Uncategorized

„Bezgłośni” – Eliza Segiet ( 3 )

Eliza Segiet – absolwentka studiów magisterskich Wydziału Filozofii, autorka siedmiu tomów wierszy, monodramu, farsy i mikropowieści. Jej teksty można znaleźć w licznych antologiach, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich oraz World Nations Writers Union.

Laureatka Międzynarodowej Publikacji Roku (2017 r., 2018 r.) w Spillwords Press (USA) oraz Nagrody Literackiej Złota Róża im. Jarosława Zielińskiego (za tom Magnetyczni) w 2018 r. Dwukrotnie jej wiersze (2018 r., 2019 r.) zostały wybrane jako jedne ze 100 najlepszych wierszy roku  w International Poetry Press Publications (Kanada). 

W The 2019 Poet’s Yearbook  została nagrodzona prestiżową nagrodą Elite Writer’s Status Award jako jeden z najlepszych poetów 2019 r. Nominowana do Pushcart Prize 2019 oraz do Naji Naaman Literary Prize 2020.

Recenzja Kingi Mlynarskiej


Znowu jestem chaotyczny jak ten świat, w którym nic nie jest uporządkowane. Nie powiedziałem Ci, że w drodze do Warszawy siostra Janki zostawiła Marysię, tak po prostu zostawiła ją w rowie i poszła dalej! Jak jakiś zbędny przedmiot, jak pierzynę, którą Janka położyła przy drodze, bo było jej ciężko nieść. Byliśmy już tak bardzo zmęczeni, że dopiero po paru kilometrach zorientowaliśmy się, że w naszym kondukcie po życie jedno zgubiliśmy. Nie patrząc na nic, ze strachem w sercu, wszyscy jak oszalali biegliśmy po nią. Przecież nie wiedzieliśmy czy ktoś jej nie zabrał, nie wiedzieliśmy, czy ktoś jej nie zabił! A ona, malutka, skulona, siedziała w rowie i powiedziała: Dobrze, że już wróciłeś, tatko. Tęskniłam za wami.. Wziąłem ją na ręce, przytuliłem i po paru dniach, z przerwami na odpoczynek, doniosłem do Warszawy. Niestety, tutaj też była wojna! Też były bomby i ludzkie tragedie. Po tygodniu podjęliśmy decyzję: wracamy! Znowu ten okropny marsz, marsz w stronę życia. Może się uda – myślałem. − Może jakimś cudem wrócimy do naszego, też niebezpiecznego, świata?

Wracając do domu, w rowie czekała na nas wcześniej zgubiona Zośka − ukochany kotek Marysi. Nawet nie pomyślałem, że ona tyle dni będzie na nas czekać. Mame, żebyś Ty zobaczyła, jak Marysieńka się cieszyła, kiedy go zobaczyła. Teraz pilnowaliśmy go jak członka naszej rodziny i tak się cieszymy, że on nie umarnął.

Mame, ciągle odbiegam od tematu. Napisałem Ci, że może uda nam się wrócić do naszego też niebezpiecznego świata. Ale przecież ze swoim semickim wyglądem mogę tylko modlić się, żeby nikt nie doniósł, że żyję. Mam nadzieję, że uda nam się dotrzeć do celu. I, jak widzisz, niespodziewanie dla samych siebie, jeszcze żyjemy. A ten list-pamiętnik może być początkiem mojego testamentu. W tym momencie tylko to mogę zrobić dla rodziny. Żebym później mógł o nią dbać, teraz muszę przeżyć. Nie wiem, co mnie, co nas, jeszcze czeka, ale wciąż próbuję, chociaż wiem, że każde słowo, najdrobniejszy gest może być ostatnim. Dlaczego człowiek zabija człowieka?

Ojcze nasz, któryś jest w niebie – podśpiewywała Marysia, kiedy wracaliśmy z miasta naszych marzeń, z Warszawy. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego to śpiewała, zamiast mówić. Może czuła, że czas jest dla nas łaskawy i robi się wesoło, bo oddalamy się od tych nieznanych ulic i zaułków, w których też była wojna. 

Ludzie mówią, że uciekali od okropnych lejów po bombach, które po brzegi były wypełnione ciałami. Całe ulice zasłane były śmiercią! Teraz rozumiem, że śmierć częściej rodzi się od życia. 

Kobiety umierają przy porodzie, a ich maleństwa już na początku stają się sierotami. Ojciec nieznany, matka zmarła przy porodzie, taki los dzieci wojny! Na szczęście w niektórych ludziach pozostała jeszcze odrobina z człowieka. Czasami nie pozwalają umrzeć dziecku i zabierają je z sobą. Ci, którzy mają gdzie spać, są szczęściarzami. Gdybym mógł gdzieś się wymyć, przebrać w coś czystego, to byłoby tylko na chwilę… ale ile to by było przyjemności. 

Widok czołgów, lejów po bombach, a dodatkowo opowieści innych o tym, co dzieje się za płotem obozu pracy – chyba już nic nie chcę od życia. Nie oczekuję już niczego. 

Mame, nie chcę Cię martwić. Jestem bardzo głodny. Chcę jeść! Jeść, jeść! Jestem jeszcze głodny normalności, głodny wieczornych spacerów nad rzekę. Przecież dobrze wiesz jaki jestem, znasz mnie jak nikt inny. Pamiętam jak spacerowaliśmy nad Wisłą we Włocławku. Jak opowiadałaś, że tam daleko jest morze i dużo piasku. Jeszcze miałem nadzieję, że kiedyś tam pojedziemy, ale dzisiaj tak naprawdę nie wiem nawet, czy Ty i Tate jeszcze żyjecie. Dziś już chyba nic nie jest pewne oprócz tego, co niezmienne: słońce wschodzi i zachodzi. Chociaż w to też czasem już wątpię. W tym wszystkim dobre jest, że nie mam pojęcia, kiedy zobaczę je po raz ostatni! 

A zauważyłaś, że w zeszłym roku maki były czerwieńsze od tych, które kiedyś pokazywałaś na łące w Ciechocinku? Może tak mi się tylko wydaje, czerwieni wokół mnie ostatnio było tak bardzo dużo, że może już nie pamiętam tej ciechocińskiej barwy. Zawsze mówiłaś, że tam zatrzymał się czas. Tylko solne spływające i uderzające o ziemię krople uzmysławiały, że czas nigdy się nie zatrzymuje. 

Codziennie jakieś wystrzały nie pozwalają na sen. Kiedy już cichną – w mojej głowie nadal jest huk! Okropny jęk umierających ludzi. Niektórzy odchodzą natychmiast po strzale, inni wykrwawiają się na oczach niemogących im pomóc sąsiadów, przyjaciół, rodzin i przypadkowych osób. Wiesz, że ludzka krew wycieka z człowieka bardzo, bardzo szybko? Tylko te – pozostające w zdziwieniu oczy − nie pozwalają zapomnieć, że ludzie nie znikną w całości! Pamiętam noworodka. Był taki malusieńki i nagi, nie zdążył nawet zapłakać, kiedy gestapowiec rzucił nim o mur. Jestem pewien, że wszyscy, którzy to widzieli, zapamiętają go na zawsze. Choć zakrywali oczy, kiedy je odsłonili okazało się, że po wszystkim pozostała tylko czerwona plama – ślad człowieka, który może nie miał imienia, może jego bliscy już odeszli, a ten przystojny Niemiec zabrał mu wszystko, co miał – życie. Tak, teraz wiem, patrzyłem na tego przystojnego żołnierza, bo bałem się patrzeć na to maleństwo.

Nie chcę codziennie się bać. Chcę wyjść z domu, jakbym go nigdy nie stracił. Mieszkaliśmy w Tomaszowie – tam nam się dobrze żyło. Jednak wszyscy wiedzieli, że jestem Żydem, chociaż dla Ciebie już dawno przestałem nim być, dla innych pozostanę na wieki nie człowiekiem, a właśnie Żydem. Trudno! Nie mam na to wpływu.

Miałem skrytkę pod podłogą. Gdyby do domu wszedł Niemiec, chyba nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że ja leżę jak „żywy trup”, a dziewczynki tańczą na podłodze, która jest moim dachem. Dachem chroniącym przed gradem spojrzeń i słów, przed gradem pocisków. A może dzisiaj umiera się bez słów? Przecież oni nie trzymają za rękę i nie modlą się o pokój dla duszy. Im jest wszystko jedno. Chociaż to nie jest prawda, każdy zabity Żyd jest dla nich wielkim osiągnięciem. Ludzie mówią, że niektórzy z Niemców to chrześcijanie, a czy jedno z przykazań nie mówi nie zabijaj? Może są jakiegoś innego wyznania, które nakazuje zabijać niewinnych ludzi tylko po to, żeby zdobyć kolejny stopień wojskowy. Może przyświeca im hasło: Im więcej zabijesz, tym dłużej żyjesz?

Wyobraź sobie, że kiedyś, w środku nocy przyszli do domu gestapowcy, by odciążyć świat od jednego parszywego Żyda. Właśnie tak krzyczeli, gdy tylko weszli do domu: Gdzie jest ten parch? Gdzie się ukrył? Leżałem schowany pod podłogą. Specjalnie dla mnie była zrobiona podwójna warstwa desek z przerwą między nimi na Żyda. Tak, właśnie na Żyda!

Nie widzę już szans na to, że znowu ktoś zobaczy we mnie człowieka. Najważniejsze dla mnie jest to, że dla moich dziewczynek i mojej żony jestem nim zawsze. Nigdy się na mnie nie zawiodły! Kiedy pod tą podłogą cały trząsłem się ze strachu, nawet nie wiem, czy bałem się własnej śmierci, czy tego, że je zabiją? Łzy leciały mi z oczu jak te krople z tężni. A oni łomotali oficerkami i krzyczeli: Wstrętny parchu wyłaź, to oni przeżyją! Marysia i Krysia wiedziały, że te słowa są skierowane do mnie. Siedziały na łóżku
i powtarzały jedna po drugiej: 

Mój tata nie żyje!

Janka dopowiadała:

Już dawno go zabili, już od dawna nie żyje. I dobrze. Przez niego mieliśmy same kłopoty. Dziewczynki zaczęły bardzo głośno płakać. Gestapowiec krzyknął: 

Milcz, ty przebrzydła, żydowska gnido. Jedna i druga zamknąć mordy, a ty ubieraj się w swoje łachmany i pójdziesz z nami – wrzeszczał do Janki. 

W domu zostanie ta starucha tak nazwał moją teściową.

Zanim otworzył drzwi, jeszcze zdążył kopnąć kota, aż ten odbił się o kredens. Dziewczynki już nawet nie umiały reagować. Rozumiały, że dzieje się coś bardzo złego, skoro mamusia idzie z tymi panami. Wychodząc, Janka powiedziała tylko:

Kocham was córeczki!

Po chwili dodała: 

Kocham was wszystkich. Kiedyś się zobaczymy! Czekajcie na mnie! 

Później teściowa powiedziała, że Janka spojrzała jeszcze w stronę świętego obrazu i wyszeptała: Pod twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodz…, ale oni nie pozwoli już dokończyć i wyszła, popychana przez nich. Słyszałem jak mówiła do nich: – Dlaczego mnie zabieracie, mój mąż nie żyje! 

Kocham was wszystkich − to zostało mi w sercu, wiedziałem, że słowo wszystkich było skierowane też do mnie. Nie pozwolili jej pożegnać się z nimi! Wiedziałem, że zabierają moją żonę, a w domu zostawiają jej matkę z dziewczynkami. Miałem wyjść, powiedzieć: Weźcie mnie, a ją zostawicie, ale wiedziałem, że zginiemy wszyscy, nawet jej niczemu nie winna mama – zginie, bo przechowywała całą żydowską rodzinę. Nic ich nie obchodziło, że moja Janka jest chrześcijanką. Dla nich żona Żyda jest Żydówką, moje dzieci też są Żydami. Nieważne, że są ochrzczone – i tak są żydowskie! Mame, jakaś plaga na nas padła! 12.5


cdn.

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.