Uncategorized

Legenda Hollywood z Polski.

Syn dowiedział się prawdy przez przypadek

Rimma Kaul


Fred Zinnemann, reżyser jednego z filmów wszech czasów „W samo południe”, nawet synowi nie powiedział, że urodził się nie w Wiedniu, a w Rzeszowie. Dlaczego przez całe życie ukrywał swoje pochodzenie? Zadecydowały względy wizerunkowe, czy też nie umiał wracać myślami do miasta, w którym w czasie wojny zginęła jego rodzina?

Fred Zinnemann nawet synowi nie powiedział, że urodził się w Polsce

Fred Zinnemann nawet synowi nie powiedział, że urodził się w Polsce

Kiedy w ramach serii reportaży o znanych rzeszowianach zaproponowano Grażynie Bochenek przygotowanie materiału o Fredzie Zinnemannie, uznała, że to błąd. Jeden z najsłynniejszych amerykańskich reżyserów, którego znamy z „W samo południe”, nigdy nawet nie był w Polsce, pomyślała. A jednak!

Dlaczego artysta przez całe życie ukrywał swoje pochodzenie?

To być może najbardziej amerykański film, jaki kiedykolwiek nakręcono w Hollywood. „W samo południe” był czymś więcej niż kinem gatunkowym: akcja wprawdzie działa się na Dzikim Zachodzie, ale jego twórcy podjęli próbę opisania niepewności i rozchwiania, które targały światem na początku lat 50.

Żelazna kurtyna w Europie, nowy powojenny porządek na globie, komunizm, który niczym nowotwór toczył część świata, a w Stanach maccarthyzm w pełnym rozkwicie: to wszystko w pewien symboliczny sposób w nim pobrzmiewa. Wkrótce po premierze przez wielu uznany został za amerykański film wszech czasów, choć o miejsce na podium konkuruje z „Obywatelem Kane’m” z 1941 r.

Nie obyło się bez kontrowersji. Początkowo reżyser musiał się mocno tłumaczyć, że złamał zasady gatunku i pokazał szeryfa, który odczuwa strach. Bronił się, że chciał zrobić film o prawdziwym człowieku, a strach jest cechą ludzką. Tym reżyserem był Fred Zinnemann, Żyd z Europy. Galicyjski Żyd.

Kręcił na wskroś amerykańskie filmy, a pochodził z Galicji

Kilka lat temu zaczęto poprawiać biografię reżysera, którego filmy dostały 65 nominacji do Oscara (zgarnęły 24 statuetki), bo wyszło na jaw, że nie urodził się w 1907 roku w Wiedniu, jak utrzymywał przez całe życie, ale w Rzeszowie.

– Dziś wydaje się nam nieprawdopodobne, że człowiek o takim dorobku, tak szeroko znany, był w stanie ukryć tak istotne fakty ze swojej historii. W świecie bez internetu i szybkiego obiegu informacji można było jednak utrzymać takie tajemnice – mówi Grażyna Bochenek, dziennikarka z Rzeszowa.

Gdy dowiedziała się, że genialny reżyser urodził się i mieszkał w mieście, w którym i ona mieszka od urodzenia, zaczęła drążyć historię artysty. Efektem pracy jest licząca prawie 600 stron książka „Fredek, Rzeszów, Hollywood. Opowieści o Fredzie Zinnemannie”. Wydana przez wydawnictwo Austeria publikacja to zapis specyficznego dziennikarskiego śledztwa, które w równym stopniu poświęcone jest artyście, co miastu, którego już nie ma.

kadr z filmu "W samo południe"
kadr z filmu „W samo południe”Źródło: Materiały prasowe, fot: x

Reżyser „W samo południe” z Rzeszowa? To musi być pomyłka

– Po raz pierwszy zajęłam się tematem, gdy dla Polskiego Radia Rzeszów przygotowywałam reportaż o znanych rzeszowianach. Gdy na liście potencjalnych bohaterów zobaczyłam nazwisko Zinnemann, pomyślałam, że to pomyłka, że amerykański reżyser przecież nigdy nawet nie był w Polsce. Zaczęłam to sprawdzać i okazało się, że taką informację podaje Wikipedia, a jeden z lokalnych dzienników zamieścił na ten temat artykuł. Postanowiłam przyjrzeć się temu tematowi dokładniej – opowiada.

Czy Zinnemann wstydził się swoich korzeni? A może uznał, że opowieść o tym, że ukształtowała go dawna stolica Habsburgów, odniesie lepszy efekt wizerunkowy niż mówienie, że pochodzi z miasta, którego nazwy nikt w Los Angeles nie był w stanie nawet wymówić? Zresztą nie on jeden pomijał w biografii prawdziwe miejsce narodzin. Sześciokrotny laureat Oscara Billy Wilder również utrzymywał, że pochodził z Wiednia, choć tak naprawdę był Żydem z Suchej Beskidzkiej.

Grażyna Bochenek wierzyła, że odpowiedź na te pytania usłyszy od Tima, jedynego dziecka Freda (a właściwie Alfreda).

– Okazało się jednak, że ojciec nigdy nie powiedział Timowi, że pochodzi z Rzeszowa. Tim dowiedział się o tym dopiero po jego śmierci, gdy porządkował stare dokumenty ojca, po prostu znalazł wśród nich akt urodzenia wydany w Rzeszowie – opowiada.

Fred Zinnemann
Fred ZinnemannŹródło: Getty Images, fot: John Springer Collection

Wydawało się, że poszukiwania staną w miejscu. Ale stało się inaczej. Wśród rodzinnych pamiątek po ojcu Tim znalazł stosy listów, które do mieszkającego za granicą syna wysyłali rodzice, Anna i Oskar. Napisane były w niezrozumiałym dla niego języku, więc przekazał je do biblioteki Amerykańskiej Akademii Filmowej w Beverly Hills.

– Tim Zinnemann zasugerował, że jeśli je przeczytam, to może oboje czegoś się dowiemy. Sam był bardzo ciekaw, dlaczego ojciec zrobił ze swojego pochodzenia taką tajemnicę i ucieszył się, że chcę zbadać ten temat – relacjonuje Grażyna Bochenek.

„Pamiętam, jak ciebie do kina w Rzeszowie prowadziłem”

Listy są napisane świetną polszczyzną, co dowodzi, że rodzina Zinnemannów była zasymilowana. Rodzice Freda byli wykształceni, zapewne należeli do lokalnej elity. Ojciec był lekarzem. Już po rozpoczęciu I wojny światowej rodzina wyjechała do Wiednia, ale nie mamy pewności, w którym dokładnie to było roku.

Grażyna Bochenek przejrzała setki dokumentów, ale nie była w stanie ustalić, kiedy miało to miejsce, a co za tym, idzie – ile lat przyszły reżyser spędził w Galicji – siedem, a może jedenaście? – i na ile rodzinne miasto zdążyło go ukształtować. Bo nigdy później do Polski już nie wrócił.

"W samo południe"
W samo południe”Ź

Wiadomo jednak na pewno, że jego pierwsze zetknięcie z kinem miało miejsce w Rzeszowie. Zachował się list, w którym ojciec pisał do Freda: „Zakończę, bo idę z Jerzykiem na film z [nieczytelne], także mi się przypomina, jak Ciebie w Rzeszowie do kina prowadziłem”.

W 1929 roku Fred wyjechał do Stanów Zjednoczonych. W 1937 rozpoczął pracę w wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer jako reżyser filmów krótkometrażowych. W 1939 roku Oscara dostał wyreżyserowany przez niego „That Mothers Might Live”. O sukcesie syna rodzice dowiedzieli się będąc z powrotem w Polsce.

Wrócili do Rzeszowa krótko po Anschlussie Austrii w 1938 roku. Przeczuwając, że to dopiero preludium do czegoś znacznie gorszego, Fred chciał ściągnąć ich do Stanów. Jeszcze w Wiedniu rozpoczęli starania o wizę, ale nie byli przekonani do wyjazdu. Bali się, że nie poradzą sobie w nowym kraju finansowo, a nie chcieli być na utrzymaniu syna. Po wybuchu wojny wyjazd stał się niemożliwy.

Ostatnie listy, wysyłane już z Generalnego Gubernatorstwa, rodzice pisali w języku niemieckim. Anna i Oskar nie przeżyli wojny. Dziś w Rzeszowie nie mieszka już nikt, kto był blisko spokrewniony z Zinnemannem.

Rzeszów kojarzył mu się z cierpieniem najbliższych

Czy reżyser odciął się od polskich korzeni, bo Polska kojarzy mu się z cierpieniem i utratą rodziców?

– Trudno na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie, ale mam przekonanie, że milczenie Zinnemanna wiązało się z jego historią prywatną. W latach 90. Zinnemann wspierał Stowarzyszenie Żydów Rzeszowskich, które organizowało uroczystości upamiętniające pomordowanych w czasie wojny. Reżyser zaangażował się finansowo w pomoc. Zachowały się listy, w których pisze, że to piękna inicjatywa, bo nie można zapominać o ofiarach Holocaustu. Gdy jednak Stowarzyszenie poprosiło o kontakt do Tima Zinnemanna, reżyser odmówił i wyjaśnił, że syn i wnukowie nie są gotowi na taką historię – opowiada Grażyna Bochenek.

– Tak jakby pomimo upływu lat myśl o przeszłości była dla niego nadal tak bardzo traumatyczna, że chciał chronić swoją rodzinę od poznawania jej szczegółów.

Stowarzyszeniu Żydów Rzeszowskich odpisał, że to jeszcze nie moment na taką rozmowę. Ale ten moment nigdy nie nadszedł.

Zinnemann zmarł w 1997 r. w wieku 89 lat. Mieszkał w Wielkiej Brytanii i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek wsiadł do samolotu i przyjechał do miasta swoich narodzin.

Gary Cooper wybrał Solidarność

Czy w twórczości Zinnemanna można odnaleźć elementy inspiracji Galicją?

– Moim zdaniem nie. Kluczowym tematem w wielu jego filmach są relacje między zwykłym człowiekiem a potężną instytucją czy państwem, opis reakcji ludzi, którzy mają przeciwko sobie potężny system. W kilku filmach wprost opisywał też opór wobec niemieckiego nazizmu. To mogło się wiązać z doświadczeniami rodzinnymi – ale przecież nie z miejscem pochodzenia.

Poza tym na pewno dwa razy próbował zrealizować „Dybuka”, co mogło być nawiązaniem do kultury żydowskiej, ale znów – nie galicyjskiej ani nie polskiej – wyjaśnia Grażyna Bochenek.

Może więc Zinnemann nie szukał związków z Polską, ale i tak wszedł na stałe do naszej historii. Wizerunek Willa Kane’a z „W samo południe” został wykorzystany przez Komitet Obywatelski „Solidarność” w wyborach w 1989 roku. To bodaj najsłynniejszy plakat polityczny w naszej historii. Zamiast colta kroczący szeryf trzyma w dłoni kartę do głosowania. „W samo południe, 4 czerwca 1989” stał się symbolem zmian ustrojowych w Polsce.

Czy ktoś w „Solidarności” wiedział o polskich korzeniach Zinnemanna czy też użycie właśnie tego wizerunku było zbiegiem okoliczności?

– Myślę, że jednak to drugie – mówi autorka książki o reżyserze. – Ze względu na swoje przesłanie, „W samo południe” bywał przywoływany w różnych momentach kryzysowych na świecie, na przykład w czasie kryzysu sueskiego w 1956 roku.

Zinnemann nigdy nie wypowiadał się publicznie o sprawach polskich. Solidarnościowy plakat z kowbojem wisiał jednak przez lata w jego londyńskim gabinecie.

"W samo południe"
W samo południe”

Czy Rzeszów wymazał „swoich” Żydów z pamięci?

– W trakcie pracy nad książką zdałam sobie sprawę, że pytanie o to, dlaczego Zinnemann nie chciał przyznać się do Rzeszowa, może łączyć się z innym pytaniem: co my – obecni mieszkańcy tego miasta – wiemy o historii Żydów rzeszowskich i czy sami przed sobą się do niej przyznajemy? Wielu z nas nie przyjmuje do wiadomości, że przed wojną stanowili oni 1/3 mieszkańców miasta, a po 1945 roku praktycznie zniknęli – mówi autorka.

– Nie pamiętamy też o niechęci wielu Polaków w stosunku do tych Żydów, którzy przeżyli Holocaust. Możemy mieć do Zinnemanna żal, że nie chciał przyznać się do Rzeszowa, ale my z kolei odrzucamy żydowskie rozdziały historii naszego miasta – konkluduje Bochenek. – Ten wątek też jest w mojej książce bardzo ważny. Dziś nie potrafimy przecież poznać motywacji człowieka urodzonego 104 lata temu, natomiast może jego historię powinniśmy potraktować jako zachętę do tego, aby przyjrzeć się sobie? – pyta.

Jak dziś miasto dba o pamięć o swojego słynnego krajana? W 2018 roku odbył się festiwal „W samo południe. Fred Zinnemann wraca do Rzeszowa”, poświęcony twórczości Zinnemanna. Przy tej okazji odsłonięto mural, który przedstawia Gary’ego Coopera w roli najsłynniejszego filmowego szeryfa.

https://www.google.com/amp/s/ksiazki.wp.pl/legenda-hollywood-z-polski-syn-dowiedzial-sie-prawdy-przez-przypadek-6699051015117632a%3famp=1


Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. Te niesmiale :”Nie pamiętamy też o niechęci wielu Polaków w stosunku do tych Żydów, którzy przeżyli Holocaust.”

    I przed tez. A szczegolnie w czasie Holocaustu. …..

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.