Uncategorized

Paskuda


Zenon Rogala

Dzisiaj wstałam jakaś taka zmęczona i zziębnięta. Obudziłam się kiedy już robiło się jasno, kiedy zaspany jeszcze ranek naciągał na siebie tę muślinową  mglistą kołderkę. Jeszcze leżałam, jeszcze nie zdecydowałam czy już wstawać, czy pozwolić organizmowi samemu dojść do właściwej formy. Słowem nie wypoczęłam tej nocy i rozbudzona raczej chłodem niż dosytem snu, nadal leżałam zimna i zmęczona myśląc o planach na dzień dzisiejszy, czyli o najbliższej swojej przyszłości. Wczorajsze doświadczenie nie było dla mnie zbyt budujące. Widziałam jak ludzie odwracali się na mój widok i coś szeptali pokazując niby to za siebie, ale ja wiedziałam, że to mnie obgadywali. Może to te złe doświadczenia wczorajszego dnia przykleiły mnie do mego zimnego wyrka. Ale jak tylko wstanę pokażę na co mnie stać.

Wstałam powoli, bo już samo leżenie jeszcze bardziej było męczące. Wiedziałam, że wszystko musi odbywać się w swoim czasie. Nic na siłę, taką mam zasadę. Albo jeszcze taką i o wiele ważniejszą – wszystko w swoim czasie.

– Przejdę się, – pomyślałam, 

– Przejdę się po wsi i sprawdzę czy moje wczorajsze obawy o to, że ktoś robi mi złą opinie mają jakieś podstawy czy nie. W każdym przypadku muszę walczyć o swoją pozycję, – takie podjęłam postanowienie.

Wzorem najlepszych strategów postanowiłam zasięgnąć języka, ale najlepiej i najpewniej zrobię to w podstępny sposób. Zbliżę się do pojedynczych, czy stojących na przystankach, czy też idących poboczem drogi ludzi. Oni nie świadomi, że są podsłuchiwani zawsze powiedzą to co myślą.

Idę więc, ale dla pewności i zyskania na czasie, postanowiłam iść skrótem przez łąkę, aby  szybciej do drogi się przedostać. Widzę, że trawa, ta po której stąpam, ta ledwo nad ziemią rosnąca, pokrywa jest szarym szronem. Liche kępki jeszcze kilka dni temu całkiem zielone, dzisiaj kiedy tylko minę je w pośpiechu, przybierają srebrzystą barwę i sztywnieją jak zmrożone. Szłam dość szybko, żeby samej się rozgrzać i żeby nie wyglądało, że jestem jakaś zaspana, bo ludzie wszystko widzą i o wszystkim chcą wiedzieć. Zwłaszcza na wsi. O, znam ja ich słabości i znam na wylot ich interesowny instynkt przetrwania. Marsz do drogi nieco mnie rozgrzał, a i słonce przyszło mi z pomocą, bo dość zuchwale zaczęło swój dyżur na niebie. Kiedy byłam już na drodze obejrzałam się na łąkową trasę, którą przebyłam. Nawet się zdziwiłam, bo widzę, że zostawiłam po sobie trwałe ślady. Na wysokich badylach co jeszcze stoją, ale nic w nich już życia, bo wyciekło ono w głąb ziemi, a część wyparowała w powietrze. Więc te badyle sterczące chciałam nieco podtrzymać, żeby stały jak najdłużej.  Powiązałam je srebrnymi niteczkami między sobą, żeby nawzajem się wspierały kiedy wpadnie tu znienacka wiatr porywisty. O, umie on narobić szkód w tych szuwarach i na całym tym zachwaszczonym polu. On jest moim pierwszym sprzymierzeńcem i najbardziej mi się podoba, bo zrzuca z drzew martwe liście. A zanim znajdzie dla nich stałe miejsce bezlitośnie przerzuca nimi z kąta w kąt. 

Ale nic. Uwaga, bo coś się święci. Już będąc na drodze spotkałam idącą dwójkę dzieciaków. Chyba szli do szkoły, bo tornistry na plecach i dość cieple kurtki na sobie mieli. 

– Nie, jeszcze będzie dzisiaj ciepło, ale mama powiedziała, żebym szalik i rękawiczki przygotowała, bo bez nich do szkoły mnie  nie puści. – to mówiła to dziewczynka co jej dwa warkocze jak mysie ogonki wystawały spod cienkiej czapki.

– Moja mama mówi, że w tym roku nie przyjdzie tak szybko i jeszcze wiele słonecznych dni przed nami – tak odpowiedział chłopak

– Nie jest źle, – pomyślałam.  U młodzieży mam w każdym razie swoich popleczników. Ciekawe jak jest wśród starszych.

Niebieski przystanek autobusowy stojący w małej zatoczce pełny był przyszłych pasażerów. Stanęłam niewidoczna z boku i słucham, 

– Nie, nie pozwolę  się zaskoczyć  jak w zeszłym roku. O, niestety nie mogę leżeć przeziębiona z katarem i wyrzucać sobie, że dałam się zwieść na jej pozorne ciepło. Niedoczekanie jej, nie powali mnie chorobą jak rok temu. Tobie też radzę, bo ta… przychodzi zwykle niespodziewanie.

Słońce było w moim kamuflażu bardzo pomocne. Usypiało czujność niektórych, a na tych niezdecydowanych najbardziej mi zależało. Bo oni stawali się najczęściej moimi pokonanymi w pierwszej kolejności. Mściłam się na nich bez  litości kładąc po kolei do łóżek za to, że nazywali mnie i przezywali brzydkimi epitetami, na przykład jakoś tak, PLUCHA, – to przezwisko mogłam jakoś znieść. Plucha to jeszcze nic groźnego, nawet niech mówią na mnie plucha i tak nic sobie z tego nie robię. W tym przezwisku przeważa raczej złość na deszcze, które owszem padają nawet dość często, ale ja nic na to nie poradzę.

Mówią także –  MACOCHA, – to już trochę gorzej, bo nikomu celowo krzywdy nie robię, wszystkich traktuję jednakowo i dla wszystkich jestem może surowa, może bezwzględna, ale zawsze to jestem matką, a nie macochą. Jak ktoś tak na mnie mówi musi się liczyć, że odpłacę mu z nawiązką.

Usłyszałam też jeszcze w zeszłym roku takie bardzo krzywdzące mnie przezwisko – SZARUGA. Dla mnie jako kobiety jest to najbardziej dotkliwe przezwisko. Czuję, że cierpi na tym moja cześć i kobieca duma. Szaruga ma w sobie smutek, szarość i zwątpienie. Szaruga to koleżanka Marudy, Obłudy i Ułudy.

Z nimi nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego. Kiedy tylko mogę, unikam ich jak ognia i trzymam się od nich z daleka, ale ich niecne knowania sprawiły, że i mnie coraz częściej zaliczają w poczet ich towarzystwa. Nic bardziej mylnego, odcinam się od nich stanowczo. Jest jeszcze jedno przezwisko, które doprowadza mnie do furii. Kiedy tylko je usłyszę, kiedy dowiem się, że ktoś mówi o mnie w ten sposób i używa wobec mnie tego najbardziej paskudnego określenia, moja obojętność i pobłażliwość zamienia się w niszczycielską pasję. Wtedy cała odpowiedzialność za moje poczynania spada na tych, co takim paskudnym słowem mnie nazywają. To oni ponoszą winę za moje działania.

Wracałam powoli na swoje miejsce. Ten krótki rekonesans przekonał mnie ile jeszcze przede mną pracy i to tej najcięższej. Liście postrącać i przegonić je do rowów przydrożnych i na pobocza dróg. Gałęzie, a zwłaszcza te uschnięte pozrzucać z drzew, połamać, porozrzucać po szosach drogach i tych polnych i tej najgłówniejszej, co przez wieś prowadzi. Nitki babiego lata porozciągać między tymi nisko zawieszonymi gałęziami i wyschniętym badylami. Szare i ledwo zaorane pola zmoczyć deszczówką, żeby się ziemia do syta napiła tej wody życia, zanim twarde lody skują ją na amen i żeby do wiosny doczekała w dostatku. Zagrody wiejskie odwiedzić i gospodarzom uświadomić, że budy psie ocieplić trzeba, bo za czas jakiś sprawdzę wszystko dokładnie. Pościel suszącą się na polu porządnie kołkami pozapinać, a uschnięte kwiaty ze skrzynek usunąć, bo je powyrywam z korzeniami.

Wracałam powoli na swoje miejsce. Coś mnie podkusiło, żeby do tej siedzącej pary przed domem podejść. Dziwny mieli zwyczaj, że siedzieli na schodkach wiodących do ich domu, Szklanki z czarną kawą stały bezpośrednio na stopniach schodowych, a oni niczego nieświadomi, że wszystko słyszę rozmawiali ściszonym głosem. Usiadłam obok i już się zdawało, że jeszcze mogę trochę poleniuchować, że zgodnie z moją zasada na wszystko przyjdzie czas, gdy słyszę jak ten palący mówi do, chyba swojej żony, bo smutna jakoś siedziała obok.

– Coś mi się zdaje, że ta PASKUDA jest już tuż, tuż.. 


Wszystkie wpisy Zenona TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.