Wiersz na dzisiejszy wieczór – odc. 170

Jaroslaw Kosiaty


Wiersze, piosenki i opowiadania zbieram od czasów szkolnych. Wyszperane z najbardziej zapomnianych zakamarków opuszczonych strychów oraz zakurzonych bibliotecznych półek, znalezione przypadkowo w starych czasopismach i książkach… Wpisywane mozolnie do zeszytów aż do 1996 roku, kiedy to postanowiłem „wrzucić” je do Internetu. Tak powstała strona „Listów z krainy snów…” (www.wiersze.co). Niech ponownie ożyją i będą źródłem nadziei i siły dla innych…


Nie czytam nekrologów w gazetach, mimo, że kilku przyjaciół (młodszych ode mnie) jest już po tamtej stronie rzeki. Przeglądając niedawno jeden z dzienników sprzed wielu lat znalazłem jednak tekst, który skłonił mnie do zadumy i głębszej refleksji:

„Był człowiekiem obdarowanym najlepszymi cechami osoby ludzkiej. Okazywał szacunek każdemu, z kim miał kontakt. Był wyrozumiały i tolerancyjny dla postaw i poglądów. Niebywale pogodny, zawsze uśmiechnięty, pełen humoru i nieoczekiwanych skojarzeń. Z entuzjazmem i nadzieją patrzący w przyszłość. W każdej sytuacji życiowej szukał pozytywów. Przeciwności losu przyjmował z wrodzoną pokorą.

Był Człowiekiem pozbawionym złych emocji. Nie irytował się, nie wchodził w utarczki słowne, nie używał wulgaryzmów. Jeśli coś się nie udawało, mówił „Bóg tak chciał” i bez zniecierpliwienia ponownie podejmował działanie. Bardzo silne więzy łączyły Go z rodziną. Posiadał cechy konsolidacyjne, skupiające wokół Niego bliskich. Stwarzał aurę serdeczności i spokoju. Synów wychował na przyzwoitych ludzi, wspaniałych mężów i ojców. Uwielbiał rozpieszczać sześcioro wnucząt, które lgnęły do dziadka Lesia. Organizował im zabawy, wyprawy do kin, teatrów, muzeów i ogrodów. Niedościgniony był w wymyślaniu dla nich atrakcji. Zawsze miał dla dzieciarni przygotowane łakocie. Z dalszą, rozległą rodziną pozostawał w zażyłych kontaktach, gotowy nieść pomoc potrzebującym. Miał rzeszę przyjaciół oddanych bez reszty za Jego zaangażowanie w ich sprawy. Promieniował radością życia. Chętnie uczestniczył w spotkaniach towarzyskich, których był dobrym duchem. Sercem swym (z utrwalonym migotaniem przedsionków) obejmował wszystkich wokół, a szczególnie najbliższą rodzinę, dając jej poczucie bezpieczeństwa i miłości.”

Nekrolog, opatrzony zdjęciem siwego, uśmiechniętego mężczyzny, podpisano „Pani Mania, żona-przyjaciel”. Złożyłem gazetę i zamknąłem oczy. Byłem pod dużym wrażeniem tego tekstu. Pomyślałem: chciałbym tak żyć, jak ten człowiek, aby zasłużyć na tak piękne słowa po swojej śmierci oraz spotkać w życiu kobietę, która będzie tak mnie wspominała… 

Aby nie kończyć artykułu w melancholijnym tonie opiszę jeszcze pewną publikację. W lipcu tego roku miała miejsce premiera książki „Było, minęło… Wspomnienia” Bogdana Korzeniewskiego, giganta teatru, więźnia Auschwitz, świadka Powstania Warszawskiego. Warto sięgnąć po tę lekturę, która jest żywym dowodem na to, że można przejść przez piekło i pozostać wartościowym, pełnym pogody ducha człowiekiem. To niezwykle ciekawa i barwna opowieść o ludzkich losach na tle burzliwej historii Polski XX wieku. Tak o wydanych wspomnieniach Korzeniewskiego pisze Jacek Cieślak („Przestroga przed opętaniem”, Rz 6.08.2020):

Bogdan Korzeniewski (1905-1992)

„(…) Lata 30. to także przerażenie finansowaniem organizacji komunistycznych przez Moskwę oraz kiełkującą w Polsce fascynacją Hitlerem. Studenci o lewicowo-liberalnej orientacji musieli już od bramy uniwersytetu ochraniać w drodze do sal wykładowych profesorów protestujących przeciwko gettu ławkowemu, m.in. Tadeusza Kotarbińskiego. Atakowali ich ubrani w dekle, przepasani szarfami, uzbrojeni w laski prawicowi korporanci. (…)

W Berlinie, jeszcze w drodze do Paryża, widział parteitag z udziałem Goebbelsa. Hitler wrzeszczał mu nad głową pełen zwierzęcego zdziczenia. W stolicy Francji wnuk Aleksandra Dumasa zademonstrował podobnego do Hitlera opętańca, którego w kaftanie bezpieczeństwa wyprowadzili z sali pielęgniarze. Wykłady przestrzegające przed zasadami psychologii tłumu wciąż nie przynoszą skutku.”

W czasie wojny Bogdan Korzeniewski ratował dobytek Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Po zakończeniu działań wojennych, w latach 1948–1980, głównie w teatrach warszawskich i krakowskich, wyreżyserował samodzielnie i we współpracy, dokonał inscenizacji, adaptacji lub opracowań, a także opiekował się łącznie 67. wystawieniami sztuk teatralnych. We wspomnieniach aktorów, np. Andrzeja Łapickiego, jawił się jako człowiek, który zawsze dbał o staranną, poprawną polszczyznę, piękno myśli i formę wypowiedzi.

I jeszcze na koniec. Bohaterem zacytowanego na początku nekrologu był Leszek Mieszkowski, który odszedł 19 lutego 2009 roku. Tekst wspomnień autorstwa jego żony znalazłem w stołecznej „Gazecie Wyborczej” z 12 września 2009 i zachowałem na pamiątkę. To najwspanialsze wskazówki, jak należy iść przez życie, aby pozostawić po sobie dobry ślad wśród Bliskich i Przyjaciół. Pamięć o takich ludziach trwa bowiem o wiele dłużej niż ich życie… 

Miłych snów…

Jarosław Kosiaty

„Listy z krainy snów” – www.wiersze.co


Wszystkie wpisy Jarka TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: