Na Starym Mieście zawisł neon z nazwiskiem antysemitki, która wydała Niemcom poetkę żydowskiego pochodzenia

Tomasz Kowalewicz

Przyslala Rimma Kaul


Stare Miasto w Lublinie. Festiwal ‚Open City’. Praca artystyczna z kontrowersyjnym neonem (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)Na Starym Mieście zawisł neon z nazwiskiem Zofii Chominowej, Polki, która podczas wojny wydała Niemcom poetkę Zuzannę Ginczankę. – Ta praca przynosi wstyd Lublinowi. Dla mnie to gest niezrozumienia, braku empatii, ale i niewiedzy – mówi prof. Izolda Kiec, która od lat zgłębia biografię poetki żydowskiego pochodzenia.

Symbol upadku człowieczeństwa na neonie

Niespodziewanie Ginczanka stała się też jedną z bohaterek kontrowersyjnej pracy artystycznej przygotowanej na lubelski festiwal Otwarte Miasto. Jej autor, Adam Rzepecki, postanowił nawiązać dziełem do wydarzeń z czasów okupacji niemieckiej. Młoda poetka mieszkała wtedy we Lwowie przy ul. Jabłonowskich i kiedy w lecie 1942 r. trwały wielkie deportacje Żydów do Bełżca, zadenuncjowała ją dozorczyni kamienicy, niejaka Zofia Chominowa. Ginczanka cudem uniknęła aresztowania i śmierci, ale musiała uciekać ze Lwowa.

Uwieczniła to zdarzenie w wierszu okupacyjnym „Non omnis moriar” (Nie cały umrę). Pisała wtedy: „Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla, Donosicielko chyża, matko folksdojczera”. Wiersz stał się zresztą dowodem w sądzie. Chominową skazano na cztery lata więzienia i pozbawiono tymczasowo praw publicznych.

Jak zauważył w „Wyborczej” Ryszard Kotarba, krakowski historyk IPN: denuncjatorka „weszła do literatury” i została symbolem upadku człowieczeństwa w latach okupacji.

Choć ofiarą Chominowej była Ginczanka, to jednak nie nazwisko poetki żydowskiego pochodzenia, ale właśnie polskiej zdrajczyni pojawiło się na neonie, który zawisł na jednej z bram na Starym Mieście, przy granicy z dawnym gettem. Na ziemi z kolei postawiono kamienną tablicę, która miała naprowadzić odbiorców na właściwą interpretację dzieła. W opisie pojawił się jednak błąd w dacie śmierci Ginczanki. Napisano, że zamordowano ją w 1955 r. w obozie w Płaszowie. W rzeczywistości stało się to jedenaście lat wcześniej (tablicę już usunięto i wkrótce w jej miejscu ma pojawić się nowa).

„To nie kwestia przyzwoitości”

Na stronie festiwalu napisano, że „projekt (…) chce zmusić przechodnia do refleksji nad postawą człowieka wobec drugiego w każdych trudnych czasach, gdy wybór dobra lub zła (…) zależy od jego jednostkowej decyzji”. W rozmowie z „Kurierem Lubelskim” autor pracy wyjaśniał, że to są bardzo trudne wybory i nie powinniśmy zapominać o okolicznościach, w których to się działo.

Wypowiedzią artysty zbulwersowana jest prof. Izolda Kiec, literaturoznawczyni i autorka biografii Zuzanny Ginczanki.

– To oznacza, że ten pan w ogóle się nie zapoznał z historią Chominowej, Ginczanki i ich relacji – mówi Kiec. – Tam nie było problemu etycznego wyboru pomiędzy ukrywaniem Żyda a ochroną życia rodziny czy własnego. Chominowa nie musiała donosić, nic jej nie groziło, tylko po prostu była antysemitką. W tej historii nie ma żadnego drugiego dna, dlatego to wytłumaczenie jest tak straszne – wyjaśnia.

Literaturoznawczyni nie potrafi też zrozumieć, dlaczego tak dramatyczną historię sprowadzono do formy kolorowego neonu z nazwiskiem zdrajczyni.

– Wiem, że próbuje się to tłumaczyć teraz wolnością artystyczną. Czasami jednak trzeba wybrać, czy chce się mówić językiem sztuki, czy stawiać na walory edukacyjne i postawę etyczną. A skoro już nawet wchodzimy w tę symbolikę, to jak wytłumaczyć, że Ginczankę umieszczono na płycie położonej przy rynsztoku, a Chominowa upamiętniona została na sklepieniu przejścia do getta. To nie kwestia przyzwoitości, nawet nie gustu i smaku. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę pracę, skojarzyła mi się ona ze słynnym zdjęciem płonącego getta i wielkiej obracającej się karuzeli – tłumaczy i dziwi się, że pracę zaprezentowano w przestrzeni publicznej, a nie w galerii sztuki.

– Nawet jeśli ma to być prowokacja, niech ona będzie skierowana do ludzi, którzy są przygotowani na dyskusję o pewnych projektach na poziomie symbolicznym. Wielu młodych ludzi nie ma świadomości, czym była Zagłada, więc cała ta historia może pójść w bardzo złym kierunku. Ktoś nawet zapytał mnie, czy w Lublinie otwarto bar pod młodym naziolem. Pewnych rzeczy po prostu się nie robi – dodaje.

Rodzaj oskarżenia

Zamieszaniem wokół swojej pracy Adam Rzepecki jest wyraźnie zaskoczony, bo jak tłumaczy, nazwisko zdrajczyni to jedynie pretekst do rozmowy o ważnym problemie. – Tu nie chodzi o neon, tak jak nie chodzi o obraz wiszący w galerii czy przestrzeni miejskiej. Najważniejsze jest samo dzieło sztuki, które ma zadawać pytania – mówi artysta i podkreśla, że założeniem projektu miało być właśnie niedopowiedzenie. – On ma zmusić przechodnia do refleksji nad postawą człowieka wobec drugiego w każdych trudnych czasach – wyjaśnia.

Rzepecki nie zgadza się też, że ulica jest złym miejscem na prezentację tego typu dzieł. – Komuś, kto nie zna historii Zagłady, słowo, które znajduje się na neonie, nic nie powie. Jeżeli ktoś chce się wgłębić w temat, zaczyna szuka odpowiedzi na pytanie, kim jest ta postać. Wtedy poznaje całą historię. To jest rodzaj oskarżenia, a jednocześnie mój sprzeciw wobec zachowania Chominowej – zapewnia artysta. Według niego, gdyby nie ten neon, wielu ludzie nie dowiedziałoby się, kim jest ta postać i co złego zrobiła Ginczance.

Pracę Rzepeckiego broni Mirosław Haponiuk, jeszcze niedawno dyrektor ośrodka „Rozdroża”, który organizuje festiwal Otwarte Miasto, a obecnie koordynator działań programowych.

– Rozumiem, że można wieszać durne neony, które o niczym nie mówią, ale ten akurat opowiada konkretną historię i przypomina wybitną poetkę. Przypomina, że byli ludzie, którzy są odpowiedzialni za taki, a nie inny jej los – mówi.

Fatalny i zupełnie niepotrzebny błąd

– Nie zamierzamy ingerować w pracę artystów, bo nigdy tego nie robiliśmy – mówi Michał Karapuda, dyrektor Wydziału Kultury w lubelskim magistracie.

Warto jednak zauważyć, że już wczoraj zdemontowano kamienną tablicę, która zawierała błąd w dacie śmierci Ginczanki. Na jej miejscu wkrótce stanie nowa, z dodatkowym opisem, precyzującym znaczenie dzieła.

– To jest fatalny i zupełnie niepotrzebny błąd, który sprawił, że nie za bardzo było wiadomo, o co w tej pracy w ogóle chodzi. Niektórzy zaczęli zastanawiać się, czy nie jest to jakaś dodatkowa prowokacja. Przepraszamy za to – sugerowanie innej historii niż ona była w rzeczywistości było po prostu pomyłką, na którą nikt nie zwrócił w porę uwagi – tłumaczy Karapuda i zapewnia, że po poprawkach zmieni się kontekst pracy Adama Rzepeckiego.


https://lublin.wyborcza.pl/lublin/51,48724,26224374.html?i=0

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: