Uncategorized

Raport HRW w sprawie Izraela: Wszystko jest apartheidem

Dawid Warszawski

Oskarżanie Izraela o apartheid jest bzdurą – i kpiną z południowoafrykańskich ofiar tego ponurego systemu.

Problem z raportem Human Rights Watch, w którym zarzuca się Izraelowi apartheid, nie leży w nierzetelnej bazie źródłowej, choć można mieć istotne zastrzeżenia do wielu przytoczonych przykładów rzekomej dyskryminacji. I tak, na przykład, prawo greckie, podobnie jak izraelskie przyznaje członkom jednej grupy etnicznej przywileje w uzyskaniu obywatelstwa. Konstytucje Turcji, Iranu i Syrii nie przyznają kurdyjskim mniejszościom praw narodowych, podobnie jak konstytucje Libii, Algierii i Maroka nie przyznają takich praw Berberom czy Tuaregom. Nie tylko więc Izrael odmawia mniejszości prawa do samostanowienia.

Indyjska okupacja Kaszmiru czy indonezyjska – Papui, są znacznie bardziej krwawe niż izraelskie rządy na Zachodnim Brzegu. Turecka okupacja północnego Cypru przyniosła z kolei nieporównanie mniej ofiar, przede wszystkim dlatego, że armia okupacyjna wygnała wszystkich greckich mieszkańców północy, więc nie ma już kogo prześladować. Państwa te nie są jednak krytykowane za ustawy, jakie przyjęły, czy politykę, którą prowadzą, tak, jak krytykowany jest Izrael. Tymczasem krytyka należy się im wszystkim.

Dowodzi to hipokrytycznej, a zarazem hiperkrytycznej fiksacji na Izraelu. Większość przykładów przytoczonych przez HRW jest prawdziwa, niezależnie od użytku, jaki się z nich czyni w raporcie. W Izraelu mniejszość arabska jest dyskryminowana i sytuacja się pogarsza, czego dowodem choćby wejście żydowskich faszystów do Knesetu, czy ich niedawne ekscesy na ulicach Jerozolimy.

HRW nie wymyśliła sobie też trójelementowej definicji apartheidu, której używa, by dowodzić, że Izrael spełnia jej warunki. Art. 7.2.h Statutu Rzymskiego istotnie definiuje apartheid jako „nieludzkie czyny… popełnione w kontekście zinstytucjonalizowanego reżimu systematycznego ucisku i dominacji jednej grupy rasowej… z intencją utrzymania tego reżimu”. Problem z tą definicją jest dwojaki. „Nieludzkie czyny”, o których mowa, to (art. 7.1) morderstwo, eksterminacja, zniewolenie, deportacja, uwięzienie z naruszeniem prawa międzynarodowego, gwałt i inna poważna przemoc seksualna, prześladowanie z przyczyn politycznych, rasowych, narodowych, etnicznych, kulturowych, religijnych, genderowych czy jakichkolwiek innych, wymuszone zaginięcia.REKLAMAhttps://1988e400ac4f509ecf830ea1f99a3271.safeframe.googlesyndication.com/safeframe/1-0-38/html/container.html

Ten artykuł wyczerpuje z grubsza listę krzywd, jakie państwa mogą wyrządzić swoim lub cudzym obywatelom, wojny nie licząc. Nieludzkim czynem staje się więc, po pierwsze, każde naruszenie praw człowieka, co znakomicie podważa zasadność użycia tego emocjonalnie nacechowanego przymiotnika. I nieludzką tym samym się staje praktyka polityczna większości państw świata. A jako że jest normą, że w większości państw jakaś grupa „rasowa” (pojęcie to ma być interpretowane w sposób rozszerzający) jest dominująca kosztem innych grup, zarzut apartheidu można, po drugie, postawić im wszystkim.

Reżimy apartheidu panują więc nie tylko w Maroku (okupacja Sahary Zachodniej i dyskryminacja oraz prześladowania Saharyjczyków), Turcji (Kurdowie, północny Cypr), Indiach (Kaszmir), Chinach (Tybet, Ujgurzy, mniejszości religijne), Indonezji (Papua) czy Korei Północnej, gdzie prześladowani mogą być wszyscy oprócz Kim Dzong Una. Istnieją one też we wszystkich państwach niedemokratycznych, których konstytucje głoszą, że są to państwa jakiegoś narodu, czyli np. w całej Lidze Arabskiej. Ale apartheid panoszy się też w Kosowie (Serbowie) i Hiszpanii (Katalończycy). Wszędzie tam można znaleźć „dominację jednej grupy” i któryś z „nieludzkich czynów” z art. 7.1. Dla porządku należy dodać, że państwem apartheidu była też w sposób oczywisty, w świetle tej definicji, II RP.

Można by zapytać, dlaczego wobec tego HRW wyróżnia tym terminem właśnie Izrael, ale byłoby to pytanie naiwne. Dla porządku można dodać, że w 2007 r. raport HRW mówił też o „ukrytym apartheidzie” wobec Dalitów w Indiach, ale do sprawy nie wrócono. Dużo ważniejsze wydaje się pytanie, czy taka definicja apartheidu jest przydatna.

Nie ma ona, rzecz jasna, nic wspólnego z apartheidem jaki istniał w rasistowskiej RPA. Tam system polityczny opierał się na rasowej klasyfikacji wszystkich obywateli, a od niej zależały przyznane mu prawa. Większość, zaklasyfikowana jako „Czarni”, była całkowicie tych praw pozbawiona. Można to porównać jedynie z segregacją, panującą w XX w. na południu USA, czy traktowaniem Żydów w III Rzeszy i faszystowskich Włoszech po 1938 r. Taki system budzi najwyższe oburzenie i odrazę, a jego obalenie jest zawsze zasadne, choćby środki były krwawe (tylko w USA segregacja została wyeliminowana w sposób pokojowy). Nie wydaje się jednak, by opinia publiczna zaakceptowała zasadność kategorycznego napiętnowania większości państw świata – choćby dlatego, że ich obywatele stanowią większość tej opinii.

Postawienie zarzutu „nieludzkich czynów” i diagnozy „apartheidu” wobec jednego tylko państwa jest więc bardziej racjonalne. Nieważne, czy wybierając Izrael, autorzy raportu kierowali się swoją wrogością wobec tego kraju, czy strategiczną oceną, że łatwiej będzie wypróbować nowe narzędzie na i tak napiętnowanym państwie (większość wszystkich rezolucji potępiających Rady Praw Człowieka ONZ Izraela wszak się tyczy). Ważne, że odpowiadanie na zarzuty raportu przez wskazywanie np. na arabskich posłów do Knesetu czy sędziów Sądu Najwyższego w Izraelu i przypominanie, że czarnych posłów i sędziów w RPA nie było i być nie mogło, mija się z celem. HRW nie twierdzi, że w Izraelu jest jak w RPA – ale że tak, jak w RPA, jest na całym świecie. Izrael jest tylko dogodnym przykładem.

Polskę dzisiejszą można, na tej samej zasadzie, oskarżyć o apartheid wobec Romów czy osób LGBT. Stosownymi „nieludzkimi czynami” byłoby, odpowiednio, posyłanie romskich dzieci do szkół specjalnych i odmowa udzielania gejom i lesbijkom ślubów, czyli prześladowania z przyczyn etnicznych i genderowych. Korzysta zaś na tym „dominująca grupa rasowa” – heteroseksualni Polacy. Dyskryminacja Romów czy osób LGBT w Polsce jest faktem i hańbą. Trzeba ją, podobnie jak rasizm w Izraelu, zwalczać. Ale oskarżanie Polski czy Izraela o apartheid jest bzdurą – i kpiną z południowoafrykańskich ofiar tego ponurego systemu.

Na dłuższą zaś metę bezpodstawne używanie emocjonalnie zabarwionych oskarżeń kompromituje nie oskarżonego, lecz oskarżenie. Być może HRW uda się na czas jakiś zintensyfikować antyizraelską kampanię. Ale w końcu doprowadzi do tego, że np. na nakaz noszenia maseczek podczas zagrożenia epidemiologicznego ludzie będą odpowiadać: „Nie róbcie nam tu apartheidu”, lub konieczność brania prysznica przed wejściem do basenu uznają za „czyn nieludzki”. Na przesadne zarzuty będą zaś reagowali wzruszeniem ramion. Tak się nie walczy z krzywdą. Tak się pomaga krzywdzicielom.

Raport HRW w sprawie Izraela: Wszystko jest apartheidem

Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. Oby tak bylo, ale wrogami Zydow sa Zydzi tutaj, Erkik Goldstein z HRW i Michael Sfard, opasly i spoconý prawnik z Izraela.

  2. W artykule czuję zaniepokojenie autora, że antyizraelski Golem powstał przeciw twórcom.
    Jakby było nowością że zaczyna się od Żydów a kończy na nagonce na heretyków we własnym obozie.

    Różne „komisje praw” człowieka zaczęły od Żydów izraelskich ale już dobierają się do „białych kolonizatorów”, czyli, według sprytnych definicji HRW, do każdego obywatela cywilizacji zachodniej.

    A my skorzystamy z zamętu i znajdziemy sobie innych przyjaciół, rozsądniejszych.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.