Uncategorized

Dwadzieścia cztery minuty owacji i milczenie reszty świata

Autor
Anne Goldschmid

Podsumowanie w jednym zdaniu

Artykuł analizuje mechanizm, w którym współczucie opinii publicznej bywa zarezerwowane wyłącznie dla bezbronnych ofiar, co prowadzi do podwójnych standardów i moralnego niezrozumienia wobec państwa lub jednostki, które decydują się na obronę i odzyskują sprawczość.


Ofiara powinna być słaba. Najlepiej tak słaba, żeby nie mogła odpowiedzieć. Powinna uciekać, płakać, wołać o pomoc, leżeć pod gruzami albo pozostawić po sobie ostatnie nagranie w telefonie. Wtedy wszystko układa się w porządek łatwy do zrozumienia: wiadomo, kto cierpi, kto krzywdzi, komu należy współczuć, a kogo osądzić. Gorzej, kiedy człowiek podnosi się z ziemi. Jeszcze gorzej, kiedy okazuje się, że ma za sobą państwo, armię, wywiad, samoloty i broń, a na przemoc potrafi odpowiedzieć przemocą. Ten, któremu przed chwilą współczuliśmy, odzyskuje sprawczość i przestaje pasować do przygotowanego dla niego miejsca – tak jak gdyby możliwość obrony odbierała mu część prawa do wcześniejszej krzywdy.

Kurt Gray i Daniel Wegner opisali w 2009 roku na łamach amerykańskiego czasopisma „Journal of Personality and Social Psychology” mechanizm nazwany moralnym obsadzaniem ról. W siedmiu badaniach wykazali, że mamy skłonność do rozdzielania dwóch cech, które w prawdziwym życiu bardzo często występują u tej samej osoby: zdolności działania oraz zdolności doznawania krzywdy. Im silniej postrzegamy kogoś jako sprawczego, zdolnego wpływać na innych i odpowiadać za własne czyny, tym trudniej dostrzegamy jego podatność na cierpienie. Człowiek widziany przede wszystkim jako ofiara wydaje się z kolei mniej zdolny do działania. To skrót, którym posługuje się nasza percepcja, a nie opis rzeczywistości.

Izraelczyk fatalnie pasuje do tego schematu. Siódmego października może uciekać z festiwalu Nova, siedzieć z dziećmi w schronie, szukać porwanej matki albo dowiadywać się o zamordowanych przyjaciołach. Kilka dni później ten sam człowiek zakłada mundur, bierze karabin i jedzie do jednostki. Nic z tego, co wydarzyło się wcześniej, nie zostało cofnięte. Zmieniła się jedna rzecz: przestał być bezradny.

Przez dziesięciolecia uczono nas rozpoznawać żydowską krzywdę. Pokazywano wagony, walizki, buty, fotografie ludzi prowadzonych na śmierć i puste miejsca po tych, którzy nie wrócili. Budowaliśmy muzea, odsłanialiśmy pomniki, organizowaliśmy rocznice i powtarzaliśmy „nigdy więcej” z taką regularnością, że stało się to niemal częścią alfabetu przyzwoitości. Nauczyliśmy się bardzo dobrze rozpoznawać bezbronnego Żyda. Znacznie gorzej radzimy sobie z tym, który postanowił, że nie będzie już bezbronny.

To hasło jest łatwe, dopóki wypowiada się je nad grobem, lecz znacznie trudniejsze staje się wtedy, kiedy żywi próbują potraktować je dosłownie. Wtedy kończą się wieńce i przemówienia, a zaczynają granice, schrony, wywiad, armia, obrona przeciwrakietowa, odstraszanie oraz możliwość użycia siły. Zaczynają się również błędy, nadużycia, decyzje, które trzeba kontrolować, i czyny, za które należy ponosić odpowiedzialność. Prawo do obrony nikogo z tego nie zwalnia.

Trudno jednak przez dziesięciolecia nauczać, że bezbronność Żydów była katastrofą, a potem reagować zgorszeniem na fakt, że wyciągnęli z tej lekcji wniosek bardziej praktyczny niż coroczny wieniec. Im silniejszy jest dzisiejszy Izrael, tym trudniej części odbiorców przyjąć, że może zostać skrzywdzony. Im skuteczniej przechwytuje rakiety, tym mniej groźna zaczyna wydawać się rakieta. Im większą posiada przewagę wojskową, tym częściej sama ta przewaga zaczyna zastępować odpowiedź na pytanie, kto napadł, kto się broni i jakie były cele obu stron. Jak gdyby skuteczność obrony działała wstecz i pomniejszała zagrożenie, które tę obronę uczyniło konieczną.

Coraz częściej patrzymy na świat jak na radziecką kreskówkę o wilku i zającu. Wilk jest większy, ma duże zęby, więc nawet kiedy sam zostaje rozszarpany, nie budzi takiego współczucia jak zając. Zając jest słabszy, więc jego cierpienie automatycznie staje się niewinne. Wilk musi najpierw udowodnić, że zasługuje na żal – i to nieważne, kto pierwszy zaatakował, kto kogo porwał i czego tak naprawdę chce. Obsada i tak została rozdzielona na podstawie gabarytów. Niestety, polityka międzynarodowa nie jest kolejnym odcinkiem Wilka i zająca, a słabość nie jest przymiotem charakteru ani dowodem czyjejś niewinności.

Rzeczywistość bywa zazwyczaj oporna wobec takich podziałów. Państwo może mieć ogromną przewagę militarną i zostać napadnięte; organizacja, która jest znacznie słabsza od przeciwnika, może dokonać masakry. Wypieramy fakt, że człowiek może być jednocześnie ofiarą i żołnierzem. Armia walcząca po napaści może podczas wojny popełniać przestępstwa – to dzieje się podczas każdej wojny.

Palestyńskie dziecko nie odpowiada za Hamas, tak jak izraelskie dziecko nie odpowiada za Netanjahu. Śmierć cywilów w Gazie można uważać za tragedię, żądać badania konkretnych ataków i jednocześnie uznawać prawo Izraela do walki z organizacją, która 7 października wtargnęła na jego terytorium, mordowała mieszkańców i uprowadziła zakładników. Te zdania nie powinny sobie przeczyć. Ale kiedy dzielimy ten świat na wilki i zające, jedne z nich z łatwością wykreślamy.

Kino wyjątkowo dobrze potrafi taki świat porządkować, bo nie musi nawet kłamać. Wystarczy zdecydować, kto otrzyma imię, twarz, głos i zbliżenie, a kto mundur, ekran, samolot i komputer. Po jednej stronie stoi więc człowiek, po drugiej aparat. Jeden doznaje, drugi działa. Wszystkie pokazane elementy mogą być prawdziwe, a widz i tak otrzyma gotową, jedyną możliwą hierarchię współczucia.

W 2025 roku w Wenecji pokazano The Voice of Hind Rajab w reżyserii Kaouther Ben Hanii. Film opowiada o 6-letniej Hind, uwięzionej w samochodzie pod ostrzałem w Gazie, i wykorzystuje jej autentyczny głos z rozmów z Palestyńskim Czerwonym Półksiężycem. Publiczność zareagowała owacją trwającą około 23 minut, a obraz otrzymał Srebrnego Lwa – Wielką Nagrodę Jury.

Hind Rajab powinna być opłakiwana. Bez żadnego „ale”. Śmierć dziecka nie staje się mniej straszna dlatego, że po drugiej stronie wojny istnieje Hamas. Jeżeli słyszymy głos przerażonej dziewczynki i niczego nie czujemy, problem leży w nas samych.

Znacznie ciekawsze jest jednak to, co robimy z jej historią później. Jedno nazwisko przestaje oznaczać pojedynczego człowieka i zaczyna reprezentować całą opowieść o wojnie, państwie i armii. Osobista tragedia otrzymuje znaczenie polityczne daleko wykraczające poza konkretną śmierć. Kino ma do tego pełne prawo; chciałabym jedynie wiedzieć, dlaczego tak daleko idąca operacja znacznie rzadziej odbywa się w przeciwnym kierunku.

Kfir Bibas. Ariel Bibas. Shani Louk. Hersh Goldberg-Polin. Ich nazwiska były znane daleko poza Izraelem. Spróbujmy jednak wymienić następnych dziesięć osób zamordowanych albo uprowadzonych 7 października – bez telefonu i wyszukiwarki. Jeszcze ciekawsze jest pytanie, co stało się z tymi historiami później. Czy zamordowanie izraelskiego dziecka zostało potraktowane jako klucz do interpretowania ideologii jego porywaczy równie łatwo, jak śmierć palestyńskiego dziecka staje się kluczem do interpretowania Izraela? Czy ciało młodej kobiety wywiezionej z festiwalu Nova stało się podstawą równie szerokich rozważań o środowisku, które wyprodukowało jej zabójców? Czy los zakładników uruchomił równie intensywne pytania o wieloletnią edukację, propagandę i kult przemocy pod rządami Hamasu?

I bardzo ważne: w przeciwieństwie do moich oponentów nie postuluję odpowiedzialności zbiorowej – właśnie przeciwnie. Jeżeli uważamy ją za niedopuszczalną, nie może ona obowiązywać wybiórczo.

Rok później Wenecja dostała Nazę Yuvala Abrahama i Rachel Szor. W oficjalnym opisie Biennale film nie pyta, czy izraelski system prowadzenia wojny powoduje masowe zabijanie cywilów – opis wprost stwierdza, że dokument ujawnia mechanizmy stojące za „wyrachowanym masowym zabijaniem palestyńskich cywilów w Gazie”. Kropka. Naza zdobyła Nagrodę Specjalną Jury.

Nie będę prowadzić śledztwa dotyczącego technologii wojskowych ani rozstrzygać każdego zarzutu postawionego w tym filmie. Bardziej ciekawi mnie, dlaczego jego konstrukcja tak idealnie trafia w sposób, w jaki nauczyliśmy się rozdzielać sprawczość i cierpienie. Izrael występuje jako system, bo dysponuje informacją, technologią, procedurami, bronią i możliwością podejmowania decyzji o użyciu siły. Palestyńczyk pojawia się jako człowiek doznający skutków działania tego systemu. Psychologiczny skrót opisany przez Graya i Wegnera dostaje gotową scenografię.

Film przyjęto owacją trwającą około 24 minut, a później uhonorowano nagrodą. Dwadzieścia cztery minuty to już nie są zwykłe brawa. Po kilku minutach reakcja na film zaczyna mieszać się z reakcją na reakcję innych. Ludzie wstają, patrzą na stojących obok, słyszą okrzyki, widzą kamery skierowane w stronę sali i wiedzą, że uczestniczą w wydarzeniu, które samo stanie się wiadomością. Widownia zaczyna oglądać także samą siebie.

Nie znam myśli ludzi stojących wtedy w Wenecji. Nie muszę ich znać. Interesuje mnie ten zadziwiający spektakl zbiorowej pewności. Według mnie festiwal powinien być miejscem, w którym sztuka potrafi człowieka uwierać, komplikować jego przekonania i zostawiać go z czymś, czego nie da się natychmiast zamknąć w jednym osądzie. Tutaj można było obserwować coś przeciwnego: obraz spotkał się z publicznością, która rozpoznała w nim już dobrze znany sobie język, a potem przez blisko pół godziny potwierdzała własną słuszność. W pewnym momencie oklaski przestają być wyłącznie hołdem dla twórców – stają się deklaracją przynależności do jedynego właściwego obozu.

Byłoby jednak zbyt prosto napisać, że zachodnia publiczność nie chce oglądać izraelskich ofiar. Rok wcześniej w Toronto pokazano The Road Between Us: The Ultimate Rescue Barry’ego Avricha – historię generała rezerwy Noama Tibona, który rankiem 7 października ruszył do kibucu Nahal Oz ratować syna i jego rodzinę. Film, po wcześniejszym sporze, wrócił do programu festiwalu, a publiczność przyznała mu nagrodę dla najlepszego dokumentu.

Ten przykład jest bardzo ważny właśnie dlatego, że psuje nam tę łatwą diagnozę. Tibon nie jest modelową bezbronną ofiarą: dowiaduje się o ataku, bierze broń i jedzie w stronę napastników. Jest zagrożony, ale jednocześnie działa. Jego historia pokazuje coś w rzeczywistości banalnego, a co w uproszczonym języku konfliktu uwiera: cierpienie i sprawczość mogą należeć do tego samego człowieka.

Może właśnie dlatego tak łatwo pomylić stosunek sił z osądem. Człowiek z gorszą bronią może być agresorem; ten z lepszą może się bronić. Rakieta nie przestaje być rakietą dlatego, że została przechwycona, tak jak zamach nie traci znaczenia, ponieważ napadnięte państwo okazało się zdolne odpowiedzieć. Z drugiej strony przewaga wojskowa nie usprawiedliwia wszystkiego, co zrobi silniejsza armia. Żadna z tych zasad nie potrzebuje unieważnienia pozostałych.

Przez długie lata powtarzaliśmy sobie, że prawa człowieka nie zależą od popularności ofiary, że większość może się mylić, a bezbronność nie powinna pozostawiać człowieka na łasce cudzej dobrej woli. Z tej edukacji właśnie powstała cała kultura pamięci. Znacznie rzadziej pytaliśmy jednak, co się stanie, jeśli ludzie, których bezsilność tak skrupulatnie upamiętniamy, uznają, że nie chcą już zależeć od tego, czy ktoś zdąży się za nimi ująć.

Najłatwiej kochać „nigdy więcej” jako formułę pamiątkową. Trudniej natomiast zaakceptować wszystkie nieestetyczne konsekwencje próby urzeczywistnienia tych słów. Żywe państwo nie jest pomnikiem – podejmuje decyzje, popełnia błędy, ma rządy, których można nie znosić, i żołnierzy, którzy mogą postępować dobrze albo źle. Może również powiedzieć swoim obywatelom, że gdy ktoś przyjdzie ich zabić, tym razem nie będzie musiało ograniczyć się do późniejszego stawiania tablicy z nazwiskami lub numerków w gablocie.

I właśnie to odbiera ofierze niewinność tak czystą, jakiej oczekuje od niej widownia. Człowiek, który odpowiada, nie nadaje się już na ikonę cierpienia. Może się rozgniewać i chcieć odwetu. Może podjąć złą decyzję i może użyć siły. Trzeba wtedy myśleć o jego odpowiedzialności, racjach, granicach, proporcjach i konkretnych czynach – a przecież znacznie łatwiej byłoby pozostawić go na fotografii.

Dlatego te dwadzieścia kilka minut w Wenecji interesuje mnie bardziej niż kolejna deklaracja artysty o pokoju czy sprawiedliwości. Pokazują one świat, w którym współczucie coraz łatwiej przydziela się według pozycji na skali siły. Słabszy dostaje z góry rolę skrzywdzonego, silniejszy – rolę winnego, a potem wystarczy tylko odpowiednio dobrać obrazy, żeby podział wyglądał jak oczywistość. Po całym XX wieku powinniśmy już wiedzieć, jak niebezpieczna jest pewność, która zwalnia z oglądania rzeczywistości w całości. A jednak tysiące ludzi potrafią stać przez 24 minuty i oklaskiwać obraz świata, w którym słabość znaczy niewinność, a siła budzi podejrzenie.

Nie jestem w stanie nazwać tego humanizmem. To system, w którym współczucie staje się nagrodą za bezsilność. Najłatwiej dostać ją wtedy, kiedy nie ma się już zębów.

Dwadzieścia cztery minuty owacji i milczenie reszty świata


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.