Uncategorized

Podróże kształcą



Dzieci tych, którzy przeżyli holokaust, a które przyszły na świat w powojennej Polsce, nie posiadały licznych krewnych.
Pod tym względem nasza rodzina nie była wyjątkiem. Troje z moich dziadków miało dość rozsądku, aby zejść z tego świata przed 1939 rokiem.  Dożył jedynie ojciec taty. Dożył chwili, gdy niemiecki kanonier postanowił inaczej: odpalając we wrześniu 1939 roku z Woli haubicę w kierunku ul. Zamenhofa, gdy tam właśnie odbywał się rodzinny niedzielny obiad.

Nikt z rodzeństwa mojego ojca nie przeżył Shoah, a rodzeństwo mamy wyemigrowało do USA na długo przed wojną.
Wyjątkiem był jej starszy brat, który ze swoją bardzo ładną – sądząc po ówczesnej fotografii – młodą żoną Helą  uciekł do Związku Radzieckiego, gdzie poległ w czasie bitwy pod Stalingradem.

Zatem w sytuacji, kiedy pojęcia typu stryjenka, wujenka, itp. były mi, w przeciwieństwie do moich rdzennie polskich sąsiadów i kolegów szkolnych, zupełnie nieznane, funkcje wujków oraz ciotek  pełnili przyjaciele naszych rodzicówo podobnie mizernych drzewach  genealogicznych.


Tego typu układ miał zapewnić mnie i mojej starszej siostrze dostęp do odpowiedniej ilości substytutów  kuzynów i kuzynek.
Problem mój polegał na tym, że ogromna większość tych „przyszywanych” kuzynów było typowymi żydowskimi wunderkindami, którzy już w szóstej klasie zajadle dyskutowali nad hipotezą cyfr niepodzielnych Goldbacha, aby parę lat później zdobywać laury w międzyszkolnych olimpiadach matematycznych i fizycznych.
Ja, który zwłaszcza w przedmiotach ścisłych stabilnie  znajdowałem się na poziomie pomiędzy wyższą oligofrenią a niższą granicą kognitywnej normalności, miałem relatywnie mało do zaoferowania w tych dyskusjach.

Jedyną moją cechą, którą posiada każde dziecko z szanującej się rodziny żydowskiej, były moje szmery serca. Ostry reżym lekarski, bezwzględnie egzekwowany przez moją mamę, zezwalał mi jedynie na oglądanie z parapetu mojego okna na 3. piętrze podwórkowych turniejów piłki nożnej, strzelanie z kluczy, wrzucanie amunicji myśliwskiej do ogniska itd.

Wiadomo jednak, że jeżeli pacjent się uprze, że chce być zdrowy, to lekarze są bezsilni.
Już w pierwszej klasie liceum, nie bacząc na lamenty mamy, zacząłem normalne, aktywne życie młodego człowieka.
Nie tylko udało mi się przeżyć, ale nawet  nauczyciel  wuefu w moim zacnym męskim liceum, gdy lustrował po wakacjach nasz szereg rozebranych do pasa uczniów,  zauważył:

  • Bień, jak ty się rozwinąłeś! Jak zobaczyłem ten tors gladiatora, nogi mi się ugięły…
    Człowiek ten potrafił zresztą docenić także piękno kobiecego torsu. Kiedy kilka lat później, gdy moje zacne męskie liceum zdegradowano już do koedukacji, spędził on z jedną z uczennic kilka niezapomnianych chwil pod obozowym namiotem, co obniżyło loty jego tak dobrze rozwijającej się kariery pedagogicznej.
    Czy zatem dziwi kogoś fakt, że dwaj chłopcy, których  wyżej wspomniana piękna szwagierka mojej mamy powiła 2 i 5 lat po wojnie i po zawarciu  nowego związku małżeńskiego, byli postrzegani przeze mnie jako autentyczni kuzyni? Nawet jeżeli nie było między nami więzów krwi w stricte tego słowa znaczeniu.

Rodzina ta mieszkała na Starówce, romantycznej dzielnicy artystów, gdzie, jak głosiła piosenka, panowała radość i spokój. Ojciec chłopców, pochodził z długiej linii utalentowanych żydowskich klezmerów a swój talent przekazał obu synom. Obaj też zapowiadali się od dziecka na muzyczną prominencję na dwóch różnych  instrumentach smyczkowych.

Czułem się prawie jak w Padwie w ich niewielkim mieszkaniu, z którego widać było wykusze innych staromiejskich kamieniczek, a z oddala dochodził głos sygnaturki kościoła Św. Marcina. Przy oknie sylwetka starszego kuzyna wytrwale ćwiczącego trudne skrzypcowe pasaże Paganiniego…
Przy stole siedzi jego ojciec uważnie przysłuchując się produkowanym przez syna frazom. W brązowych od nikotyny palcach trzyma nieodzownego piasta. Przerywa  mu chwilami i nuci jakiś fragment, który jego zdaniem należałoby zinterpretować inaczej. Na komodzie piętrzą się zgromadzone materiały z nutami na użytek trzech muzyków tego domostwa.

Rodzice obu chłopców często rozmawiali ze sobą w jidysz. Obaj synowie też znali ten język.To dodawało jeszcze egzotyki temu domowi na Starówce. Młodszy ode mnie  o dwa lata kuzyn Kuba był moim bliskim druhem od dzieciństwa.
Charakteryzowała go szczupła budowa ciała i ogromna czupryna ciemnych loków  prawie jak u Angeli Davis.
Myślę, że ta egzotyczna aparycja wymagała od niego sporej dozy street smartness, że się tak wyrażę, po ”aryjskiej” stronie. Mimo że jako rzekłem, lichej postury, do strachliwych nie należał.


Któregoś dnia, gdy młodszy kuzyn Kuba i ja siedzieliśmy na ławce przy Placu Zamkowym kontemplując niezaprzeczalne sukcesy socjalistycznej urbanistyki w  postaci schodów ruchomych Trasy W-Z, usiadło obok nas dwóch osobników, których w dzisiejszej nomenklaturze opisalibyśmy jako meneli.
Jeden z nich gestem, który zapewne w zamierzeniu miał być żartobliwie-przyjazny, uszczypnął 12-letniego wówczas kuzyna w jego rachityczne kolano. Ten zmierzył go zimnym pojrzeniem i upomniał :

  • Nie spoufalać się!
  • Idź, Jude, bo jak cię kopnę w p…dę, to polecisz!! – warknął w odpowiedzi urażony menel, owiewając nas obu oddechem silnie wskazującym na obecność etylenu w organizmie.
  • Pomyłka, ozięble  poinformował go kuzyn. Nie mam p…zdy.
    Czując, że lada chwila nastąpi pogwałcenie obowiązującej wówczas doktryny ”ręce precz od Kuby!”, łapię kuzyna za rękaw i nakłaniam do odwrotu.

Natomiast starszy kuzyn uzyskał sporą dozę samodzielności w dość wczesnym wieku. Tereny łowieckie jego erotycznych zdobyczy obejmowały nawet Warszawę prawobrzeżną, dokąd jako nastolatek udawał się tramwajem mostem Śląsko-Dąbrowskim.
Kiedy został studentem Konserwatorium, nie musiał już używać środkówkomunikacji miejskiej, bowiem stał się posiadaczem czerwonego bmw, co wydatnie powiększyło jego łowieckie rewiry, że o współczynniku sukcesu nie wspomnę.
Źródłem tego bogactwa był pewien odskok od muzyki klasycznej.
Został on mianowicie ważnym członkiem zespołu  ragtime’owego  popularnego nie tylko w Polsce, ale i na złotodajnym Zachodzie. Te muzyczne fanaberie były źródłem wielkiej troski seniora rodu. Na szczęście marcowa emigracja ponownie sprowadziła młodego wirtuoza na właściwe tory.

Tu należałoby wspomnieć o pewnym dramatycznym epizodzie, który wydarzył się nieletniemu Kubie, jeszcze bez prawa jazdy. Z dużą fascynacją przeżywał z pozycji pasażera rejsy czerwonym sedanem starszego brata po Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu i okolicach, magnetycznie przyciągającym adorujące spojrzenia młodych kobiet, z których znaczna ilość i tak znała już ten pojazd bliżej.
Któregoś dnia, podstępnie wyciągnąwszy kluczyki ze schowka postanowił spróbować szczęścia na własną rękę. Czerwone cudo było zaparkowane na Placu Zamkowym, a w jego wypolerowanym lakierze odbijała się dumnie Kolumna Zygmunta.
Motoryzacyjny debiut kuzyna był w zamierzeniu skromny. Planował  podjechać z miejsca parkowania 5 metrów do stojącej tam dorożki. Plan ten został w pełni zrealizowany. Jednak pech chciał, że młody adept motoryzacji nie potrafił wrzucić wstecznego biegu, co wymusiło na nim podjęcie desperackiej decyzji objechania całej Starówki, by powrócić do miejsca parkowania  samochodu  i nie wywołać niczyich podejrzeń, zwłaszcza starszego brata.

Podróż Podwalem odbyła się bez zakłóceń, choć młodszy kuzyn ściskał kierownicę nie mniej kurczowo, niż mijany tam szewc bohater, Jan Kiliński szablę. Kolokwialnie mówiąc, schody zaczęły się dopiero na ul. Freta.
Promień łuku, który zatoczył kuzyn z zamiarem bezpiecznego przeprowadzenia bmw przez wąską bramę Barbakanu, okazał się za krótki i debiutant motoryzacji trafił w fortyfikację, wywołując uszkodzenia, jakich ta nie doznała od czasu potopu szwedzkiego. Podróże zwykle kształcą, ta jednak odkształciła zarówno pojazd jak i Barbakan.

Nie długo później cała ta rodzina wyjechała na falach marca do Danii.
Moi kuzyni nie zagrzali zbyt długo miejsca w Kopenhadze, bo byli chyba skrojeni na większe metropolie. Ich rodzice pozostali w tym mieście, a ciocia Hela dożyła sędziwego wieku. Do końca życia zachowała dobre serce i współczucie dla cierpień innych.
Któregoś dnia Kuba postanowił obdarować ją nowym telewizorem, który z razem wtaszczyliśmy na  drugie piętro. Po podłączeniu Kuba próbnie przerzuca dostępne kanały. 

  • Po co mi taki wielbrzym*?  utyskuje przytłoczona z lekka ogromem nowego sprzętu elektronicznego ciotka.

* Tu muszę wprowadzić odrobinę didaskaliów: „wielbrzym” to udana kombinacja słowa „wielgas” i „olbrzym”. Podobnym  połączeniem zasłyszanym u kogoś innego jest neologizm powstały ze słów „bujanka” i „huśtawka” czyli „hujanka”. Jeszcze inny trafny przykład to „psica”, słowo oparte na logicznej dedukcji z etymologicznej zależności słów: lew-lwica, a zatem pies-… no, przecież mówię? (przyp. autora)
W niekończącej się defiladzie kanałów, ku naszemu zaskoczeniu, pojawia się nagle kanał porno.
Kamera pokazuje przez chwilę twarz „gwiazdy”, która wydaje w uniesieniu głośne jęki  i zezuje w ekstazie.

  • Ujś, zasłabła! – załamuje ręce z charakterystyczną dla siebie empatią ciocia Hela.
  • Tak, poczuła silną słabość – cynicznie potwierdza kuzyn i szybko przerzuca na National Geographic. Powiedziałbym: z deszczu pod rynnę, bo tam akurat pokazują, jak jak to robi i szop pracz ze swoją praczką.
    Moi kuzyni mieszkają dziś w różnych krajach. Młodszy po krótkiej karierze dyrygenckiej  rozpoczął udane interesy na całym świecie. Mieszka w pałacu i ma kolekcję klasycznych limuzyn z lat 30-tych, z których nawet najmniejsza nie zmieściłaby się w bramie Barbakanu.I nadal mało czego się boi.

O ile mi wiadomo, mury obronne zostały z wydatną pomocą Fundacji Restrukturyzacji Europejskiej doprowadzone  do stanu ex ante z opisanego powyżej zamachu.
Dziś nadal można kupić tam statuetkę Żyda z grosikiem, a ta kombinacja ponoć  przynosi więcej  szczęścia, niż zestawienie Żyda z bmw i brakiem prawa jazdy.

Kategorie: Uncategorized

7 odpowiedzi »

  1. Krzysiu! Tyle ciepła, miłości i nostalgii w Twoim opowiadaniu! A opis Starówki poprostu piękny!

  2. Krzysiu , po prostu jesteś genialny . Dowcipny , inteligentny i rozrywkowy . Domyślam się o kim piszesz . Gratuluję.

  3. Rzadko mi sie zdarza smiac sie na glos przy czytaniu felietonow na Reunion 69, ale tym razem smialam sie i czytalam szukajac w pamieci tych warszawskich zydowskich dzieci. Dziekuje Ci Krzysiu za wspomnienia o rodzinie, ktora znales i tych ktorych nie udalo Ci sie poznac osobiscie.

  4. Krzysiek genialnie piszesz ! 👍
    Widze ze twoje talenty literackie, artystyczne i sportowe z nawiązką kompensują rzekomy brak uzdolnień matematycznych, w co zreszta za bardzo nie wierze … 😁

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.