Uncategorized

Chodzili na wszystkie demonstracje pokojowe, płakali po masakrach Arabów. Gdzie się podziali liberalni Żydzi?


Zbombardowany przez Izrael budynek Al-Dżalaa, gdzie mieściły się biura amerykańskiej agencji Associated Press i katarskiej sieci Al-Dżazira. Gaza, 21 maja 2021 r. (Fot. Hatem Moussa / AP)Jego bracia zginęli od arabskiej rakiety. On zgodził się na przeszczep ich rogówek Palestyńczykowi

Siedziałem niemal w całkowitych ciemnościach. Tylko pojedyncze promyki słońca, cienkie jak igły, wpadały do wnętrza, oświetlając tańczące w powietrzu drobinki kurzu. Teatr w mieście Akko, położony za pradawnymi murami obronnymi, przy dziedzińcu pamiętającym czasy krzyżowców, jest może jednym z najlepszych w Izraelu, ale nie stać go na nowe kotary. Istnieje też domniemanie, iż promyki cienkie jak igiełki to element scenografii oraz symbol: w największych ciemnościach zawsze może pojawić się światełko.

Tylko scena była jasna. Fortepian, sofa oraz stół, przybrany kieliszkami pełnymi prawdziwej brandy, filiżankami z kawą i talerzykami z ciastem. Od czasu do czasu Smadar, aktorka odtwarzająca postać Zelmy, eleganckiej Żydówki z Wiednia, a może z bogatych salonów Warszawy, wychodziła z tacką kieliszków między widzów i trzeba było to brandy smakować, choć na zewnątrz na niebie żadnej chmury, a temperatura przekraczała 30 stopni. Kiedy dostałem swój kieliszek, Zelma powiedziała, że właściwie z jakiej przyczyny podaje, skoro Żydzi zawsze rozdawali darmo, nawet rzeczy cenniejsze od alkoholu, a w rewanżu dostawali po mordzie.

Na scenie, przy stole i pod stołem, bawił się syn Zelmy, niedojda Menasze grany przez Moniego. Ułomny na głowę, lecz obdarzony niezwykłym talentem: czego nie umiał nazwać słowami, znakomicie to odgrywał.

Spektakl nazywał się „Antologia”. Ponieważ na widowni siedziała wielojęzyczna publiczność, Zelma i Menasze wygłaszali swoje kwestie po hebrajsku, arabsku, angielsku, niemiecku, rosyjsku. Trwał na tyle długo, że brandy zdążyła wywietrzeć z głowy.

Wydawało się, że można się dogadać

Teatr w Akce powstał prawie 40 lat temu, założony przez grupę zapaleńców, którzy obiecali sobie, że nie będą mieć w repertuarze Szekspira i Moliera, lecz opowiedzą o współczesności, nie analogią lub aluzją, lecz wprost. A ponieważ w Izraelu zawsze wiele się działo, tematów mieli w bród. Z założenia był otwarty, dostępny dla wszystkich, Żydów i Arabów. 40 lat temu wydawało się przecież, że współpraca między narodami Ziemi Świętej jest wyboista, znaczona krwią, ale możliwa.

Rychło teatr stał się wizytówką Akki. Nie tylko ze względu na poziom artystyczny, doceniany w Izraelu (o sukces teatralny tam bardzo trudno), lecz również dzięki działalności społecznej. Warsztaty dla żydowskich i arabskich dzieci były tym istotniejsze, że w Akce raczej się nie przelewa. Wspólne obozy dla niepełnosprawnej młodzieży z udziałem twórców teatru. Demonstracyjny wręcz brak uprzedzeń.

A jeśli miarą sukcesu, podobnie jak w Polsce, jest niechęć wrogów, teatr w Akce zdobył miejsce w światowej elicie. Łajali go radykalni imamowie i tutejsi islamiści oraz wszyscy ci, którzy sądzą, że z Żydami nie wolno się zadawać. Co i raz przychodziły groźby od najwyższych władz, że nie będzie żadnych dotacji ministerialnych i prywatnych, że z braku kasy zamknięty zostanie międzynarodowy festiwal teatralny, uwzględniany w kalendarzach przez najznamienitsze zespoły. Zaś teatr sobie trwał i trwał.

Pan jest mało cierpliwym fuszerem

Zelma postanowiła opowiedzieć nam o Pańskim zamiarze stworzenia świata. Trwało to, jak wiemy, siedem dni. Oto pierwszego Najwyższy oddzielił światłość od ciemności, trzeciego – stworzył ląd i rośliny, zaś szóstego odważniej posłużył się DNA i tak powstały zwierzęta oraz ludzie.

– Nawet pradziadkowie psów z Majdanka i Treblinki – mówi uśmiechnięta Zelma. – Menasze, mój kochany synku, pokaż naszym gościom, jak wyglądają i co robią psy z Treblinki.

I Menasze pokazuje, aż ciarki biegną po plecach.

A za chwilę Zelma opowiada, jakby znała Pana jak najbliższego kuzyna, że do nozdrzy Boga dotarł dziwny swąd palonej ziemi, plastiku, mięsa. A zaraz za nim hałas, coś podobnego do strzelaniny lub wybuchu bomby. Krzyki i jęki. Wszystkiego tego – tłumaczy elegancka Żydówka, odpalając papierosa – Pan nie stworzył, więc jest paradnie zdziwiony. Patrzy z niebios na świat, spluwa, odwraca się i odchodzi. Pan bowiem jest mało cierpliwym fuszerem albo szemranym złośnikiem; mógłby swe dzieło poprawić, ale mu się nie chce.

– Menasze, mój kochany synku, Menasze – wola Zelma zza fortepianu. – Śpisz już czy jeszcze słuchasz? Moi drodzy, napijcie się koniaku. Zobaczcie, Menasze schował się pod stołem. Menasze, pokaż gościom, co mamusia widziała i przeżyła.

To i Menasze odgrywa elegancką kawiarnię we Wiedniu i zapomniany chasydzki heder pod Białymstokiem. Bierze udział w dyskusjach o najnowszych trendach światowej mody, filozofii i psychologii, by zaraz zasiąść za plecami okularnika, który roztrząsa po raz tysięczny kolejny wers Talmudu.

Publika kula się ze śmiechu. Lecz wnet przestaje, gdyż do salonu Zelmy wpadają sąsiedzi i tłuką porcelanę od Rosenthala. Zaś ich ideowi kuzyni wybili okna w jakieś zapyziałej chatynce pod Przysuchą. Menasze odegra stukot kół pociągu, gwizdek kolejarza i zgrzyt hamulców lokomotywy. Odegra nawet rampę.

Zelma prosi: – Pokaż, Menasze, jak nosił się pan doktor Josef Mengele. Jak wciąga się powietrze w komorze gazowej; tylko nie zakładaj maski z ochraniaczem, nikt by ci nie pozwolił.

Widownia milczy, a Zelma nie odpuszcza.

– Pokaż, Menasze, co działo się w Rwandzie. Jak było w Srebrenicy i w Kosowie. A w Czeczenii? Pokaż Menasze, jak było w Czeczeni. Mój Menasze pokaże wam znakomicie, jak było w Sabrze i w Szatili. Do zobaczenia kochani. Wracajcie szybko. Mój mały Menasze ma jeszcze wiele do pokazania.

W każdym człowieku jest gen faszysty

Siedliśmy pod ogromnymi platanami przed cytadelą zbudowaną przez muzułmanów, na dziedzińcu, pod którym odkopano podziemne miasto joannitów. Moni, współdyrektor, aktor i reżyser, Chalid (drugi współdyrektor, reżyser, aktor, tancerz) i Moti, który w teatrze robi wszystko. Pierwszy jest aszkenazyjskim Żydem: siwy, niedogolony, również na potrzeby roli, twarz doskonale pospolita, jakby był niskiej rangi urzędnikiem lub nauczycielem zupełnie niepotrzebnego przedmiotu. Trzeci ma żydowskie korzenie z Tunezji, urodził się w Akce na Starym Mieście między Arabami, to i nie dziwi bardzo ciemna skóra, czarne oczy i włosy, niski, barczysty i umięśniony. Za to wysoki Chalid, pochodzący ze stuprocentowo arabskiego Sakninu, jest jasny jak żydowski kelner ze staromiejskiej restauracji, z wyglądu sto razy bardziej żydowski niż Moni z Motim. Uciekła gdzieś Smadar, lecz w przelocie rzuciła, że teatr jest dla niej jasną i oczywistą deklaracją: słowa o Sabrze i Szatili padają, by pokazać, że zbrodnia i przyzwolenie na nią nie mają narodowości, Izrael okupuje Palestyńczyków, uciska Arabów.

– Ty już kompletnie przeszłaś na arabskość – woła za nią Chalid.

Smadar odwraca się i kręci kółko na czole.

– W każdym człowieku jest gen faszysty – mówi Moni.

– Holocaust był jednak czymś wyjątkowym – wtrącam się raczej banalnie.

– Był i nie był – odpowiada Moni.

– Bredzisz – kontruje Chalid.

Ocalona zdolność współczucia

W przypadku Smadar i Moniego chęć współpracy i zgody z Arabami zdawała mi się oczywista. Oboje są świetnie wykształconymi aszkenazyjczykami, świeckimi potomkami tych europejskich osadników, którzy syjonizm rozumieli jako obowiązek budowy żydowskiego państwa, demokratycznego, sprawiedliwego i przyjaznego dla wszystkich obywateli, a więc również nie-Żydów (w Akce mieszkają jeszcze Czerkiesi i wyznawcy bahaizmu). Chodzili na wszystkie demonstracje pokojowe, płakali po masakrze w Sabrze i Szatili, dokonanej wprawdzie przez arabskich chrześcijan, lecz na oczach obojętnych Żydów. Jeszcze nie tak dawno taki gatunek człowieka był w Izraelu całkiem liczny.

Inna historia jest z Motim, ale on jest po prostu dobrym człowiekiem. Znał Arabów od maleńkości, w jego tunezyjskim domu gotowano arabskie potrawy i choć czasami wspominano drogę na wygnanie do żydowskiego domu, nie było w tym wiele złości. Gorzej zrobiło się podczas drugiej wojny libańskiej, gdy bracia Motiego zginęli od arabskiej rakiety. Lecz w bólu najczulej trwali przy nim arabscy przyjaciele z teatru; Moti mówi, że ocalili jego duszę. Zaś śmierć braci ocaliła oczy dwojga mężczyzn; Moti zgodził się na przeszczep rogówek Żydowi i Palestyńczykowi. To – powiada – uratowało w nim zdolność współczucia.

Najdalej miał Chalid. Przyjechał do Akki z Sakninu, świeżo po skończonych szkołach i wizycie kuzynów z Australii, wygnanych podczas Nakby – palestyńskiej katastrofy 1948 r. Starał się o pracę w teatrze, a przy okazji nie omieszkał oznajmić Moniemu i Smadar, że Zagłady nie było. Oboje dostali wkurwu, lecz poza tym Chalid był sympatyczny i bardzo użyteczny.

Skąd Chalid wiedział, że Zagłady nie było? Ze szkoły (izraelskiej, choć dla muzułmanów, finansowanej za państwowe pieniądze), gdzie nauczyciel powtarzał bez przerwy, że Żydzi wymyślili legendę Holocaustu, żeby przykryć największą zbrodnię w historii: Nakbę i kradzież Palestyny. Przeoczył równie często powtarzane zdanie, że gdyby Hitler skutecznie dokończył sprawę w Europie (nauczycielom umknęła sprzeczność, co miał dokończyć, skoro nic nie rozpoczął?), Arabowie nie mieliby z Izraelem żadnego kłopotu. A kiedy treść lekcji potwierdzili australijscy kuzyni, bo przecież na antypodach wszyscy – tak mówili – wiedzą o tym żydowskim kłamstwie, Chalid czuł, że w dyskusjach z Monim to on broni prawdy.

Tymczasem zbliżał się termin premiery „Arbeit macht Frei”. Żeby poczuć atmosferę przedstawienia o kłamstwie, Chalid pojechał do Polski. Odbył dokładniejszą wyprawę niż wycieczki żydowskiej młodzieży, która wraca z Auschwitz lub Treblinki w pewności, że nigdy więcej. Odwiedził wszystkie obozy. Po traumie oglądania krematoriów i komór gazowych wziął do ręki inne lektury. Nauczył się jidysz, tego obcego dla Smadar, Moniego i Motiego języka europejskiej diaspory. Dzisiaj ma największą satysfakcję, gdy żydowscy Izraelczycy urągają mu od arabskich nieuków, negacjonistów i terrorystów, a on odpowiada drobiazgowym wykładem o Zagładzie.

Zamieszki dotarły do Akko

Krótko po wybuchu ostatnich zamieszek na jerozolimskim Wzgórzu Świątynnym awantury dotarły do Akko. Nie pierwsze – na przykład w 2006 r., podczas święta Jom Kippur, arabska łobuzerka łamała nakazany Prawem bezruch i spokój w żydowskich kwartałach, gdy więc tylko skończyło się to największe święto judaizmu, Żydzi z Akko chwycili za kije i stalowe pręty, nachodząc arabskie kwartały – i zapewne nie ostatnie.

Tym razem zaczęło się od arabskich bandytów. Pobili żydowskiego nauczyciela. Do dzisiaj (czyli 18 maja) musi korzystać z aparatury podtrzymującej życie. Później spalono żydowską restaurację rybną i arabski, bardzo przytulny hotelik na Starym Mieście; oba miejsca winne były temu, że właśnie tam Arabowie mieszali się z Żydami, nie było swarów, ale współpraca. Przeczuwano, że niebawem może paść na teatr, choć pojawiały się głosy optymizmu: akurat na tę instytucję nikt się nie poważy podnieść ręki.

A jednak teatr został spalony. Ogień podłożyła arabska banda; byli wśród nich sąsiedzi Motiego ze Starego Miasta.

Ufajmy jednak, że w Akko, jak w całej Ziemi Świętej, dzieją się cuda. Nie codziennie i nie na zawołanie, ale się trafiają. Może więc Smadar-Zelma nieco przesadziła, że Pan okazał się fuszerem albo złośnikiem.

Kilkadziesiąt godzin po spaleniu teatru zebrali się do kupy Arabowie i Żydzi z Akko. Byli wśród nich aktorzy z teatru, kelnerzy i restauratorzy, hotelarze, handlarze, murarze, księgowi, kierowcy autobusów i taksówek. Zaczęło się sprzątanie po zamieszkach: na ulicy, gdzie niemal zlinczowano nauczyciela, pod rybną restauracją, na schodach hoteliku i na dziedzińcu przed teatrem.

Paweł Smoleński


Chodzili na wszystkie demonstracje pokojowe, płakali po masakrach Arabów. Gdzie się podziali liberalni Żydzi

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Jakie masakry i jakich Arabów? I kto kogo tymi liberałami? Ten tytuł pewnie zrozumiały dla czytelników Wyborczej, ale nie dla mnie.
    Widocznie to zbyt trudne dla żydowskiego dzikusa z BW, a liberałowie, którzy potrafią mu to wytłumaczyć, znikli. Może wytępili ich potajemnie osadnicy, macając na macę.

    Natomiast Arabów można jeszcze zbliżyć do światła cywilizacji katolicko-liberalnej. Teza autora.
    Ci razem z nieobecnymi liberałami przyniosą znicz Oświaty. Jak balony na pola żydowskie. Jak butelki mołotowa. Jeszcze trochę wysiłku i już.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.