MOSZE KULBAK


MOSZE KULBAK, ur. 1896, zm. 1937. Poeta, prozaik, autor sztuk teatralnych, publicysta, tworzący w języku jidysz. Był jedną z najważniejszych postaci życia kulturalnego w przedwojennym Wilnie. W 1928 przeniósł się do Mińska. W okresie czystek stalinowskich został aresztowany i rozstrzelany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski.

ROMAN PYTEL, tłumacz z hebrajskiego i jidysz, pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie.



Wilno

 

I.

Ktoś w tałesie przemyka po twych ulicach.
Tylko on błąka się po mieście nocą.
Nasłuchuje. Stare, szare żyły pulsują dźwiękiem
Przez dziedziniec i bóżnicę niby ochrypłe,
             zapylone serce.
Jesteś psalmem, rytym w glinie i w żelazie.
Każdy kamień jest modlitwą; hymnem każda ściana,
Gdy księżyc, marszczący się w starych zaułkach,
Połyskuje nagim, zimnym aż do brzydoty blaskiem.
Twa radość jest smutkiem – radość głębokich basów
W chórze. Święta są pogrzebami.
Twą pociechą jest ubóstwo: jasne, przejrzyste –
Niby letnia mgła na krańcach miasta.
Jesteś ciemnym amuletem oprawionym w Litwę,
Starą szarzyzną piszącą mszyście, łuszczącą się.
Każdy kamień to księga; pergaminem każda ściana.
Karty przewracają się, potajemnie otwierane nocą,
Gdy na starej bóżnicy zmarznięty nosiwoda,
Z małą zmierzwioną bródką, stoi licząc gwiazdy.

II.

Tylko ja błąkam się po mieście nocą.
Cisza. Domy są sztywne – bele szmat.
Łojowa świeca dygoce, kapiąc,
Gdzie siedzi kabalista, zagmatwany na swym poddaszu,
Jak pająk, ciągnąc szarą nić swego żywota.
„Czy ktoś jest w tej zimnej pustce?
Czy ogłuchli – usłyszymy zamarłe krzyki?”.
Raziel stoi przed nim; pobłyskuje w ciemności.
Skrzydła niby stary, wyblakły pergamin.
Oczodoły wypełnione piaskiem i pajęczyną.
„Nie ma nikogo. Pozostał tylko smutek”.
Świeca ocieka. Zamarły, słaby człowiek słucha.
Syci się cieniem postaci anioła.
Poddasze oddycha – płuca
Garbatego stworzenia, które drzemie na wzgórzach.
O miasto! Jesteś snem kabalisty.
Szarością zbłąkaną we wszechświecie – pajęczyną wczesnej jesieni.

III.

Jesteś psalmem, rytym w glinie i w żelazie.
Litery zanikają. Rozsypują się – zbłąkane.
Sztywni ludzie są jak laski; kobiety jak bochny chleba.
Ze ściśniętymi ramionami. Chłodne, maskujące brody.
Podłużne oczy, które kołyszą się, niby łodzie z wiosłami na jeziorze.
Nocą, późno, nad srebrnym śledziem
Biją się w piersi. „Boże, jesteśmy grzeszni – grzeszni”.
Białe oko księżyca, pęczniejące przez malutkie szyby,
Osrebrza szmaty wiszące na sznurze;
Dzieci w łóżkach – żółte, przepoczwarzające się robaki,
Dziewczęta obnażone do połowy, ich ciała jak deski –
Owi posępni mężczyźni są wąscy jak twe ulice.
Czoła milczące – sztywna ściana bóżniczego podwórka.
Brwi mszyste: jak dach nad ruinami.
Jesteście psalmem wyrytym na polach.
Kruku, śpiewam do ciebie, gdy przepływa księżyc.
Słońce nigdy jeszcze nie podniosło się nad Litwą.

IV.

Twa radość jest smutkiem – radość głębokich basów
W chórze. Spokojne majowe dni są posępne.
Sadzonki wyrastają z moździerza. Trawy kiełkują na murach.
Ociężałe, szare kwiecie wypełza ze starego drzewa.
Zimna pokrzywa podnosi się z otworu.
Gnój i rosnące ściany drzemią w swych wyziewach.
Może się zdarzyć nocą. Powiew wiatru porusza suchy kamyk na dachu.
Wizja: promień księżyca i krople wody,
Płynie srebrnymi, śniącymi w drżeniu ulicami.
To Wilia, chłodna, mgliście podnosząca się
Świeża i naga jak dziecko, z długimi jak rzeka ramionami,
Przybywa do miasta. Ślepe okna wykrzywiają się.
Łuki mostów krzywią się na swych podporach.
Żadne drzwi nie otworzą się. Nie poruszy się głowa
Na powitanie Wilii w jej błękitnej nagości skóry.
Brodate ściany zdumiewają się – wokoło ciebie wzgórza.
I cisza. Cisza.

V.

Jesteś ciemnym amuletem oprawionym w Litwę.
Postaci rozpadają się niewyraźnie na niespokojnym kamieniu.
Przejrzyści, biali mędrcy z odległego blasku,
Drobne twarde kości wypolerowane pracowicie.
Czerwona tunika stalowego bundysty.
Niebieski student, który słucha szarego Bergelsona –
Yiddisz jest swojską koroną dębowego liścia
Nad bramami, świętymi i świeckimi, wiodącymi do miasta,
Szary yiddisz jest światłem, które mruga w oknie.
Jak pielgrzym, który przerywa swą wędrówkę obok starej studni,
Siadam i słucham chrapliwego dźwięku języka żydowskiego.
Czy to dlatego moja krew tak się burzy?
Jestem miastem: tysiąc wąskich drzwiczek do wszechświata.
Dach nad dachem ku błotniście chłodnemu niebu.
Jestem czarnym, głodnym, liżącym mury płomieniem
Który płonie w oczach Litwaka w obcym kraju.
Jestem szarością! Jestem czarnym płomieniem! Jestem miastem!

VI.

A na starej bóżnicy zmarznięty nosiwoda
Z rozczochraną bródką stoi licząc gwiazdy.

MOSZE KULBAK
tłum. Roman Pytel

 


Mosze Kulbak

2 komentarze to “MOSZE KULBAK”

  1. Krystyna Lyszczarz 14/09/2020 at 14:44

    Piękny wiersz

  2. Barbara Toruńczyk 11/09/2020 at 14:17

    Dzięki za ten wiersz i przypmnienie Kulbaka- B. Torunczyk

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: