Odpowiedzialność instytucji za tsunami współczesnego antysemityzmu

Fiamma Nirenstein


Przyslala Katharina Dr.Gasinska-Lepsien

Choć to pozorny paradoks,  początki powrotu otwartych i niepohamowanych wyrazów nienawiści do Żydów – co było tabu przez około trzydzieści lat po II wojnie światowej – można prześledzić do decyzji podejmowanych przez międzynarodowe instytucje.


“Robocza definicja antysemityzmu” sformułowana przez International Holocaust Remembrance Alliance (IHRA) w 2015 roku, została przyjęta przez większość europejskich krajów. Ci, którzy podpisali się pod nią, rozumieją, że przeciwdziałanie antysemityzmowi wymaga zwalczania uprzedzeń wobec państwa Izrael.

Używają definicji IHRA jako podstawy do oceny, czy coś jest antysemickie i w swojej polityce zagranicznej. Niestety jednak, nie stosują jej tam, gdzie chodzi o syjonizm i Izrael.


To polityczne uprzedzenie wobec Izraela z łatwością przekształca się w nienawiść do narodu żydowskiego, używając państwa żydowskiego jako najnowszego pretekstu. Jest to zjawisko, które nazwałam “izraelofobią”, co jest tytułem książki i dyplomatycznego projektu opartego o roczne badanie kierowane przez mojego kolegę, Dana Dikera, z Jerusalem Center for Public Affairs (JCPA).


Dziewięćdziesiąt osiem procent żydowskich respondentów na sondaż CNN w zeszłym roku, podawało to zjawisko jako kluczowe dla nowego nurtu antysemityzmu – zjawisko potępiania Izraela i oskarżania go, że rzekomo zachowuje się jak reżim nazistowski.  

W najbardziej skrajnych, ale już nie rzadkich wypadkach, ta postawa wobec Izraela przekłada się na terrorystyczne czyny wobec Żydów w Diasporze. Mohammed Merah – który strzelał w żydowskiej szkole Ozar Hatorah w Tuluzie we Francji 19 marca 2012 roku, zabijając rabina i troje dzieci – oświadczył, że zrobił to w odwecie za dzieci zabite w Gazie przez Izrael.  


Merah nie jest jedyny. Antysemici często twierdzą, że ich przemoc wobec Żydów jest dokonywana w imię sprawiedliwości i oporu. Niedawno właśnie takie uzasadnienie było nieodłączną częścią rozmaitych masowych ruchów, takich jak Black Lives Matter i Żółtych Kamizelek.


Choć to pozorny paradoks,  początki wznowienia otwartych i niepohamowanych wyrazów nienawiści do Żydów – co było tabu przez około trzydzieści lat po II wojnie światowej – można prześledzić do decyzji podejmowanych przez międzynarodowe instytucje. Wśród nich są, między innymi, Rezolucja 3379 Zgromadzenia Ogólnego ONZ, przyjęta w 1975 roku, która stwierdzała, że “syjonizm jest rodzajem rasizmu i rasowej dyskryminacji” oraz “Misja Narodów Zjednoczonych stwierdzania faktów w konflikcie w Gazie” znana także jako „Raport  Goldstone’a”.  

Ten raport został sporządzony pod kierunkiem południowoafrykańskiego prawnika, Richarda Goldstone’a, który następnie wycofał swoje wnioski i odżegnał się od raportu. Niestety, międzynarodowy gniew i jad przeciwko żydowskiemu państwu, jakie wywołał ten raport, nie zniknął po jego odwołaniu go przez autora.


Dyskusja o tym, jak międzynarodowe instytucje mogą zwalczać antysemityzm, trwa i nie jest już dłużej nowością.


Dzisiaj ważne jest dodanie tej sprawie nowego wymiaru i skupienie się na tym, co znakomity historyk, Bernard Lewis, nazywał “politycznym antysemityzmem zamaskowanym jako polityczna krytyka”.


Pełno jest tego rodzaju kamuflażu w światowych organach, które z jednej strony twierdzą że walczą z antysemityzmem, a z drugiej faktycznie propagują go przez udawanie, że ich krytyka działań izraelskiego rządu jest jedynie polityczna.


Oczywiście, nie każda krytyka izraelskiej polityki jest antysemityzmem. Nie trudno jednak odróżnić krytykę od uprzedzeń. Kluczowa różnica jest wyraźnie widoczna, kiedy ocenia się żydowskie państwo według innych standardów niż wszystkie inne kraje.


Krytykowanie tak zwanej “okupacji” tego kraju nie może być skierowana wyłącznie do Izraela, bez podobnej krytyki wobec Chin, Maroka czy Turcji, by dać tylko trzy przykłady spomiędzy wielu.


To doprowadza nas ponownie do definicji IHRA, która obejmuje trzy zasady “D” definiujące antysemityzm: demonizacja, delegitymizacja i podwójne standardy, jak to naszkicował były radziecki dysydent i izraelski polityk, Natan Szaranski.


Chociaż wiele międzynarodowych instytucji zareagowało na gwałtowny wzrost antysemityzmu – wywołany pandemią koronawirusa – i starannie utrzymuje żywą pamięć Holocaustu, zwalczając jego zaprzeczanie, trzeba zrobić dużo więcej, by obalić wielopłaszczyznową i przytłaczającą delegitymizację Izraela.   


Do tego trzeba usunąć uprzedzenia, które często wypływają z samych tych instytucji. Konsekwencje takich uprzedzeń są czasami wyraźne, a czasami mniej wyraźne.


28 czerwca w Brukseli, będącej siedzibą parlamentu Unii Europejskiej, skandowano hasło “masakrować Żydów”, właśnie kiedy UE i ONZ groziły Izraelowi sankcjami, jeśli ośmieli się kontynuować “aneksję” Doliny Jordanu i żydowskich społeczności w Judei i Samarii – zgodnie z planem prezydenta USA, Donalda Trumpa “Pokój do dobrobytu”.     


Media w Europie pełne były komentarzy przeciwko planowi Izraela rozciągnięcia suwerenności na te obszary. Setki parlamentarzystów i akademików podpisywały dokumenty żądające zakazania tego kroku.


Ponad 30 procent Obszaru C na Zachodnim Brzegu (Judea i Samaria) – obszar pod izraelską kontrolą, według umów z Oslo – nazywano „palestyńskim nielegalnie okupowanym terytorium”. Twierdzono, że suwerenność na tym obszarze spowoduje, że Izrael stanie się „państwem apartheidu”.


Jak powiedziano powyżej, jest całkowicie uprawnione niezgadzanie się w sprawie rozciągnięcia suwerenności Izraela  na Judeę i Samarię. Jednak dyskusja w Europie nie była polityczna; była ideologiczna. Niezależnie od tego, jaką ma się opinię w tej sprawie lub jakie poglądy na rozwiązanie, faktem jest, że to terytorium jest “sporne” nie zaś “okupowane” i że Izrael nie jest, nie był, ani nie będzie kiedykolwiek – państwem apartheidu w jakimkolwiek sensie tego słowa. Ani też nie jest państwem kolonialnym, faszystowskim lub zajmującym się “czystką etniczną”, jak twierdzi tak wielu nienawistników.


Polityczną rolą publicznych instytucji jest rozpoznanie i usunięcie takich wypaczeń prawdy, szczególnie, kiedy torują one drogę do rozmaitych postaci nienawiści do Żydów. JCPA zestawiła listę “trzech filarów” szkalowania Izraela którymi trzeba się zająć.


Pierwszym jest to, co nieżyjący już historyk, Robert Wistrich, nazwał „nazyfikacją”.  


To jest próba przekwalifikowania wojny obronnej Izraela przed terrorystami w zbrodnie przeciwko niewinnym cywilom, szczególnie przeciwko dzieciom. Ta propaganda posuwa się tak daleko, że oskarża Izrael o zabieranie Palestyńczykom narządów do przeszczepów.


Drugi filar to fałszywa mantra, powtarzana bez przerwy, o “nielegalnie okupowanych terytoriach”, sugerując bezprawie i agresywny ekspansjonizm. Jak powiedziano powyżej, te terytoria mogą być “sporne”, ale nie są nielegalnie okupowane, jak dowodzi trzy tysiącletnia historia żydowska w Izraelu.


Trzeci filar to brak potępienia i powstrzymania wyrażanych zamiarów masowego mordowania Żydów, najwyraźniej głoszone przez Islamską Republikę Iranu, często przez palestyńskie grupy Fatah i Hamas, a także przez tureckiego prezydenta, Recepa Tayyipa Erdoğana.


Język jest istotny. Jest straszliwe dla społecznej moralności i edukacji młodzieży pozwolenie, by taka perwersyjna retoryka jak ta, którą wylewa z siebie irański prezydent, Hassan Rouhani, uchodziła mu bezkarnie. Kiedy mówi, na przykład, że „jątrzący się rakowaty guz syjonistyczny otwarł się znowu… i zaśmiecił kraj częściami ciał palestyńskich dzieci”, nie powinno się go z honorami przyjmować – jak robi się to obecnie – w tak wielu instytucjach.  .


Jest niewiarygodne, kiedy pomyśli się, że irańscy dyplomaci i ministrowie są goszczeni, mile witani, a nawet oklaskiwani, w europejskich parlamentach. Jeszcze bardziej szokujące są słowa wypowiedziane w lutym 2019 roku przez hiszpańskiego polityka, Josepa Borrellego, obecnie Wysokiego Przedstawiciela Unii Europejskiej. W wywiadzie dla “Politico” Borell powiedział: “Iran chce zmieść Izrael z powierzchni ziemi; nie ma w tym nic nowego. Musicie z tym żyć”.

Nie ulega wątpliwości, że sytuacja pogarsza się. Rosnący populizm tak na lewicy, jak na prawicy, wyprowadził zdezorientowane i agresywne masy na ulice i stary zwyczaj obwiniania Żydów za wszystko poszybował w górę wraz z początkiem pandemii koronawirusa.


Jest sprawą pilniejszą niż kiedykolwiek, by międzynarodowe instytucje zaczęły działać. Choć, oczywiście, muszą zatwierdzić definicję antysemityzmu IHRA, będzie to znaczyć bardzo niewiele, jeśli pozwolą na niesprawiedliwe i niebezpieczne demonizowanie żydowskiego państwa.


Powtórzmy: są całkowicie uprawnione dyskusje o polityce Izraela. Jest jednak całkowicie nieuprawnione ignorowanie instytucjonalnego antysemityzmu, który stał się popularny, pełen przemocy i w wielu wypadkach śmiertelny.

The responsibility of institutions in the tsunami of contemporary anti-Semitism

JNS.Org, 21 października 2020

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Fiamma Nirenstein

Włoska dziennikarka i autorka, posłanka do włoskiego parlamentu, gdzie do marca 2013 pełniła funkcję wiceprzewodniczącej Komisji Spraw Międzynarodowych. W maju 2013 roku przeniosła się na stałe do Izraela. 


http://www.listyznaszegosadu.pl/m/notatki/odpowiedzialnosc-instytucji-za-tsunami-wspallczesnego-antysemityzmu

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: