Wystawiły poniemieckie ubrania na sprzedaż i poszły spać. Rano okazało się, że rozeszły się wszystkie

Przyslala Rimma Kaul


Magda Piekarska


Fot. Łukasz Giza”Poniemieckie” znaczy, że mieszkam na ziemi, która ma swój własny rytm od stuleci, który trzeba było odnaleźć. I nie jest to ziemia niemiecka ani polska, bo te warstwy kulturowe się tu przeplatają

– Nam udało się pokochać poniemieckie – mówią przedstawiciele pokoleń współczesnych 30-40-latków. Część z nich dorastała na Ziemiach Odzyskanych, inni przyjechali tu z drugiego końca Polski, żeby uznać ten kawałek ziemi za swój. Ich rodzice nie wiedzieli, jak nazywały się przed wojną: Łaz, Dzierżoniów, Ząbkowice czy Gryżyna. Oni chuchają na kawałek porcelany z lokalnym motywem wydobyty ze strumienia.

Krzysztof Fedorowicz, poeta, pisarz, winiarz i strażnik lokalnej historii z podzielonogórskiego Łazu, tłumaczy tę różnicę tak: – Poniemieckie jest zazwyczaj tym, co zastane i szybko, bez refleksji, porzucone. Odcięte jak głowa strzygi. A zarazem to sól tej ziemi, sprawdzony przez wieki szczep winorośli, dopasowany do siedliska. Powojenna historia poniemieckiego miasta to utopiona w szambie tożsamość. Ale winnice uprawiano tutaj intensywnie od XII do połowy XX wieku, okazało się, że przetrwały wojny, a nawet najazd barbarzyńców. Poniemieckie to na swój sposób wieczne, niezwyciężone, istotne, to punkt ciężkości.

W poszukiwaniu kiecki z Reichenbachu

Kiedy odwiedzam Breslauerin w ich mieszkaniu na wrocławskich Krzykach, które jest również pracownią i magazynem ubrań, jest 9.30. Breslauerin blond, czyli Kasia Podstawek, wita mnie w sukience w czerwono-zieloną kratkę. Długość midi, lata 30. Prezent od znajomej z Jeleniej Góry, która nie umiała sobie poradzić z postrzępionym cudem. Dziś cud wygląda, jakby świeżo wyszedł z pracowni krawieckiej. Breslauerin brunetka, czyli Kasia Rutowska, ma na sobie lniany komplet w kolorze musztardowej żółci na bazie wykroju z 1941 roku. Włosy ułożone w victory rolls, makijaż. Obie mogłyby z marszu wejść na plan niemieckiego filmu z międzywojnia. Pytam, czy to są ich codzienne stroje domowe. – Chodzi ci o to, czy nie mamy dresów? – śmieje się Kasia R. – Ja mam, bo uprawiam sport, ale po domu ich nie noszę. A te sukienki nie są mniej wygodne. Uczesanie tylko wydaje się skomplikowane – praktyka robi swoje i dziś wystarczy chwila, żeby uformować zgrabny rulonik z włosów.

Kiedy wybuchła pandemia, Breslauerin szykowały się do premiery burleskowej rewii w legnickim teatrze. Kasia brunetka prowadziła ich wspólną działalność, czyli sprzedaż ubrań w internetowym sklepie. Kasia blond pracowała w galerii sztuki. I w trzecim tygodniu epidemii tę pracę straciła, więc obie skoncentrowały się na biznesie.

Poznały się przez DeviantArt, stronę, na której artyści pokazują swoje prace. Kasia Podstawek zamieściła tam swoje rysunki, Kasi Rutowskiej wpadły one w oko. Potem okazało się, że łączy je jeszcze więcej – Podstawek pisała książkę o Reinhardzie Heydrichu, Rutowska, która wybierała się do szkoły teatralnej, chciała zrobić o nim spektakl. Zostały parą, w życiu i w biznesie, a Breslauerin blond przeprowadziła się ze Zgierza do Wrocławia.

W 2017 roku Breslauerin wystartowały jako start-up. Pamiętają do dziś, jak odblokowały pierwszy zestaw ubrań do sprzedaży i poszły spać – kiedy się obudziły, okazało się, że wszystko się rozeszło.

Ich pasją jest moda okresu międzywojnia. Z naciskiem na niemiecką, w tym poniemiecką, pochodzącą z terenów Ziem Odzyskanych, choć obie przyznają, że na takie perełki najtrudniej trafić. Mają w kolekcji czarny, przypominający fedorę kapelusz z dawnego Zgorzelca i haftowaną złotą nicią sukienkę z lat 30. z Reichenbachu, czyli Dzierżoniowa. Podkreślają, że tutejsza moda niewiele różniła się od tej dostępnej w innych częściach Niemiec. Te same koszule sprzedawano w Wiedniu, Hanowerze i w Breslau.

Ubrania poniemieckie są rzadkim łupem – najłatwiej trafić na nie w lumpeksach w małych miasteczkach, które często pełnią też funkcję komisu, do którego przynoszą swoje ubrania miejscowi.

Moda poniemiecka z lat 30. i 40. to dla nich synonim emancypacji – niemieckie stroje tym różniły się od francuskich kreacji, kopiowanych przez firmy odzieżowe w całej Europie, że były tworzone z myślą o kobietach nowoczesnych, niezależnych, często też wyzwolonych seksualnie. – Takich, które utożsamiały się z bohaterkami publikowanych na początku lat 30. książek Irmgard Keun, „Lili – jedna z nas” czy „Doris, dziewczynka ze sztucznego jedwabiu” – tłumaczy Kasia blond. – To były kobiety, którym zależało na stylu oddającym nowoczesność, miejski pęd. Często pochodzące z klasy średniej, chciały się wyemancypować. Dziś postrzega się modę międzywojnia jako konserwatywną, na tym gruncie wyrastają takie firmy jak Marie Zélie, odwołujące się do dawnych krojów, podkreślające przywiązanie do chrześcijańskich wartości i tradycyjnego postrzegania roli kobiety. Pokazujemy, że było na odwrót. To była moda dla kobiet niezależnych finansowo, które pracowały w redakcjach, instytucjach kultury. Miała być praktyczna, służyć kobiecie. I jeśli jest coś, co odkryłyśmy w poniemieckim dzięki Breslauerin, to właśnie feministyczny rodowód strojów, które w dolnośląskich miastach przed wojną nosiły kobiety.

Obie nauczyły się, że mit przedwojennej krawcowej można między bajki włożyć – ubrania z międzywojnia często są kiepsko uszyte, co widać, jeśli wywróci się sukienkę na lewą stronę. Że materiały, które przetrwały 70-80 lat, nie lubią pralek. Starą dobrą wiskozę trzeba prać szybko, w letniej wodzie, bo momentalnie się kurczy, nie wyciskać, owijać w ręczniki i deptać. Że restaurowanie starych ubrań to zderzenie z historią brudu – z osadem kilkudziesięcioletniego kurzu, z plamą po sosie rybnym na sukience służącej z lat 20., z żółtymi śladami potu pod pachami (intensywny kolor to dowód, że właścicielka używała dezodorantu z ałunem) czy krwi miesięcznej na podszewce. Że modowe wpadki nie są specyfiką naszych czasów – dowodem jest „wagina dress”, uszyta prawdopodobnie tuż po wojnie sukienka ślubna z jedwabiu ze spadochronów, z zamkiem błyskawicznym w dole brzucha. Że epokę rozpoznaje się po szwach, zapięciach, guzikach – krój mówi mało, najwięcej bebechy. Że na bazarach, w lumpeksach warto zwrócić uwagę na to, co na wieszaku nie wygląda zbyt kusząco. Jak brzoskwiniowa szmata na podłodze second-handu w Ząbkowicach Śląskich, która okazała się ręcznie wyszywanym kimonem jerozolimskiej firmy Kirness Sisters z lat 20.


Calosc

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: