym zamiarze, mogłaby pani próbować go odwieść od tego zamiaru. Ilu zamiarów i planów nie mówimy swoim bliskim. Zresztą samobójcy nie dzielą się takimi tajemnicami, może tak, ale ja nie spotkałem kogoś, kto taki zamiar zgłasza. Można by zmieniając inne przysłowie powiedzieć, że okazja czyni samobójcę.

Myślę dlatego, że tę decyzje podjął akurat w tym czasie, bo warunki temu sprzyjały. Gdyby dostał pokój na parterze, na pewno nie wyskoczyłby oknem, mógłby się np. powiesić, ale też niekoniecznie, bo nie wiemy sami co w naszych głowach się kotłuje i nie bardzo znamy te mechanizmy, zresztą nie ma sensu na ten temat gdybać. 

Proszę odrzucić poczucie swojej winy, bo mechanizm samobójstwa jest o wiele bardziej skomplikowany niż nam się wydaje.

                                                              *

Słuchałem  w milczeniu, bo zamiast rozmowy o niczym, Rysiek zaczął rozmowę o najważniejszym:

– Powiem ci coś bardzo osobistego – Rysiek na koniec kawiarnianej rozmowy, zaczął spokojnie i poważnie.

– Słucham w milczeniu – czułem, że coś się czai za tym spokojem i powagą.

– Nie chcę już żyć. Życie przestało mnie interesować. Życie mnie męczy. Życie mi się nie podoba – ten grymas w twarzy znam dobrze – mówił poważnie.

Siedziałem obok w milczeniu.

– Zapowiada się ciekawy temat –  udawałem, że podejmuję proponowaną konwencję teoretycznej, filozoficznej rozmowy. Odruchowo spojrzałem na zegarek. Była szósta sześć.

A właściwie osiemnasta sześć.


Wszystkie wpisy Zenka

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: