Uncategorized

Funkcjonujemy w kryzysie, który jest wymarzoną pożywką dla autorytaryzmu władzy

Katarzyna Kasia: Pielęgnuję w sobie głupią nadzieję, że nie skończymy zamknięci w betonowych bunkrach Po pewnym czasie życia w strachu jest jak w myśli Leca: „Przeżyłem okres straszliwej nudy, którą jedynie groza łagodziła”.

Katarzyna Kasia – doktor filozofii, wykładowczyni Wydziału Zarządzania Kulturą Wizualną ASP w Warszawie, tłumaczka tekstów włoskich filozofów. Stała współpracowniczka „Kultury Liberalnej”


Kiedy rok temu ogłoszono pierwszy lockdown, poczułam ulgę. Przede wszystkim dlatego, że już dwa tygodnie wcześniej zaaresztowałam moich domowników, ograniczając wszystkie nasze aktywności do minimum. Nie było lekko, bo prowadzenie życia online nie było jeszcze wtedy powszechne i trudno było wytłumaczyć, że moje działanie ma jakiś sens, że nie histeryzuję. Wszystko wynikało z przemyślenia sytuacji, z serii rozwiązanych w głowie równań z co najmniej jedną niewiadomą. Brak zaufania do decydentów stanowił niewątpliwie istotną zmienną, ale największą zagadką był sam wirus: do dzisiaj tajemniczy, choć wszechobecny. Niewidzialny, chociaż szybko pokazano, jak wygląda: mikronowa kolczasta kulka, podstępny strzępek białka, zły sen, zwiastun apokalipsy.

Ulice opustoszały. Wyjście z domu wymagało niekończących się przygotowań, a kiedy już się wyszło, było walką o oddech w maseczce. Bawiłam się z córką, że jesteśmy w Tokio albo w Pekinie, w którejś z tych azjatyckich metropolii, gdzie ludzie od lat się zakrywają dla ochrony przed smogiem. Powoli zaczęły zmieniać się nawyki, sprawdzaliśmy, które płyny do dezynfekcji najmniej śmierdzą. Wysuszone od ciągłego mycia ręce smarowaliśmy coraz lepiej dobranymi kremami. Nikt jeszcze nie chorował, ale wszyscy potwornie się bali. Oswajaliśmy strach, sprzątając, odnajdując dawno zaginione przedmioty w szafkach i szufladach, grając w planszówki, oglądając seriale. Świat się zatrzymał i w bezradnym osłupieniu patrzył na Włochy, Hiszpanię, Chiny, na coraz liczniejsze przypadki COVID-19 w Polsce, tu u nas, blisko. Pojawiały się sprzeczne dane, analizy od czapy – że Włosi chorują, bo się przytulają, że nas, Słowian, coś chroni, bo może Światowid albo Masław, a w ogóle wszystko przez Chińczyków, bo po co jedli nietoperze? W Warszawie na Marszałkowskiej można było uciąć sobie drzemkę na środku jezdni. Wyszły do nas jeże i tchórzofretki, które poczuły się na tyle bezpiecznie, żeby opuścić swoje kryjówki. W mieście zapadła cisza przerywana panicznymi sygnałami karetek.

W tym wszystkim nadeszła Wielkanoc. W mojej religijnie skomplikowanej rodzinie traktowaliśmy święta przede wszystkim jako okazję do spotkania, pogadania, pobycia, pogłaskania. Malowaliśmy pisanki, ale nie było zwyczaju, żeby je święcić. Może raz w życiu byłam na katolickim wielkanocnym nabożeństwie, bo tego akurat wymagała moja praca. Jednak w tym podłym 2020 r. nawet zwykłe śniadanie nie było możliwe – od tygodni rozmawiałam z mamą tylko przez telefon, bo mój tata-z-wyboru jest lekarzem, a szpital, w którym pracuje, od razu przekształcono w covidowy. Potwornie dużo wysiłku kosztowała go walka o pacjentów, żeby ich nie wypisano, żeby mógł z zespołem kontynuować ich leczenie. Ale oczywiście nie mogliśmy się spotkać, niebezpieczeństwo było zbyt duże. Musieliśmy zostać na naszych wyspach, daleko od siebie, pielęgnując tęsknotę i nadzieję na to, że to się kiedyś skończy, że się wreszcie zobaczymy.

Poczucie kryzysu i lęku

Tuż po ogłoszeniu przez WHO stanu globalnej epidemii, kiedy ze zgrozą patrzyłam na to, co się działo we Włoszech, zajrzałam na blog Giorgio Agambena. Od wielu lat jednym z podstawowych zagadnień, jakimi się zajmuje, jest stan wyjątkowy, traktowany przede wszystkim jako narzędzie sprawowania władzy polegające – w największym skrócie – na zawieszeniu przez rządzących obowiązującego prawa i zastąpieniu go zestawem regulacji niemających umocowania w porządku konstytucyjnym, ale przedstawianych jako niezbędne do zwalczenia różnego rodzaju kryzysów. Efektem takiego działania jest powstanie państwa dualnego, w którym prawo stanowione traci moc obowiązywania na rzecz doraźnych dekretów czy rozporządzeń faktycznie zmieniających ustrój. Państwami stanu wyjątkowego były na przykład hitlerowskie Niemcy czy faszystowskie Włochy.

Stan wyjątkowy nie zawsze wprowadzany jest przy bezpośrednim użyciu przemocy. Dzięki populistycznym manipulacjom może być przez społeczeństwo zaakceptowany jako konieczny etap w dążeniu do osiągnięcia większej dozy bezpieczeństwa, suwerenności, wolności. Problem polega na tym, że najczęściej to, co miało być tylko etapem, utrwala się jako pozornie prowizoryczna permanencja, pozwalając na coraz dalej posunięte ograniczenia praw i swobód obywatelskich. Warunkiem funkcjonowania państwa stanu wyjątkowego jest obudzone w społeczeństwie poczucie znajdowania się w kryzysie. W ramach przeciwdziałania niemu można usprawiedliwić wszystkie nadużycia władzy.

26 lutego 2020 r. Agamben pisał: „Można powiedzieć, że po wyczerpaniu się terroryzmu jako przyczyny tworzenia wyjątków wynalezienie epidemii mogło się stać idealnym pretekstem, by rozszerzyć je poza wszelkie granice. Innym, nie mniej niepokojącym czynnikiem jest stan strachu, który w ostatnich latach rozprzestrzenił się w świadomości jednostek i który przekłada się na prawdziwą potrzebę odczuwania kolektywnej paniki, dla której epidemia jest idealnym pretekstem. I tak w perwersyjnym błędnym kole ograniczenie wolności narzucone przez rządy zostaje zaakceptowane w imię pragnienia bezpieczeństwa wywołanego przez te same rządy, które teraz interweniują, żeby je zaspokoić”.

Potraktowanie pandemii zaledwie jako kolejnego pretekstu dla umacniania autorytarnej władzy może się wydać grubym nadużyciem. Przeciwko słowom Agambena w tekście opublikowanym na łamach „European Journal of Psychoanalysis” zaprotestował Jean-Luc Nancy, zwracając uwagę, że poszukiwanie naciąganych powodów do wprowadzania stanu wyjątkowego trzeba odróżnić od realnej sytuacji zagrożenia, w której się wszyscy znaleźliśmy. Tym bardziej że, jak zauważył, wyjątki we współczesnym świecie stają się regułami, zaś rozwój technologii sprawia, że problemy szybciej niż kiedykolwiek wcześniej stają się globalne. „Musimy uważać, by nie uderzyć w niewłaściwy cel: cała cywilizacja została zakwestionowana, to nie ulega wątpliwości. Mamy do czynienia z powszechnym wyjątkiem – biologicznym, komputerowo-naukowym, kulturowym – jakim jest pandemia. Rządy nie są niczym więcej niż tylko ponurymi wykonawcami, zaś takie twierdzenia zdają się raczej manewrami dywersyjnymi niż polityczną refleksją”. Z tą tezą zgodził się między innymi Roberto Esposito, podkreślając, że w kontekście walki z pandemią rządy można oskarżyć raczej o bezradność i potęgowanie chaosu niż o działania o charakterze autorytarnym.

Z drugiej strony można było w ciągu ostatniego roku zaobserwować bardzo różne metody walki z pandemią. Od rządów, które próbowały tłumaczyć wprowadzanie obostrzeń wszystkim, nawet najmłodszym obywatelkom i obywatelom, po takie, które sięgały po kolejne zakazy bez żadnych wyjaśnień. Nietrudno zrozumieć, dlaczego np. w Finlandii – gdzie premierka Sanna Marin bardzo szybko zorganizowała specjalną konferencję prasową dla zaniepokojonych sytuacją dzieci – poziom zaufania społecznego jest o wiele wyższy niż np. w Brazylii. Mimo iż tezy Agambena w wielu momentach budzą opór, dość szybko zdaliśmy sobie sprawę również w Polsce, że jeśli priorytetem dla władzy jest nie zwalczenie pandemii, lecz osiąganie politycznych zysków, globalne nieszczęście może łatwo stać się narzędziem lokalnego autorytaryzmu.

Logika wojennego przetrwania

Może właśnie dlatego dzisiaj, rok później, wcale nie obudziliśmy się ze złego snu. Przez ten czas wielokrotnie miałam wrażenie, że poziom przerażenia i absurdu, albo może raczej poziom przerażenia absurdem, nie może być już wyższy: za każdym razem, kiedy premier ogłaszał koniec pandemii, kiedy na plaże i Krupówki wylegały tłumy, kiedy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego doprowadziło do masowych demonstracji, kiedy priorytetem były wybory prezydenckie, a nie życie i zdrowie ludzi, kiedy bez ładu i składu zamykano/otwierano, zamrażano/odmrażano, kiedy się okazało, że prezes Obajtek ma więcej mieszkań niż polskie szpitale respiratorów, kiedy Polska zamieniła się w Gilead, kiedy na wezwanie władz ofiarą przemocy padały kobiety, osoby LGBTQ, Polskie Babcie… Przy tym chciałabym wyjaśnić, że wcale nie wydaje mi się, że rząd celowo „odwracał naszą uwagę” od pandemii. Po pewnym czasie życia w strachu każde rozkojarzenie odbiera się jako zbawienne, trochę jak w tej myśli nieuczesanej Leca: „Przeżyłem okres straszliwej nudy, którą jedynie groza łagodziła”.

I to, że Lec odnosił się do swoich doświadczeń wojennych, jest jak najbardziej na miejscu. Bo globalna wojna z wirusem jest nie metaforą, ale faktem. Pytanie, co nam po niej zostanie oprócz imponującego skoku rozwojowego w medycynie i w technologiach komunikowania się na odległość. W tej pierwszej możemy mówić o sukcesach wręcz niewiarygodnych: poczynając od błyskawicznego zbadania wirusa, przez wynalezienie nie jednej, ale wielu skutecznych szczepionek. Logice wojennego przetrwania i globalnego kapitalizmu przypisać można winę za to, że nie zostały one – jak by się chciało w imię mądrej solidarności – uwolnione od ochrony patentowej, tak by zaszczepić mogła się nie tylko mieszkanka bogatej Europy, ale również południowoamerykańskiej faveli. Także rozwój nowych technologii informatycznych budzi nie tylko entuzjazm.

17 marca 2020 r. Giorgio Agamben pisał: „Tym, co martwi, jest nie tylko teraźniejszość, ale też przyszłość. Jak wojny zostawiły pokojowi w spadku serię nikczemnych technologii, od drutów kolczastych po centrale nuklearne, tak samo jest bardzo prawdopodobne, że również po stanie pogotowia sanitarnego kontynuowane będą eksperymenty, których rządy wcześniej nie mogły przeprowadzić: że zamknięte zostaną uniwersytety i szkoły, że lekcje będą prowadzone wyłącznie online, że raz na zawsze przestaniemy się spotykać, żeby rozmawiać o sprawach polityki czy kultury, i będziemy przesyłać sobie wiadomości wyłącznie w formie cyfrowej, że wszędzie, gdzie okaże się to możliwe, maszyny zastąpią każdy kontakt – każde zakażenie – między istotami ludzkimi”.

Trudno nie mieć podobnych wątpliwości, widząc, jak łatwo kolejne sfery życia przenoszą się do sieci. Jak potencjalnie zakażające ciała zostają w domach, podczas gdy umysły przemieszczają się bez ograniczeń. O ile mają dostęp do internetu. O ile stać je na prąd. O ile udało im się zachować pracę. Yuval Noah Harari słusznie zwraca uwagę na to, że bez nowoczesnych technologii informatycznych walka z pandemią byłaby nieporównywalnie trudniejsza. I że nie powinniśmy narzekać na możliwości zdalnego funkcjonowania.

Marzenie o pokoju

Z drugiej strony coraz bardziej boję się wyjścia z domu, zetknięcia z ludźmi, small talku, przepychania w tłumie. Za niczym też tak bardzo nie tęsknię. Może dlatego czuję tak potworny sprzeciw wobec tych, którzy twierdzą, że funkcjonowanie online się utrwali, bo taka sytuacja jest władzy na rękę. Na pewno dlatego z wielką uwagą przeczytałam w „Guardianie” popandemiczny poradnik dla zdziczałych w samotności ludzi, „jak nawiązywać relacje społeczne”.

„Wydaje się, że za pomocą cyfryzacji ciało z krwi i kości, cielesność i śmiertelność zostaną uwolnione od ciężaru i bezwładu. Że w wyniku tej transfiguracji będziemy mogli wreszcie znaleźć się po drugiej stronie lustra, chronieni przed rozkładem, przywróceni syntetycznemu wszechświatowi przepływu. To złudzenie, bo podobnie jak nie było i nie ma ludzkości bez ciał , tak ludzkość nie zazna czystej wolności poza społeczeństwem lub kosztem biosfery” – pisał w kwietniu 2020 r. Achille Mbembe w tekście „Powszechne prawo do oddychania” (tłum. Olga Byrska).

Długie godziny spędziłam, medytując nad tymi słowami. Chciałabym móc napisać, że jako ludzkość staliśmy się dzięki doświadczeniu pandemii bardziej empatyczni i że na nowo zrozumieliśmy moralny obowiązek solidarności ze wszystkimi istotami zamieszkującymi Ziemię. Że dotarł do nas ciężar odpowiedzialności. Zamiast tego widzę, jak z wycinanej w imię chciwości puszczy amazońskiej zmierza ku nam nowa odmiana wirusa, który już zdziesiątkował ludzkość. Zdaję sobie sprawę z tego, że funkcjonujemy w kryzysie i że jest on wymarzoną pożywką dla autorytaryzmu władzy.

Ale mimo wszystko nie przyzwyczajam się do życia w stanie wojny i codziennie marzę o pokoju, który jednak nie będzie już czysto ludzki. Kiedy zachorowań jest coraz więcej, system ochrony zdrowia praktycznie się załamał, a punktowe sygnały karetek zlały się w jeden krzyk, w świdrujące uszy wołanie o ratunek, pielęgnuję w sobie głupią nadzieję, że nie skończymy zamknięci w betonowych bunkrach, że pojadę do mamy, że odzyskam poczucie bezpieczeństwa i chociaż jakąś namiastkę poczucia wpływu na swój los.


Funkcjonujemy w kryzysie, który jest wymarzoną pożywką dla autorytaryzmu władzy

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.