Uncategorized

Jakimi świadkami Zagłady byli Polacy?


Praca Zygmunta Skrętowicza prezentowana na wystawie „Widok zza bliska” / własność Muzeum Etnograficznego w Warszawie
Praca Zygmunta Skrętowicza prezentowana na wystawie „Widok zza bliska”, własność Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Fot. Wojtek Wilczyk


Potrzeba nam przemyśleć, jak mamy pamiętać o tym, co wydarzyło się w tym krajobrazie, żeby dalej móc w nim żyć. I póki za dnia będziemy sobie opowiadać, że wszyscy etniczni Polacy ratowali Żydów, póty w nocy będziemy się bać. Z Janem Borowiczem, autorem książki „Pamięć perwersyjna. Pozycje polskiego świadka Zagłady”, rozmawia Zofia Waślicka-Żmijewska.

Zofia Waślicka: Zacznijmy od wyjaśnienia tytułu twojej książki. Czym jest pamięć perwersyjna?

Jan Borowicz: Pamięć perwersyjna to jest pewien tryb pamięci, jeden ze sposobów pamiętania o Zagładzie, dotyczący najtrudniejszych doświadczeń i najtrudniejszych wspomnień, o których powszechnie dyskutuje się stosunkowo od niedawna. Chodzi o czerpanie korzyści z zagłady Żydów, o doświadczenie przejmowania mienia i przyjemność związaną z podglądaniem Zagłady. Co to znaczy, że ma się to, co kiedyś należało do zabitych, których się nie lubiło?

Jest to też doświadczenie bycia ofiarą drugiej wojny światowej i konieczność poradzenia sobie z faktem, że świat, zachodni szczególnie, bardziej pamięta o żydowskich ofiarach wojny niż o nas. Do przerobienia jest też doświadczenie współsprawstwa. W mojej książce pytam o podstawowe uczucia, którymi powodowana jest pamięć etnicznie polskich świadków, o lęk i o sposoby radzenia sobie z nim.

Przeciwieństwem pamięci perwersyjnej byłaby właśnie taka pamięć, która przyjmuje do wiadomości wspomnienia etnicznych Polaków o tym, co się działo między etnicznymi Polakami a Żydami w czasie drugiej wojny światowej. To pozwoliłoby stworzyć bardziej inkluzywne społeczeństwo, w którym wreszcie zagłada Żydów stanie się polską historią, a nie jakąś historią poboczną, wypchniętą. To wiąże się z poczuciem odpowiedzialności.

A wtedy, kiedy dopuści się do siebie poczucie winy, można podjąć jakieś działania, żeby naprawić tę sytuację. Na przykład uchwalić ustawę dającą możliwość zwrotu mienia czy zadośćuczynienia spadkobiercom żydowskich ofiar, które majątek straciły lub został on przejęty przez etnicznie polskich świadków.

Przyjęcie ustawy blokującej możliwość ubiegania się o zwrot mienia traktujesz jako rodzaj emanacji pamięci perwersyjnej?

Tak, i tym jeszcze groźniejszą, że wspartą przez aparat państwowy. Podstawowym mechanizmem perwersyjnym, tak się myśli w psychoanalizie, jest mechanizm zaprzeczenia. To znaczy, że jednocześnie istnieje wspomnienie faktu, że się mienie żydowskie zabrało, ale natychmiast dodaje się do tego jakieś „ale”: „ale nie ma to znaczenia” lub „ale przecież to mienie tak naprawdę było niczyje, bezpańskie”. W ten sposób unieważnia się charakter tego, co się wydarzyło. Perwersyjne zaprzeczenie idzie jeszcze dalej i głębiej, w ten sposób bowiem zaprzecza się także człowieczeństwu tych, którzy ginęli, i zaprzecza temu, że istnieje jakakolwiek relacja między świadkami a ofiarami.

Opowiadasz o negatywnych emocjach związanych z pamięcią perwersyjną, takich jak poczucie winy czy strach o to, że przejęte mienie mogłoby zostać odzyskane. Natomiast w książce bardzo dużo piszesz o przyjemności, która ma definiować perwersyjną pamięć.

Przyjemność perwersyjna, to znaczy związana na przykład z czerpaniem przyjemności z czyjegoś cierpienia, nie pozwala na zaistnienie innych uczuć, takich jak poczucie winy, poczucie odpowiedzialności, strachu, smutku. Widać to doskonale w jednym z opowiadań z Medalionów Zofii Nałkowskiej, Kobieta cmentarna. Tytułowa kobieta, patrząc na płonące getto, mówi: „Jaka szkoda, że ich tam mordują”, czyli jest na moment przeżycie smutku i jakiegoś współczucia, ale zaraz za tym idzie zdanie: „Ale oni nas bardziej nienawidzą niż Niemców”.

To jest taka sadystyczna myśl zrywająca jakąkolwiek więź z mordowanym. Jest sadystyczna, bo maskuje wesołość czy satysfakcję z tego, że im się należało, że „dobrze im tak”. Mamy na to pełno przykładów w badaniach historycznych, ślady tego zachowały się też w różnych tekstach kultury.

Zarazem taka perwersyjna pamięć blokuje inne przeżycia i uczucia. W przypadku doświadczenia bycia świadkiem, to znaczy doświadczenia bycia na miejscu, widzenia, postrzegania przemocy wobec swoich sąsiadów, pamięć perwersyjna maskuje tę przemoc przez to, że pozbawia poczucia ludzkiej więzi i możliwości empatii. Nie cierpimy, gdy ktoś inny cierpi. Chyba najpowszechniej znanym obrazem tego w kulturze polskiej jest wspomnienie kręcącej się karuzeli na placu Krasińskich w Warszawie, tuż obok płonącego getta, ginącego w powstaniu.

Podobnie jest z przejmowaniem mienia żydowskiego. We wspomnieniach maskuje się też po prostu sam własny zysk i przyjemność z tego zysku, przyjemność z posiadania pięknego przedmiotu, przyjemność z awansu społecznego i z wejścia w posiadanie czegoś zupełnie bez wysiłku.

Zupełnie inne jest doświadczenie państw zachodnich. Na przykład w Holandii etniczni Holendrzy w dość zdecydowany sposób współpracowali z nazistami, tworząc listy i pomagając wyłapywać Żydów. Ale jedną z pierwszych rzeczy, które rząd holenderski po wojnie zrobił, było zapowiedzenie, że zaopiekuje się wszystkimi holenderskimi Żydami wracającymi do miejsca zamieszkania i pomoże im odzyskać ich własność.

Polskim Żydom nikt nie zrobił takiej uprzejmości, wobec czego musieli to robić na własną rękę, a dobrze wiemy, jak bardzo nowi właściciele nie chcieli się zwykle rozstawać z przejętym majątkiem. Próby jego odzyskania często źle się dla Żydów kończyły. Źle się dzieje, gdy do bohaterstwa i do obywatelskiej postawy zmuszane są jednostki, a struktury społeczne i państwowe albo są na to obojętne, albo przeciwnie, wspierają bezprawie.

Brałam kiedyś udział w badaniach etnograficznych na Podlasiu. Zauważyliśmy, że stosunek do Żydów jest gorszy w tych miasteczkach, gdzie zachowały się „pożydowskie” domy.

Podobne doświadczenia stoją za pojawieniem się XIX-wiecznej powieści wiktoriańskiej o nawiedzonych domach. Jest taka interpretacja, że jest to związane z nowoczesną zabudową i nowoczesnym sposobem mieszkania. To znaczy, że właściciele domów dość często się zmieniają, nie wiadomo, kto mieszka obok ani kto mieszkał w naszym domu przed nami. I wtedy pojawia się pomysł, że w domach straszy, że straszą tam poprzedni właściciele. Wcześniej, gdy mieszkania dziedziczono w tej samej rodzinie, to jeszcze tak bardzo nie straszyło jak wtedy, gdy właściciele się zmieniali.

W powojennej Polsce jest to bardzo trudna psychicznie sytuacja, bo wiadomo, że jeśli ktoś mieszka w „pożydowskim” domu, to mieszka w domu, z którego ktoś został wyrzucony, wywleczony albo zamordowany w nim. Bez jakiegoś sposobu poradzenia sobie z tym wspomnieniem pewnie nie da się żyć. Niestety często tym sposobem jest perwersyjne zaprzeczenie.

Jaka jest różnica między zaprzeczeniem a wyparciem?

Wyparcie jest mechanizmem, który polega na tym, że o czymś się na chwilę zapomina, ale można to sobie łatwo przypomnieć. Zapomina się dzięki temu, że wykonało się nad tym jakąś pracę. We współczesnej psychoanalizie myśli się raczej o tym, że musimy trochę wypierać, bo dzięki temu możemy jakoś żyć i patrzeć z nadzieją w przyszłość, nie musimy myśleć bez przerwy o stratach i o katastrofach, które wydarzyły się w przeszłości. W dawnych sztetlach, gdzie przeszłość jest w jakiś sposób upamiętniona, możliwe jest wyparcie. Kiedy odeśle się przeszłość do przeszłości, to pojawia się trochę więcej miejsca na teraźniejszość i przyszłość.

W potocznym języku słowo „wyparcie” jest nacechowane negatywnie. Ja to rozumiem jako odmowę przyjęcia do wiadomości tego, co się wydarzyło. To ciekawe, że mówisz o wyparciu jako o czymś dobrym. I jeszcze, że jest ono możliwe dopiero po wykonaniu pewnej pracy, na przykład upamiętnienia. A jak to się ma do żałoby?

Nie można ciągle żyć w przeszłości. Psychoanaliza, wbrew temu, jak się ją stereotypowo przedstawia, nie zmusza do ciągłego przeżywania przeszłości ani nie zawraca bez przerwy do dzieciństwa. Wręcz przeciwnie, pozwala zostawić przeszłość tam, gdzie jej miejsce, w przeszłości. Żałoba polega na tym, że istnieje jakiś rytuał przyjęcia do wiadomości czyjejś śmierci i odesłania zmarłego czy zmarłych – w języku religijnym – w zaświaty, do jakiejś innej rzeczywistości.

W psychoanalizie mówi się o nieświadomym i rozstaniu się z tą osobą. To nie oznacza, że ta osoba nie wróci we śnie, we wspomnieniu, w czasem czulszym, a czasem straszniejszym momencie. Ale istnieje możliwość rozróżnienia rzeczywistości teraźniejszej, w której tej osoby nie ma, i przeszłości, gdy ta osoba jeszcze żyła.

Tego jednak naprawdę w Polsce nie ma. Czasem, nawet jak się idzie ulicą dużego miasta i obejrzy, co znajduje się na murach, wydaje się, jakby wojna zakończyła się w zeszłym tygodniu. To jest właśnie perwersyjny mechanizm zaprzeczania. Rzeczywistość teraźniejsza i przeszłość istnieją jednocześnie. Ta przeszłość jest jednocześnie pamiętana i zapomniana.

Widać to często wtedy, kiedy w dawnych sztetlach pyta się ludzi o historię ich domów. Zwykle takie pytania wywołują złość, bo przypominają o tym, o czym nie chce się pamiętać. To nie ma nic wspólnego z zapomnieniem. To sytuacja, kiedy bardzo dobrze się o czymś pamięta, ale jest z tym problem. W tym właśnie psychoanaliza pomaga: w różnicowaniu teraźniejszości i przeszłości: tak, kiedyś tu mieszkali Żydzi, których spotkał straszny los, ale teraz to miejsce jest moim domem. Gdy pojawia się jakiś rodzaj upamiętnienia, to można sądzić, że właśnie zaszło jakieś, chociaż malutkie wyparcie, została wytyczona granica między przeszłością a teraźniejszością.

W przypadku zaprzeczenia Żydzi są obecni lub wracają w takiej spotworniałej wersji, jako upiory, które straszą, które chcą coś odebrać, żądają krwawej zemsty. Taką wizję przedstawiają legendy miejskie czy programy telewizyjne, na przykład dotyczące warszawskiego Muranowa i mieszkania na miejscu zbrodni, na gruzach dawnej dzielnicy żydowskiej.

Także nominowana do Nike książka Igora Ostachowicza Noc żywych Żydów, w której zmarli nie wracają po to, żeby jako duchy z nami porozmawiać i coś od nas uzyskać, tylko w takiej lękowej fantazji. Przychodzą, żeby się krwawo zemścić, a granica między zaświatami a światem teraźniejszości, między teraz a przeszłością znika i wylewa się z niej coś, co jest dla nas strasznym zagrożeniem. Dzieje się tak, kiedy nie można duchów odesłać, kiedy się po prostu nie przeszło rytuału żałoby.

W tej książce pojawia się świetna obserwacja, że powstańcy warszawscy nie wracają jako zombie, dlatego że o powstańcach się pamięta. Oni są „napasieni zniczami, rocznicami i salwami” i mogą sobie zostać w przeszłości, w sferze śmierci. Natomiast Żydzi z getta warszawskiego wracają jako zombie. Nie jako duchy, ale właśnie jako zombie, czyli ożywione ciała, które sprawiają trudność swoją materialnością.

A ile mamy w Polsce miejsc, o których lokalni mieszkańcy wiedzą, że są miejscami zbrodni, gdzie wciąż leżą zakopane ciała, których do tej pory nikt nie uznał za godne upamiętnienia, za naszych zmarłych, którym należy się jakiś rytuał pogrzebowy?

Pracując nad książką Warszawski trójkąt Zagłady, sporo czasu spędziłam w szkole na Stawkach, w której Żydzi czekali na wywiezienie do Treblinki. Działy się tam okropne rzeczy. Wielu ludzi zostało tam zamordowanych. Kilka lat temu uczniowie znaleźli ludzką kość w kanale wentylacyjnym. Pracownicy tej szkoły bardzo często opowiadali o duchach. W ich opowieściach to nie były zombie, które jakoś zagrażają. Raczej mówili o poczuciu obecności, o tym, że przedmioty spadają same z półek.

Straszy w tych miejscach, w których coś jest rzeczywiście niezałatwionego, w których sama przestrzeń domaga się, żeby się dowiedziano, o co chodzi, żeby zrozumiano. Tak się myśli o duchach, że wracają, żeby można było z nimi porozmawiać. Kłopot jest rzeczywiście wtedy, kiedy coś spada, a my nie wiemy, o co chodzi, nawet nie wiadomo, z kim rozmawiać.

Jeżeli widma wracają, to znaczy, że przestrzeń i czas, a zwłaszcza czas, przestały być ciągłe. Wydarza się coś, co zaburza normalny codzienny świat. Szekspir w Hamlecie zapisał genialną frazę, że czas staje się wtedy „kością wyłamaną w stawie”. Duchy pojawiają się, gdy czas wypada ze swojego linearnego biegu, od przeszłości do przyszłości. W przypadku muranowskich duchów teraźniejszość nagle zapada się w przeszłość, która wylewa się w przestrzeń szkoły.

W waszej książce to są te zdjęcia Artura, na których widać jednocześnie to, co teraz, i jest sugerowane to, co było kiedyś. Duchy nie pojawiają się w miejscach, w których wszystko jest w porządku. Co gorsza, wolelibyśmy, jak już się pojawią, żeby dały nam jakieś zadanie, po którego wykonaniu odejdą w spokoju. Ale nawet z Hamleta wiemy, że to nie jest takie proste. Duchy zwykle żądają czegoś niemożliwego, do tego bardzo krwawego, a i tak potem nie odchodzą.

Wydaje mi się, że świetnie pokazuje to film Demon Marcina Wrony. Etnicznie polska rodzina żyje w domu zagrabionym Żydom, którzy prawdopodobnie jeszcze są gdzieś zakopani w ogrodzie. Duch pojawia się i po prostu wszystko niszczy, a jedyne, czego żąda, to żeby wyszli z jego domu. Nie wiadomo, czy jest ktoś, kto może z nim rozmawiać, nie wiadomo też, co można dać temu duchowi. Jedyna osoba, która się tym zajmuje, nagle gdzieś znika.

Zresztą ta postać może być metaforą ludzi zajmujących się Zagładą, którzy stają się takimi szaleńcami. Próbują rozmawiać z duchami, których zasadniczo nie rozumieją, i próbują znaleźć jakiś sposób uspokojenia tych duchów, ale są bezradni i osamotnieni w tym.

Hannah Arendt w książce o Eichmannie zawarła fantastyczną myśl, że niezależnie od tego, że Zagłada jest zbrodnią, której rozmiaru, skali i istoty nie możemy pojąć, to jakiś akt sprawiedliwości musi zajść. Bo tego się domaga po prostu świat i tego domaga się przestrzeń, w której się pojawiają duchy. To jest motyw biblijny, czyli najstarszy motyw żydowski i chrześcijański, że gdy Kain zabija Abla (pamiętajmy o wystawie Andy Rottenberg Gdzie jest brat twój, Abel?), to o zbrodni mówi sama ziemia, w którą wsiąkła krew brata. I wobec tego jakakolwiek ustawa czy jakiekolwiek prawo, które dawałyby możliwość rekompensat czy zwrotu, są konieczne ze względu na to, że to jest podstawowy akt sprawiedliwości. Nawet jeżeli to jest potwornie trudne czy właściwie nie do rozwiązania 70 lat później.

To, że wrócą ofiary Zagłady (lub ich potomkowie) i upomną się o swoje, to podstawowy lęk, który kształtuje polską tożsamość. Po awanturze z tą ustawą uaktywnił się znów ten społeczny lęk i towarzysząca mu agresja. Opowiem o jednym jego symptomie: w Bielsku-Białej na bramie cmentarza żydowskiego zostawiono w torbie ludzkie odchody z kartką, na której sprawcy zapisują odezwę, aby Żydzi „wykopali swoich zmarłych”, żeby nie mieli do czego wracać i za czym tęsknić. Wydaje mi się, że faktycznym adresatem tej odezwy są właśnie martwi Żydzi, którzy chcą wstać i upominać się o swoje. Dopóki ich ciała tkwią tutaj, w polskiej ziemi, zawsze będzie istnieć takie niebezpieczeństwo.

To są właśnie te duchy, a może raczej zombie, o których rozmawialiśmy przed chwilą. Zmarli, którzy nie mogą spokojnie leżeć w swoich grobach, bo nie wykonano podstawowych rytuałów pogrzebowych, nie przeszło się po nich żałoby, nie umożliwiono wyparcia. Prawdziwy kłopot jest jednak z naszą pamięcią, która nie pozwala nam uznać, że należy się ofiarom zadośćuczynienie. Wtedy może ten lęk miałby szansę zniknąć.

Wrócę jeszcze do Eichmanna w Jerozolimie. Arendt pisze tam o Eichmannie, że jest to osoba, której prawo nie jest w stanie opisać, która robiła coś, na co nie ma paragrafu, z którego można by go skazać, ale – jak pisze Arendt – prawo zostało zawieszone przez sędziów, trochę puszczone bokiem, dlatego że w pewnych momentach sprawiedliwość jest ważniejsza od prawa. Jakikolwiek akt sprawiedliwości, kara, a w przypadku utraconej przez Żydów własności po prostu zadośćuczynienie są znacznie ważniejsze niż prawo, niż ekonomia, dlatego że sprawiedliwość i jakiś akt naprawczy stoją ponad tym wszystkim. Bez nich będziemy chorować, tak jak chorujemy cały czas.

Akt naprawczy jednak nie nastąpi bez wzięcia na siebie odpowiedzialności. Niezależnie od stopnia współsprawstwa, bierności czy wręcz protestu przeciwko temu, co się wydarzało, my się po prostu wzbogaciliśmy na Zagładzie. To jest fakt.

Wyparcie byłoby może gdzieś na samym końcu. Bo najpierw to trzeba przeżyć. A przeżycie tego wcale nie jest prostą sprawą. Nawet w hipotetycznym scenariuszu, że taka ustawa powstaje, no to wiemy, że byłaby wokół niej wielka awantura. Ale taka awantura pomogłaby pójść do przodu, podobnie jak to było w Niemczech w 1968 roku, kiedy kolejne pokolenie zaczęło pytać rodziców, co oni robili w czasie wojny. Był to proces potwornie bolesny, część dzieci zaczęła nienawidzić własnych rodziców. Ale to zmieniło kulturę pamięci w Niemczech.

Nie ma co sobie mydlić oczu, że taka zmiana to może być pokojowy i spokojny proces. A do tego warto sobie uświadomić, że gdy w 1968 roku w Niemczech dzieci zaczęły rozliczać rodziców z uwikłania w nazizm, w Polsce wyrzucaliśmy, całkiem dosłownie, ostatnich Żydów ze wspólnoty narodowej.

No właśnie, jak to było w Polsce? Kiedy zaczęła się ta dyskusja o przeszłości? W książce analizujesz teksty i filmy, które powstały w latach 80. lub później.

Gdybym teraz pisał tę książkę, tobym powiedział, że właściwie to wszystko zostało już powiedziane tuż po wojnie, pod koniec lat 40. Powstało wtedy mnóstwo tekstów i filmów, które wprost nazywają doświadczenia, które dopiero pod koniec lat 80. przesączają się do mainstreamu. Psychoanalitycznie można myśleć o okresie inkubacji, że jeszcze można było o tym mówić, bo to była tak współczesna historia, że ona jeszcze tak nie raniła, nie drażniła i nie bolała.

Ale w 1948 czy w 1949 roku, gdy proklamowany jest socrealizm, gdy zaczyna się cenzura i kurczy się przestrzeń na to, co może zostać powiedziane publicznie, właściwie to się na te wszystkie lata wycisza. Jednak to jest wciąż pamiętane, te doświadczenia są wciąż obecne, bo po prostu żyją ludzie, którzy byli na miejscu i którzy widzieli i pamiętali, co się działo i co sami robili. I to się na moment znów pojawia wraz z rozluźnieniem cenzury w latach 80. i chęcią części środowiska związanego z Solidarnością, żeby próbować rozszerzać polską tożsamość o niepolskie etnicznie tożsamości.

Punktem zwrotnym są oczywiście publikacje Grossa i wprowadzenie do publicznej dyskusji doświadczeń i wspomnień, o których najtrudniej pamiętać, także o doświadczeniach współsprawstwa.

Ale to wszystko zostało już opowiedziane w latach 40.

Jakimi świadkami Zagłady byli Polacy?

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.