Zgłosił się na ochotnika. Oficer spytał: „Po co jako Żyd chce pan walczyć przeciw bolszewikom?”

Przyslala Rimma Kaul


Tomasz Jastrun


Tomasz Jastrun z ojcem Mieczysławem. Zdjęcie z książki 'Do pisarzy w czasach zarazy' Tomasza Jastruna.

Tomasz Jastrun z ojcem Mieczysławem. Zdjęcie z książki ‚Do pisarzy w czasach zarazy’ Tomasza Jastruna. (materiały prasowe)Nie pamiętam, kiedy dowiedziałem się, że mój ojciec jest żydowskiego pochodzenia. Byłem zapewne w wieku pomiędzy niedojrzałością a dojrzałością. Nigdy nie uświadomiono mnie seksualnie, tu było podobnie. Tata tylko kiedyś wspomniał o swym pochodzeniu, jakby mimochodem. Wspomniał o tym, jakby to była wstydliwa choroba, którą się dziedziczy, niegdyś śmiertelna, a teraz właściwie już niegroźna (chociaż nie jest to pewne), o której jednak lepiej wiedzieć, że się ją ma – pisze Tomasz Jastrun w książce „Dom pisarzy w czasach zarazy”

Sandler miał odpowiedzieć ojcu: „Panie Mieczysławie, wie pan przecież, że na szczytach polskiej kultury oprócz Krasińskiego antysemityzmu nie było. Antysemitą nie był Mickiewicz ani Słowacki, ani Norwid”. Jastrun zaś na to: „Panie Samuelu, kiedy wychodzę na ulicę Iwicką i wsiadam do autobusu, nie spotykam Mickiewicza, Słowackiego ani Norwida, a polskiego chama” – publikujemy fragment „Domu pisarzy w czasach zarazy” Tomasza Jastruna. To książka o powojennych mieszkańcach domu przy ul. Iwickiej 8 – ich życiu i ideowych wyborach.

Mój ojciec – fragment książki Tomasza Jastruna „Dom pisarzy w czasach zarazy”

Trudno jest pisać o matce i ojcu. Jesteśmy za blisko nich, gdy żyją, a kiedy umierają, oddalają się od nas z prędkością światła. Ojca pamiętam z dzieciństwa ciepło i przytulnie, chociaż raczej mało się mną zajmował. Mówiło się w naszym domu na niego „Miś”. W dzieciństwie wydawało mi się, że ma w sobie coś z niedźwiadka. Mruczał, kiedy drapałem go po plecach – bardzo to lubił.

Z tego czasu mam w pamięci, jak zamknięty w gabinecie gra na maszynie lub nuci wiersze. Zdarzało mi się często nudzić – dorośli nie potrafią tak boleśnie, głęboko i dramatycznie nudzić się jak dzieci. Ta nuda, gęsta jak kleik, jest nie do zniesienia. Kładłem się wtedy na podłodze przy zamkniętych drzwiach gabinetu i powtarzałem jak karabin maszynowy: „Co ja będę robił, co ja będę robił… Nudzi mi się, nudzi mi się…”. Ojciec wytrzymywał kwadrans, po czym wybiegał gwałtownie z gabinetu i rzucał się na mnie z morderczymi zamiarami. Nie robił mi jednak krzywdy, tylko wołał: „Pluj i łap!”.

Miał pasję społeczną i polityczny temperament, co było pewnym paradoksem, gdyż niezwykle głęboko zanurzony w sztuce, głowę nosił w chmurach poezji. Większość jego energii szła do wewnątrz, a nie na zewnątrz. Po latach, pisząc „Smugę światła”, zbiera wspomnienia ze swego życia, nadając im formy pamiętnika, esejów i opowiadań. Pisał tam o swojej młodości: „Wtedy moje życie wewnętrzne było tak intensywne, że byłem jakby całkiem poza rzeczywistością bieżącego życia”, ale kiedy jako chłopiec widzi Piłsudskiego, pisze: „Czy to, co widziałem, nie było snem? Ten, który szedł zatopiony we własnych myślach, okryty szarym płaszczem wojskowym, był uosobioną historią. Widziałem go z bliska, tak jak nigdy później. I nigdy potem nie czułem takiej miłości do tego wąsatego wodza Legionów”.

Można powiedzieć, że to okoliczności historyczne zmusiły ojca, by interesował się sprawami społecznymi i polityką, ale też odruchowa niezgoda na niesprawiedliwość. I polska literatura, gdzie tyle walki o wolność, której wielkie obszary znał na pamięć.

Był cały zanurzony w poezji innych i własnej, a ta ostatnia ze swojej istoty jest zwiewna i chwiejna, podatna na zwątpienie. Tworząc wiersze, a także przeglądając je już prawie gotowe, mruczał ich treść, jakby nucił. Zdawało się, że jest w transie. Sam przyznawał, że poezja jest dla niego jak modlitwa. Miał też poczucie humoru; jeśli śmiał się, to chichotał przenikliwie, przyciskając zaciśniętą pięść do ust. Czasami wyjmował z szuflady biurka dziesiątki odznaczeń państwowych, ze Sztandarem Pracy I klasy na czele. Przypinał je sobie i paradował, pękając ze śmiechu.

Miał uraz do swojego nazwiska, które brzmiało tak żydowsko

Nie pamiętam, kiedy dowiedziałem się, że mój ojciec jest żydowskiego pochodzenia. Byłem zapewne w wieku pomiędzy niedojrzałością a dojrzałością, w tym mglistym, niepewnym siebie okresie. Nigdy nie uświadomiono mnie seksualnie, tu było podobnie. Tata tylko kiedyś wspomniał o swym pochodzeniu, jakby mimochodem, chrząkając przy tym nerwowo. Chrząkał zawsze w trudnych chwilach. Świetnie pamiętam jego konsternację. Wspomniał o tym, jakby to była wstydliwa choroba, którą się dziedziczy, niegdyś śmiertelna, a teraz właściwie już niegroźna (chociaż nie jest to pewne), o której jednak lepiej wiedzieć, że się ją ma. Ta wiadomość nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.REKLAMA

Ojciec nie powiedział mi nigdy, że kiedyś nazywał się Agatsztajn, Mieczysław Agatsztajn, nie Mojsze, co czasami jest błędnie lub złośliwie podawane w jego biogramach. Takie połączenie bardzo polskiego imienia z bardzo żydowskim nazwiskiem ujawnia dramat, który został wpisany w jego los. Miał uraz do swojego nazwiska, które brzmiało tak żydowsko. Już przed wojną zaczął używać pseudonimu Jastrun, który stanie się jego nazwiskiem.

Nazwisko to znalazłem w „Przedwiośniu” Żeromskiego i ten wybór nie był przypadkowy. Ojciec w młodości uwielbiał prozę Żeromskiego, by potem odkryć ze zdumieniem, że to nie najlepszy pisarz.

Po wojnie to wszystko miało niewielkie znaczenie, aż do roku 1968, który chorobliwie rozbudził zainteresowanie tematem pochodzenia i odnowił antysemityzm. Już wcześniej wiedziałem, że żydowskie korzenie mają rodzice Adama Sandauera, ale nie dostrzegałem tam zachowań i obyczajów odmiennych niż w innych domach. Święta może nie miały religijnego charakteru, ale Adam też miał choinkę i dostawał prezenty.

Duża liczba pisarzy żydowskiego pochodzenia w tym domu psuła mu opinię w okolicy, ale ten temat nie pojawiał się w rozmowach.

Antysemityzm był jednak żywy, choćby w języku dzieci z sąsiedztwa. Kiedy bawiliśmy się w pikuty, z dwoma kolegami z sąsiedzkiego domu, Krzyśkiem i Jackiem Krysińskimi, gdy scyzoryk odbijał się od kamienia, mówili: „O, Żyd”. Ich matka była prostytutką. Po latach synowie zadźgają ją nożem w czasie jakiejś awantury.

Państwo Badowscy lubili swoich domowników, ale pochodzili ze świata uprzedzeń. Kiedy w czasie największego napięcia roku 1956 Sandauerowie zasłonili okna kocami, ktoś pamięta, jak Badowska się śmiała i mówiła: „Żydkowie się boją”.

Ojciec walczył o swoją polskość od dziecka

„Pochodzenie” to słowo, które przenikało ojca głuchym i złowrogim dreszczem. Chciał o nim zapomnieć, wytrzeć je, ale to przecież niemożliwe: ze względu na doświadczenia, na Holocaust, na śmierć siostry w Treblince, na ukrywanie się za okupacji, a także na żywy polski antysemityzm, który po wojnie przetrwał, przybierając wiele form i kamuflaży. Mogę z pewnością powiedzieć, że ojciec walczył o swoją polskość od dziecka, czyli od czasów, kiedy zaczął pochłaniać polską literaturę, a jej wizje zdominowały jego wyobraźnię.

Moi dziadkowie ze strony taty mówili tylko po polsku, babcia, nieco egzaltowana, uwielbiała polską poezję. Zajmowała się domem. Dziadek był lekarzem w małym miasteczku. Lubił siłować się na rękę i kiedyś, gdy tak rywalizował z poczmistrzem, doznał złamania ręki. Nie przypadkiem cała trójka ich dzieci – Irena, Jerzy i mój ojciec – kochała polską literaturę; ojciec był w niej śmiertelnie zakochany. To było wielkie i szczere uczucie. W wieku dwudziestu lat razem z bratem Jerzym ochrzcili się w kościele.

Młody, szczupły chłopiec w mundurku gimnazjalisty, potem student Uniwersytetu Jagiellońskiego, chodził po Krakowie niczym w bajecznym śnie. Wawel, tak jak Wyspiańskiemu, zmieniał się w jego wyobraźni w Akropol. Czuł tam „obcowanie żywych z umarłymi”. Mieszkał wówczas z siostrą, a potem krótko z bratem Jerzym Stanisławem, do którego przychodził w odwiedziny legionista w mundurze. Wymykał się do przedpokoju, by po latach zapisać w „Smudze światła”: „[…] dotknąłem płaszcza legionowego, otarłem twarz o jego szorstką szarą materię, prędko, aby nikt przypadkiem wchodząc nie dostrzegł – miał ten mój uczynek coś z sakralnego zbliżenia się do tajemnicy niepodległości”.

Z jeszcze większym poruszeniem patrzył na marszałka Piłsudskiego, gdy w szarym płaszczu wychodził z katedry. Dostrzegł tam też ucznia Matejki, Jacka Malczewskiego.

Podczas wojny polsko-rosyjskiej w roku 1920 ojciec, jeszcze jako uczeń liceum, zgłosił się na ochotnika do wojska: – Jakiś gruby oficer zapytał mnie: „Po co jako Żyd chce pan walczyć przeciw bolszewikom?”. Dowiadywałem się o swoim pochodzeniu od głupców i chamów.

Przeszedł szkolenie, ale nie wysłano go na front, ponieważ zachorował na tyfus.

Był ze sobą niepogodzony, wewnętrznie pęknięty

W czasie okupacji niemieckiej stał się nagle Żydem, skazanym na zagładę. Nie przyszło mu nawet do głowy, by pójść do getta: „Tylko dzięki jednorodności, dzięki absolutnemu poczuciu przynależności na śmierć i życie do narodu polskiego przetrwałem okupację” – pisał. Nie miał dobrej legitymacji; wydany na łup jeździł z Żoliborza na Pragę, gdzie uczył na tajnych kompletach. „Patrzyłem z podziwem na tę młodzież pragnącą się uczyć i walczyć. Nie było między nami czymś niezwykłym, że niektórzy z nich mieli ukryte w płaszczach rewolwery. Nie dbając o czyhającą za oknami śmierć” – napisze w „Dzienniku”. W ówczesnej Warszawie nie tylko dla niego „powietrze zdawało się gęste od losu, każdy krok stawał się ważny”. Prawie wszyscy jego uczniowie zginą potem w powstaniu.

Ojciec całe życie czuł się odtrącany w swoim poczuciu polskości. Polacy wypominali mu żydowskość, Żydzi z kolei mieli żal, że odcina się od swoich korzeni. Tu był ze sobą niepogodzony, wewnętrznie pęknięty. Raz myślał o swoim żydowskim pochodzeniu niemal z dumą, kiedy indziej jako o przekleństwie. Sporo racji miał Artur Sandauer, pisząc o ojcu w książce „O sytuacji pisarza pochodzenia żydowskiego”: „Jastrun to czyni wyznania pochodzeniowe, to je skreśla i cofa. Temu brakowi konsekwencji – i nazwijmy rzecz po imieniu – autentyczności, przypisać należy – sądzę – zygzakowatą linię jego twórczości”. No właśnie, jak było z tą autentycznością? Czy celebrowanie swoich korzeni to wyrok, konieczność i autentyczność?

„[…] patrzyłem na twarz starego człowieka w pociągu i widziałem ją w kilku przekrojach, mimo że była zamknięta. Nagle twarz otworzyła się, stary człowiek pochylił ku mnie i powiedział coś w języku żydowskim. Nie zrozumiałem. – Nie rozumiem, może pan zechce powtórzyć po polsku. Machnął ręką i znów zamknął swoją twarz, ręce złożywszy na dość pokaźnym brzuchu. Ale fakt, że do mnie przemówił w niezrozumiałym mi języku, którego dźwięki przypominały niemiecki, lecz w prędkiej mowie były niezrozumiałe, zmieniły się w bełkot, jak każdy zresztą język, którego nie znamy, uświadomił mi znowu w sposób naoczny moją sytuację. Jedna i druga strona wpychała mnie gwałtem w jakąś formę nieautentyczności, obarczała mnie dziedzictwem, do którego nie przyznawałem się, nie dlatego, bym je uważał za gorsze niż jakiekolwiek inne, lecz nie mogłem być niewierny sobie – tylko dlatego, że tej niewierności żądały ode mnie obie strony, wmawiając mi, że właśnie dopiero wtedy będę wierny sobie i swoim rzekomym tradycjom”.

Chciałby opowiedzieć o wszystkim pełnym głosem, ale nie ma do tego warunków

Pamiętam, że ojciec często żałował, że nie mógł o sprawie żydowskiej napisać pełnym głosem, właśnie ze względu na swoje pochodzenie. I że te niewypowiedziane myśli i refleksje go dręczyły. Ale w 1945 roku, w czerwcu, napisał do „Odrodzenia” bardzo mocny tekst pod tytułem „Potęga ciemnoty przeciwko polskiemu antysemityzmowi”, a w nim pytał: „Sprawa żydowska dalej rozpalała umysły w nienawiści – do kogo? Do cienia, do widma, do garstki ocalałych ze straszliwego pogromu”. Artykuł zrobił wielkie wrażenie, rozpętała się dyskusja, a do pisma przyszły setki listów pełnych oburzenia, większość z antysemickimi obelgami. Wkrótce będzie pogrom kielecki.

W 1961 roku wydana zostaje powieść „Piękna choroba”, zawierająca wątki autobiograficzne, ale ani słowem ojciec nie wspomina w niej o swoim pochodzeniu. Pisze natomiast o tym, chociaż niewiele, w „Dzienniku”. I znowu ubolewa, że chciałby opowiedzieć o wszystkim pełnym głosem, ale nie ma do tego warunków. To pęknięcie ujawnia się też w poezji. Ojciec napisał kilka wierszy wywodzących się z żydowskiego losu, ale niektórych z nich nigdy nie wznawiał, jakby ujawniały za wiele. W „Dzienniku” czasami pozwalał sobie na małe, brzmiące antysemicko wycieczki, szczególnie w stronę Artura Sandauera. Działo się to wtedy, gdy był z nim w silnym konflikcie.

Tak, ojciec, walcząc ze swoim pochodzeniem, czasami przybierał pozy antysemickie. Nie znosił Żydów bardzo żydowskich z wyglądu i zachowania. Jakby to oni mu szczególnie zagrażali i kompromitowali go.

Z upodobaniem powtarzał złośliwą myśl Stanisława Leca: „Sandauer – słodki sen antysemity”. Ojciec bardzo cierpiał z „żydowskiego powodu” i często w domu do tego problemu wracał.

Z wydawcą Adamem Brombergiem, twórcą PWN, emigrantem z 1968, rozmawiałem w Sztokholmie w 1990 roku. Uważał, że werbowanie do bezpieki ludzi pochodzenia żydowskiego było taktyką kierownictwa partii; posuwano się czasami nawet do szantażu. Podobnie robiono w ZSRR. Istnienie w stalinowskim aparacie władzy, w tym również w aparacie represji, uderzająco dużej grupy ludzi pochodzenia żydowskiego było dla ojca bolesnym problemem. To nie tylko świadoma polityka Stalina – działało też kilka prostych mechanizmów psychologicznych. Kiedyś Żydzi, będący w sytuacji podrzędnej, często prześladowani, łatwo wpadali w sidła idei gwarantującej wszystkim równość, a im – często sytuację uprzywilejowaną. Ojciec notuje w „Dzienniku”, że przeprowadził na ten temat rozmowę z Sandauerem. Jeszcze mieli dobre stosunki – spotkali się przed domem i odbyli mały spacer. „Uczciwie, szlachetnie ocenia winy i błędy Żydów, ich działalność w społeczeństwie polskim, w ostatnich latach niezbyt budujące” – zapisał.

Samuel Sandler wspominał rozmowę z moim ojcem i jego przeczucie, że Polacy nie wybaczą Żydom udziału w stalinizmie, a także obawę, że nadal żywy będzie antysemityzm.

Sandler miał odpowiedzieć ojcu: „Panie Mieczysławie, wie pan przecież, że na szczytach polskiej kultury oprócz Krasińskiego antysemityzmu nie było. Antysemitą nie był Mickiewicz ani Słowacki, ani Norwid”. Jastrun zaś na to: „Panie Samuelu, kiedy wychodzę na ulicę Iwicką i wsiadam do autobusu, nie spotykam Mickiewicza, Słowackiego ani Norwida, a polskiego chama”.

Mieszkając w domu na Iwickiej, nie miałem świadomości, że większość żyjących tam pisarzy ma żydowskie pochodzenie; nie demonstrowano tego w żaden sposób, nie było to tematem rozmów.

Czytanie wierszy, ich pisanie dawało mu siłę, by przetrwać

Ojciec miał kompleks niskiego wzrostu, ubolewał, że jest niedoceniony jako pisarz, i miał wielki uraz żydowski. Tak, dręczyły go liczne kompleksy. Ludzie często są w pułapce poczucia niższości i wyższości. U ojca, pewnie też dzięki poezji, te dwa bieguny były żywe. Częściej jednak i głębiej popadał w „poczucie nicości”. Pamiętam, jak kiedyś powiedział sam do siebie: „Gdyby nie to, że jestem poetą, byłbym potworem”. Napisał nawet w „Dzienniku”: „Nie powinienem był zabiegać, by ocaleć z zagłady. Powinienem był zginąć. Po co ocalałem. Aby krzywdzić innych, inne. Kłamstwem było wszystko”.

Uważał, że poezja uratowała mu życie w czasie okupacji. Czytanie wierszy, ich pisanie dawało mu siłę, by przetrwać. Gnębiło go uczucie niedocenienia, co może zdumiewać, biorąc pod uwagę, że bardzo go przecież ceniono. Chciał stać na pisarskim olimpie i dostał się tam, ale uważał, że zostawiono go w przedpokoju. Na ogół spokojny, ale też wybuchowy; jeśli osoba będąca powodem gniewu stała blisko, wołał wielkim głosem: „Milcz!”.

Bywał furiatem w urzędach, których śmiertelnie się bał. Podobnie śmiertelnie lękał się wszelkich formularzy i denerwował niemożliwie przed każdą większą podróżą. Był nieśmiały, co – jak wiadomo – nie jest dowodem skromności, raczej dużych ambicji i lęku przed porażką i odtrąceniem. Ci, którzy go dobrze znali, wiedzieli, że jest ciepły, miły, serdeczny; inni odbierali go jako surowego, wymagającego i sztywnego. Jarosław Iwaszkiewicz tak go opisywał w swoich „Marginałkach”: „Zabawne, że o tych, których i czytam najwięcej i dosyć często spotykam, najmniej mam do powiedzenia. Zwłaszcza o Jastrunie, który zawsze tak peszy swoją sztywnością i chłodem. Chyba jest nieśmiały. No i ma te »pawie kompleksy« […]. Oboje z żoną bardzo lubiliśmy pierwszą Jastrunową – może on to czuje i to jest przeszkoda w swobodzie obcowania”.

Dwa, jak sądził, wielkie grzechy jego życia

Wiele osób miało żal do ojca, że po wojnie zostawił Krystynę Bilską, swoją długoletnią przyjaciółkę i partnerkę. Sam zresztą nigdy sobie tego nie wybaczył. Z Krystyną nie zawarli związku małżeńskiego, umówili się na całe życie, że w każdej chwili mogą się rozejść. I oboje nie chcieli mieć dzieci. Ona była komunistką, a komunista wiąże się na zawsze tylko z ideą.

Jastrunowie. Zdjęcie z książki 'Do pisarzy w czasach zarazy' Tomasza Jastruna.Jastrunowie. Zdjęcie z książki ‚Do pisarzy w czasach zarazy’ Tomasza Jastruna. materiały prasowe

Ojciec zakochał się w młodej dziewczynie, mojej przyszłej matce, i chciał odejść. Wtedy okazało się, że to nie jest proste. Krystyna zagroziła mu samobójstwem. Największy jednak problem będzie mieć ze swoim sumieniem. Do końca życia dręczyło go poczucie winy, które skupiało się wokół dwóch, jak sądził, wielkich grzechów jego życia: opuszczenia kobiety, która uratowała mu życie w czasie wojny, i udziału w stalinizmie. Żył z tymi wyrzutami sumienia niczym z niewypałami, które co jakiś czas wybuchały, najczęściej rankiem, gdy podczas golenia musiał patrzeć sobie w twarz. Słychać było wtedy okrzyki bólu. Po wielu latach od rozstania, w roku 1957, napisze: „Nie mogę dotąd pojąć i zrozumieć, że porzuciłem Krysię, którą tak długo kochałem […]. Cierpiałem bardzo po odjeździe z Łodzi, gdy zostawiłem ją samą. Kochała mnie, wiem, że zrobiłem jej straszną krzywdę, której nie można wybaczyć. Nie wybaczyłem sobie. I tak się stało, ale dzięki temu szaleństwu narodziło się nowe, piękne życie: Tomaszek. Nikt nie zrozumie, czym ten chłopczyk stał się dla mnie”.

W małżeństwie moich rodziców był tylko jeden kryzys, ale poważny. W roku 1972 ojciec zakochał się w krytyczce Helenie Zaworskiej, która czuła i ceniła jego poezję. Matka szalała. Po latach wspominała, jak w czasie największego rodzinnego „trzęsienia ziemi” ojciec potrafił zamknąć się w gabinecie. Matka nasłuchiwała, czy przypadkiem nie umarł z miłosnej rozpaczy. Po chwili dobiegało ją mruczenie ojca. Mruczał pisane właśnie wiersze.

A jak widziała ojca dozorczyni, pani Irena Badowska? – Jastrun był bardzo grzeczny i bardzo spokojny. On był chyba schorowany, zawsze pomalutku szedł – mówiła. – Adolf Rudnicki, kawaler, młody facet, nie przykładając do pana Jastruna, pełen życia.

Ojciec na nic poważnego wtedy nie chorował, zwykle głęboko pogrążony w myślach, chodził nieśpiesznie. Nie godząc się z upływającym czasem, napisał w wierszu: „Czas w twarzy mojej nienawistnie zakochany”. Po latach spotkania z ludźmi często są powodem refleksji na temat okrucieństwa upływającego czasu – „to obóz koncentracyjny czasu, najbardziej niezawodny z obozów”. Jego poezja, też eseje, w dużej części jest poświęcona przemijaniu. Można powiedzieć, że miał obsesję upływu czasu. O tym ciągle myślał, o tym pisał wiersze i eseje. Czasami, stojąc przed lustrem, policzkował swoją zmienioną twarz. Podobnie opętany upływem czasu był Adolf Rudnicki – wiązał się z młodszymi kobietami, unikał starych ludzi, szukał młodych znajomych, dlatego tak chętnie zaprzyjaźnił się ze mną.

Mama opowiadała, że ojciec, który wcześnie osiwiał, w latach 1950–1956 farbował sobie włosy. Były wtedy kiepskie barwniki, więc dochodziło do dramatów, włosy czasami przybierały zielonkawy kolor.

Raz stało się to tuż przed wyjazdem do Paryża, gdzie ojciec miał mieć wykład na Sorbonie. Ścierał potem farbę pumeksem, wśród okrzyków rozpaczy. Spośród mieszkańców domu włosy farbował też Adolf Rudnicki.

Ojciec, przy tak obsesyjnym, a zarazem głębokim przeżywaniu i rozumieniu przemijania i marności wszystkiego (powtarzał często słowa „wszystko to marność nad marnościami”), powinien być odporny na dokuczliwości teraz, które za chwilę będzie przeszłością. Odporny jednak nie był. Często zalewały go fale wstydu, wyrzutów sumienia – wtedy nagle krzyczał z bólu. Różne formy rozpaczy dręczyły go zwykle o świcie. Miał, jak się zdaje, podręczny zestaw bolesnych myśli. Matka pocieszała go, jak potrafiła; czasami nad ranem słyszałem jęki ojca i szept pocieszeń mamy.

Tomasz Jastrun. Zdjęcie z książki 'Do pisarzy w czasach zarazy'Tomasz Jastrun. Zdjęcie z książki ‚Do pisarzy w czasach zarazy’ materiały prasowe

Myślę, że to wszystko tkwiło w nim zawsze, ale dopiero wojna nadała temu kształt pełny i ostateczny. W czasie okupacji czuł się zaszczuty, skazany na śmierć tylko dlatego, że jest Żydem. To była trauma. A przecież cały był ulepiony z polskości, z polskiej literatury. Piekłem też były wątpliwości, czy jest dobrym pisarzem; czuł się zawsze niedoceniony.

Kto wie, czy nie najlepiej, serdecznie, ale i okrutnie, sam siebie określił w „Dzienniku”, notując 24 sierpnia 1957 roku: „Szedłem ścieżką, po obu jej stronach jabłonie owocujące, zupełnie rajskie w hojności barw i szelestów. Szedłem: twór dwuznaczny, pełen piekielnych sprzeczności, anioł i potwór, w jednej osobie”.


Zglosil sie na ochotnika

4 komentarze to “Zgłosił się na ochotnika. Oficer spytał: „Po co jako Żyd chce pan walczyć przeciw bolszewikom?””

  1. Alicia Rand 27/10/2020 at 07:10

    Do MEF: Sprytne powiedzonko, ale autorem nie jest Woody Allen tylko inny Zyd jeszcze zabawniejszy – Groucho Marx. To Groucho powiedział: I refuse to join any club that would have me as a member.
    hahaha, można boki zrywać…

  2. Ewa Korulska 24/10/2020 at 00:52

    Jastrun, Tuwim, Słonimski… i tylu tylu innych spolszczonych Żydów borykających się całe życie ze swoim garbem podwójnej tożsamości. Miotających się miedzy miloscia do polskiej kultury a poczuciem niższości za żydowskie korzenie. Żyjących w wiecznym strachu i zatajeniu, w rozterce rozdwojonej lojalności…
    Ot, zalosc , żałość, żałość..
    Mimo całej wielkości ich talentu, zasluguja na współczucie i litość.
    W Polsce Żyd nie wyprostuje karku, godność odzyskac może w Izraelu.

  3. Zabawne jak wiele takich artykułów przypomina mi powiedzonko Woody Allena I’d never join a club that would allow a person like me to become a member.”

    Żydzi polscy próbowali dostać się do klubu który ich nie chciał.

  4. Zupelnie na marginesie, nie o Jastrunie, metnie pamietam nazwisko, , ale wspomnianego tutaj Jaroslawa Iwaszkiewicza pamietam jakies 50 kilka lat :

    Bylem w lecie w Skolimowie pod Warszawa i mialem psa ze soba, szczeniaka boksera.
    Nawet jakies dziewczyny chcialy go wypozyczyc ode mnie, bo jego wyglad odstraszal chuliganow od ktorych po zmroku Skolimow sie roil(za mlody bylem albo za glupi zeby sam sie zaofiarowac te chetne dziewczyny odprowadzic)
    No wiec ten bokser uganial sie za krowami ,zakonncami i rowerzystami i ciagle mnie ktos przez to przeklinal ze nie jest na smyczy.
    Pewnego dnia Rex polecial gdzies przede mna i nagle slysze placz dziecka ,mysle
    „Klapa, dziecko go sie boi i moge mniec klopoty”, ale slysze glos mezczyny:

    ” Dlacego placzesz, to przeciez bokserek, chcial cie tylko polizac , poglaskaj go”

    I widze lysego mezczyzne z malym dzieckiem, moze wnukiem, glaskajacego Rexa.
    To byl Iwaszkiewicz , wiedzialem jak wygladal,, moze sie w liceum o nim uczylismy .

    Teraz przeczytalem ze Iwaszkiewicz posmiertnie dostal medal od Yad Vashem, Rigteous Among Gentiles za ukrywanie Zydow w czasie wojny.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: