Uncategorized

Zmyslenia cz.10

Eliza Segiet – absolwentka studiów magisterskich Wydziału Filozofii, autorka siedmiu tomów wierszy, monodramu, farsy i mikropowieści. Jej teksty można znaleźć w licznych antologiach, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich oraz World Nations Writers Union. Laureatka Międzynarodowej Publikacji Roku (2017 r., 2018 r.) w Spillwords Press (USA) oraz Nagrody Literackiej Złota Róża im. Jarosława Zielińskiego (za tom Magnetyczni) w 2018 r. Dwukrotnie jej wiersze (2018 r., 2019 r.) zostały wybrane jako jedne ze 100 najlepszych wierszy roku  w International Poetry Press Publications (Kanada). W The 2019 Poet’s Yearbook  została nagrodzona prestiżową nagrodą Elite Writer’s Status Award jako jeden z najlepszych poetów 2019 r. Nominowana do Pushcart Prize 2019 oraz do Naji Naaman Literary Prize 2020.


This image has an empty alt attribute; its file name is zmyslenia.jpg

Zmyślenia” to zbiór krótkich form prozatorskich, w których Eliza Segiet przygląda się człowiekowi zagubionemu, poszukującemu, dręczonemu, wykluczonemu.

Recenzja Kingi Mlynarskiej


Dewiant

Jeszcze kilkanaście dni temu miasteczko było wolne od przemocy, przynajmniej nie dochodziły do mieszkańców żadne informacje, że ktoś, że kogoś, gdzieś w ciemniej ulicy… Osiemnaście dni temu wszystko się zmieniło. Zapanowała okropna panika. Nie da się już tego wytrzymać, strach wyjść z domu. Od dnia kiedy po raz pierwszy podali informację, że znaleziono zwłoki mężczyzny przebranego za kobietę, wieczorami nikt nie wychodzi już z domu. Najgorsze w tym jest to, że po pierwszej, tak okrutnej, informacji do mieszkańców dotarło jeszcze siedemnaście podobnych.

Ludzie zostawali w domach. Ci, którzy musieli coś załatwić, jeździli swoimi samochodami albo wzywali taksówkę, żeby tylko nie spacerować wieczorem uliczkami miasta. Przecież z każdej bramy, zza każdego zakrętu mógł się wyłonić morderca, który czyhał na czyjeś życie. Nagle zaczęto zdawać sobie sprawę, że te morderstwa mają jakiś wspólny trzon: zabijani są tylko mężczyźni, a ściślej: osoby, które w dowodzie osobistym miały wpisaną przynależność do takiego podzbioru gatunku ludzkiego.

W cichym, spokojnym dotąd miasteczku wszyscy bali się wszystkich. Nie wiadomo było, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Niby powinno być bezpiecznie, bo ściągnięto mundurowych chyba z całego kraju – prawie na każdym rogu stał samochód, w którym siedziała władza. Policjanci chodzili nawet w cywilnych ubraniach, żeby nie wzbudzać podejrzeń ani nie wywoływać paniki. To nie pomagało. W małym miasteczku wszyscy się znają i każdy obcy od razu jest „naznaczony”. Morderca też dobrze widział funkcjonariuszy i cywili. Musiał być tutejszy! Inaczej zwróciłby uwagę.

Do walki z przestępczością włączył się ksiądz, który od niedawna jest w tej parafii. Młody, tuż po święceniach kapłańskich, wzbudzał zaufanie wśród młodzieży. Odkąd go ściągnęli do miasteczka, coraz więcej osób chodziło na msze, a do spowiedzi – to się już w ogóle nie mieści w głowie. Całe tłumy stały nieraz przed konfesjonałem. Parafianie dostawali rozgrzeszenie i z reguły jako pokutę ksiądz nakazywał uczestnictwo w wieczornej mszy. Mała mieścinka zawsze rządzi się swoimi prawami. Duchowny to ważna osoba, a pokuta musi być „odrobiona”. Kumple mówili, że lepiej wpaść na nabożeństwo, niż odmawiać sto zdrowasiek. Niby nikt po zmroku nie wychodził z domu, a na wieczorną mszę do kościoła szły tłumy. Z tą różnicą, że nikt nie chodził samotnie. Lgnęli do młodego, grającego na gitarze kapłana. Dla wszystkich był wzorem cnót.

− Chciałbym być taki jak on − debatowali między sobą.

– A kto by nie chciał? Przecież ma zawsze ugotowane, uprane, a do szczęścia brakuje mu tylko kobiety − zaczęli się bardzo śmiać.

− A może mężczyzny? – spytał Adrian.

Kiedy rano włączyli wiadomości i zobaczyli, że w ich – dotąd cichym i spokojnym – miasteczku zabito kolejnego mężczyznę, dreszcz przeszedł po ich ciałach! Ale kiedy do drzwi zapukali policjanci z pytaniem, czy rozpoznają osobę na zdjęciu, prawie zemdleli. To był Adrian, który wczoraj wieczorem rozbawiał ich swoimi wyobrażonymi fantazjami seksualnymi na temat orientacji seksualnej księdza wikarego. Wszyscy, oprócz Adriana, mieszkają w bursie dla uczniów szkoły rolniczej, tylko on jeden mieszkał tutaj – w tej koszmarnej miejscowości − u rodziców.

Zastanawiali się, w co mają wierzyć i kogo słuchać. Śmierć kolegi zabiła w nich wszystkie pozytywne wartości. Pozostała tylko chęć zemsty. Postanowili chodzić całymi grupami i w końcu dopaść dewianta! Wieczorem – jak zwykle − poszli na mszę, a po niej postanowili zaczaić się z tyłu budynku, za żywopłotem, i patrzeć, co dzieje się w mieście po zmroku. Nie bali się, bo byli ukryci całą siedmioosobową ferajną. Uznali, że morderca jest jeden i sobie z nim poradzą. Uzbrojeni w noże, pałki i gaz łzawiący wypatrywali swojej ofiary – dewianta, który zabił ich przyjaciela. Przecież dopóki mordowani byli ci dalsi, których zna się tylko z widzenia, to jakoś inaczej się do wszystkiego podchodzi, ale kiedy nie żyje ktoś, z kim jeszcze wczoraj można było sobie żartować, to przybrało zupełnie inny wymiar.

– Dopaść zboczeńca! Dopaść drania!

Leżeli prawie jeden na drugim, żeby ich nie było widać zza krzaków. Nagle spostrzegli, jak zza rogu wychodzi ksiądz – ich ksiądz, któremu do dzisiaj tak ufali. Teraz postanowili nie ufać już nikomu, nawet jemu. W rozmowach między sobą ustalili, że zanim wyznaczył pokutę, wszystkim zadawał podobne pytania:

– Czy ciebie nie ciągnie do chłopców, czy nigdy nie myślałeś o seksie z mężczyzną?

Sam od razu odpowiadał:

– To jest największy grzech, jaki może popełnić człowiek. Mężczyzna z mężczyzną to jest grzech niewybaczalny. Trzeba niszczyć zło!

Szeptali między sobą:

− A może to on? Święty ksiądz, który chce oczyścić świat ze zgnilizny seksualnej. To jest prawdopodobne. Nikt nie brałby go pod uwagę, ale w tej sytuacji każdy trop jest ważny. Musimy mu się dokładnie przyjrzeć.

− Panowie, który idzie na wabia?

− Ja się boję− przyznał Robert.

– Ja też – dopowiadali koledzy.

− Dobra – stanowczo powiedział Jakub. − Ja idę! Pytał mnie, jak ja z chłopcami… a ja powiedziałem… że… nie zrozumcie mnie źle! Chcę się z wami przyjaźnić, ale…

− Gadaj, o co chodzi – dopytywali.

− A ja mu powiedziałem, że lubię chłopców… też!

− Ja cię sunę, aleś frajer! – zadrwił Filip. – Idź i go prowokuj, wyjdź znienacka, jakbyś się spieszył do bursy.

– Jakubie, Jakubie − z oddali wołał ksiądz. − A dokąd ty tak gnasz?

Jakub stanął z drugiej strony żywopłotu i czekał na wikarego. A kiedy stali już na jednej linii frontu – jak można to nazwać – odpowiedział:

− A, proszę księdza, do bursy idę, bo chłopaki już się pewnie martwią o mnie.

− A mówiłeś im, że lubisz chłopców?

− Coś wspominałem, ale zaczęli się śmiać i powiedzieli, że mi nie wierzą.

− Oj, to chyba uwierzą!

− A jakim cudem?

− Jak to jakim? Jak cię rano znajdą w bramie. Bo wyobraź sobie, że jestem wysłannikiem z góry i mam niszczyć zło w zalążku. Geje, seksualni dewianci… muszą zniknąć z tego świata.

− Ksiądz żartuje, prawda? – spytał drżącym głosem Jakub.

– Nigdy nie żartuję, chyba tylko wtedy, gdy mówię, że żyję w celibacie – zadrwił − i jeszcze jak przebieram się w ten śmieszny strój. Przecież nie jestem tym, za kogo się podaję.

Nagle zza drzewa wybiegli koledzy Jakuba z okrzykiem:

− Już dość, ty perfidna gnido, ty zboczeńcu, morderco! Ty skur… Ty skurczybyku! A my przed tobą, ty porąbany dewiancie, odkrywaliśmy swoje grzechy. Zasrany twój interes, kto z kim sypia! Każdy ma prawo żyć swoim życiem! Kochać się z kim chce. Nie wolno nigdy nikomu układać życia! My ufaliśmy tobie, a ty jesteś zwykłym ścierwem z defektem umysłu!

− Chłopaki, nie wygłupiajcie się, ja tylko żartowałembronił się „wikary”.

– A my nie! – krzyknęli jednogłośnie.


Poprzednie odcinki TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.