OD WOLBROMIA DO TEL AWIWU – A CO SIĘ STAŁO Z WARSZAWĄ?

Ludwik Lewin


Wspomnienia Gerszona Majtelesa to bardzo ciekawa książka o życiu w międzywojennym żydowskim miasteczku na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej oraz o wojennych losach autora w pomocniczych oddziałach Armii Czerwonej. 

Majteles, urodzony na krótko przed wybuchem I wojny światowej, wprowadza czytelnika w świat starych ortodoksów i ich dzieci kontynuujących tradycję, ale otwierających się nieco na to, co poza sztetlem. Tradycję, od której odetną się dopiero ich wnuki, czyli rówieśnicy Majtelesa i ojcowie pokolenia urodzonego w czasie II wojny albo niedługo po jej zakończeniu.

Mało budujące są sceny rozgrywające się w chederze, którego autor nie cenił jako placówki oświatowej, ale zadziwia poziom ich absolwentów – tych opisanych w książce i tych, o których wiemy.

W jego generacji ci szewcy czy subiekci, którzy oprócz hederu uczęszczali co najwyżej do szkoły podstawowej, najpierw sami, a potem w stowarzyszeniach, dokształcają się – w polszczyźnie, literaturze, historii Żydów i przede wszystkim w naukach społeczno-ekonomicznych (och jaka, szkoda, bo to marksizm). 

Polska w żydowskim miasteczku, Polska polska, jest nieomal nieobecna przez całe dzieciństwo Gerszona. 

Nieco później, przy okazji spotkań żydowskiego klubu piłkarskiego z chrześcijańską Sarmatią, kibice, prawie tak jak w XXI w. wymyślają przeciwnej drużynie od   gudłajów. Z tym, że wtedy grali tam prawdziwi Żydzi. Natomiast zawodnikami Sarmatii byli Niemcy i Austriacy. „Z czasem pojawiły się zaczepki nie tylko werbalne, przez co chodziliśmy na mecze uzbrojeni w kamienie i kije, aby mieć się czym bronić” – pisze Majteles i komentuje: „Z perspektywy czasu szczególnie przykra wydaje się solidarność Polaków z Sarmatią, której zawodnicy równie mocno gardzili Żydami, co Polakami”. 

W książce opisane są dysputy syjonistyczno-socjalistyczne, dosyć łagodne, bo ich uczestnicy nie byli jeszcze zatwardziali w swych postawach. Majteles bliski już komunizmu pojechał na kurs chalucowy.   

Szybko się to jednak zmieniło. „W latach trzydziestych komuniści, zwłaszcza żydowscy, ulegali coraz większej radykalizacji” – wspomina autor i przyznaje: „Uległem radykalizacji i sekciarstwu na równi z innymi. Wydawało mi się, że nie zmieniam poglądów pod niczyje dyktando, że dochodzę do nich samodzielnie na skutek lektur i rozważań, lecz w rzeczywistości, gdy tylko zaczynałem odczuwać wątpliwości, uciszałem je myślą, że przełożeni wiedzą lepiej, że jestem im winien posłuszeństwo. Lekceważyłem dochodzące do mnie informacje o czystkach w otoczeniu Stalina.”.

Coś przecież z tego komunistycznego sekciarstwa zostało, gdy na stare lata, spisując wspomnienia, zarzuca sanacyjnym władzom, że „opuściły obywateli, uciekając przez rumuńską granicę”. Powtarza w ten sposób peerelowską propagandę, zapominając, że te władze w sposób naturalny wycofywały się na wschód przed agresją niemiecką, ale nadziały się na agresję sowiecką. 

W innym miejscu bezkrytycznie kładzie w usta powojennego rozmówcy zdania: „Nikt przecież nie wyrzuca Niemców z ich domów ani tutaj, ani na Ziemiach Odzyskanych”. 

Zastanawia paradoks pozostania komunistą po wojennym doświadczeniu w Zw. Sowieckim: „Nawet jeżeli moje zaufanie do ZSRR coraz bardziej malało, wciąż wierzyłem, że kraj ten może stanowić Ziemię Obiecaną” – wyznaje.

Zrozumiały jest natomiast sentyment do Zw. Sowieckiego – doznałem tam więcej dobra niż zła – tłumaczy autor, nie dodając, że uratował się na tej „nieludzkiej ziemi”. (To nie Majteles, to Czapski).

W książce jest przecież zabójcza, choć niezamierzona, krytyka nowej rzeczywistości komunistycznej w opisie Katowic, które przed wojną „olśniewały atmosferą nowoczesności, czystością ulic i skwerów”. (…)  Gdy dochodziliśmy do ulicy 3-go Maja, granicy śródmieścia, skrupulatnie czyściliśmy buty. Nikt nie śmiał wkroczyć do centrum eleganckich Katowic w zakurzonym obuwiu.  Na pozór wojna nie ugodziła miasta. (…) Jednak obecne, przeludnione, zaniedbane i zapluskwione Katowice zestarzały się, straciły dawny blask”. 

Jaka szkoda, że autor tak późno i tylko raz chwycił za pióro, bo widać w jego wspomnieniach prawdziwy talent literacki. Stany ducha ilustruje stanem nieba. W dynamicznych opisach kampanii wrześniowej i jak i wojennych wydarzeń w ZSRS, okazuje się wspaniałym batalistą. Płynna na ogół narracja wciąga czytelnika.

Dopiero z posłowia dzieci autora, z których inicjatywy wydana została książka, dowiedziałem się, że ta płynność to zasługa jej redaktorki, pani Weroniki Górskiej, która z tysięcy stron rękopisu stworzyła zwartą opowieść. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że całość wspomnień Gerszona Majtelesa powinna się znaleźć w archiwum Żydowskiego Instytu Historycznego.

Zarzut mam wobec tytułu Od Wolbromia Do Tel Awiwu. A to dlatego, że do Tel Awiwu książka nie doprowadza. A przecież od wzięcia jej do ręki, czeka się na czasy znane następnemu pokoleniu mocno starszych już dzieci autora. Czeka, spodziewając się wytłumaczenia dla pozostania w Polsce.

Bez odpowiedzi pozostają pytania, gdzie pracował czy zapisał się do PZPR i jakie były jego „zasługi dla Polski Ludowej”, za które był odznaczony, o czym wspomina w uwagach końcowych. 

Chciałoby się wiedzieć czy cały czas nazywał się Gerszon Majtales. Jeśli tak, to jak wytrzymał z tym „piętnem” w peerelu, a jeśli nie, to co spowodowało zmianę. 

To tylko kilka z wielu pytań o los naszych rodziców i dziadków. 


OD WOLBROMIA DO TEL AWIWU 

MOJE ŻYCIE

Gerszon Majteles

Wydawnictwo Stapis, Katowice 2020


Pierwodruk ukazal sie w sierpniowym numerze Slowa Zydowskiego

2 komentarze to “OD WOLBROMIA DO TEL AWIWU – A CO SIĘ STAŁO Z WARSZAWĄ?”

  1. A propos „pietna” z powodu nazwiska w PRLu: Kiedys, dlugo przed wyjazdem, ogladalem liste przyjetych na jakis wydzial na Politechnike w Warszawie. Bylo tam nazwisko :

    Zydaczek

    (Z z kropka !!!)

    Najprawopodobnie nie Zyd
    :

  2. Ryszard K. 11/09/2020 at 08:34

    Dzieki za ciekawy artykul, bez ktorego malo kto z nas dowiedzialby sie o tych wspomnieniach. Pewnie wydanych w niewielkim nakladzie. O ile moge zrozumiec, po wojnie wieksza czesc czasu Majteles spedzil w Katowicach a nie w Warszawie ? Pytania postawione na koncu artykulu nasuna sie kazedemu czytelnikowi – rzeczywiscie, zagadkowe jest to nazwisko, z pzwnoscia zmienione w czasach PRL-u. Zadanie dla badaczy powojennych dziejow Zydow w Polsce. Nie zdziwilbym sie, gdyby sie okazalo, ze to jakis partyjniak katowicki z czasow Bieruta i Gomulki.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: