
Alice Teodorescu
Podsumowanie w jednym zdaniu
Artykuł Alice Teodorescu ostrzega, że rosnąca polityka tożsamościowa i głosowanie według przynależności etniczno-religijnej, a nie ideologii, niszczą fundamenty szwedzkiej demokracji, zmieniając ją w rywalizację zamkniętych klanów.
Kiedy wyborca zaczyna głosować na podstawie koloru skóry, wyznania i pochodzenia, a nie ideologii, nie dyskutujemy już tylko o polityce partyjnej. Chodzi o sam fundament liberalnej demokracji.
Nie bez pewnej ironii można stwierdzić, że Partia Lewicy – tradycyjnie sceptyczna wobec religii – otrzymała pomoc od konserwatywnych imamów z przedmieść, aby zdobyć głosy dla ugrupowania, które kiedyś uchodziło za radykalnie postępowe. Nie jest zresztą wielką przesadą przypuszczenie, że to nie program partii w kwestii aborcji, niezdolność do zdefiniowania, kim jest kobieta lub mężczyzna, cele klimatyczne ani entuzjazm dla małżeństw jednopłciowych skłoniły nowych wyborców do poparcia Partii Lewicy. A przypomnijmy, że ugrupowaniu temu udało się zdobyć między innymi 60 procent głosów w okręgu wyborczym Rinkebysvängen, gdzie cztery lata temu nieistniejąca już islamistyczna i etnofaszystowska partia Nyans uzyskała 21,5 procent.
W wywiadzie dla gazety „Expressen” wyborczyni głosująca po raz pierwszy, której rodzice urodzili się w Somalii, opowiada o somalijskim przyjacielu swojego ojca, Ilyasie Hassanie (V), na którego – zdaniem rodziców – powinna oddać głos. I tak też zrobiła. To ten sam Hassan, który podczas kampanii wyborczej zwrócił na siebie uwagę, wykorzystując materiały wyborcze z różnymi hasłami w języku szwedzkim i somalijskim; to właśnie na niego padł głos młodej kobiety. Jej uzasadnienie brzmi:
„Czuję się przez niego reprezentowana jako Somalijka z Rinkeby. Moim zdaniem u innych polityków występuje pewien „brak więzi” – wielu z nich być może sympatyzuje z nami, ale nie potrafi się z nami utożsamić. Zwykły Anders nie jest do końca po naszej stronie i nie czuję, by mógł mnie reprezentować. Rinkeby i tak jest już segowane [tu: podzielone/zsegregowane], więc wybór Andersa nie byłby reprezentatywny.”
W tym jednym cytacie ujawnia się sedno problemu – tendencji, przed którą ostrzegam od wielu lat i której zarysy widzieliśmy już w poprzednich wyborach. Chodzi o politykę tożsamościową, w której wybór partii zależy od religii i pochodzenia etnicznego, a nie od przekonanych opartych na ideologii. Gdzie głosuje się jak członek klanu, a nie jako wolna jednostka; gdzie reprezentacja nie dotyczy idei i argumentów, lecz tożsamości opartej na kolorze skóry. To całkowite przeciwieństwo fundamentów szwedzkiej demokracji i pierwotnego ruchu antyrasistowskiego.
Nawet Nalin Baksi (S), która do niedawna wykazywała się rozsądkiem, pisze zupełnie otwarcie na platformie X:
„Ja i cała moja rodzina spędziliśmy tygodnie na dzwonieniu do przyjaciół, sąsiadów i innych znajomych, aby zachęcić ich do odrzucenia prawicowego rządu w wyborach.”
Ilu etnicznych Szwedów dzwoni w ten sposób? Ilu krewnych, przyjaciół, sąsiadów i innych znajomych po takiej rozmowie głosuje zgodnie z wezwaniem dzwoniącego?
My, którzy opisaliśmy ten trend, zostaliśmy – jak zwykle – nazwani rasistami. Cóż w tym nowego? W piątek gazeta „DN” poświęciła aż dwa artykuły redakcyjne na krytykę m.in. mojej osoby za to, że powiedziałem to, co oczywiste: zmiany demograficzne mają coraz większy wpływ na wyniki wyborów i sprawiają, że prawicy będzie coraz trudniej wygrywać, w sytuacji gdy osoby urodzone za granicą w tak masowym stopniu głosują na różne odłamy lewici.
Stwierdzenie to nie nosi jednak żadnych znamion rasizmu – podobnie jak teza, że przemoc na tle honorowym częściej występuje wśród muzułmanów w Szwecji, że antysemityzm jest znormalizowany i zinstytucjonalizowany na Bliskim Wschodzie (a tym samym częściej występuje u osób stamtąd pochodzących), że skala migracji wpływa na możliwości integracji oraz – co nie mniej ważne – że unikanie tych tematów prowadzi do eskalacji problemów społecznych.
To, że redakcja „DN” oraz inni oderwani od rzeczywistości komentatorzy nadal – w roku 2026 – mają większy problem z obrazem rzeczywistości niż z samą rzeczywistością, mogłoby mnie obchodzić mniej więcej tyle co zeszłoroczny śnieg. Od 17 lat zwracam uwagę na to, dokąd zmierzamy, i miałam rację w każdym punkcie – czego redakcja „DN” nie może o sobie powiedzieć.
Innymi słowy, mamy rok 2026, a nie 2015, i tej kwestii nie da się już zamieść pod dywan za pomocą machania „kartą rasizmu”. Nowe zachowania wyborcze przyniosły realne skutki: w Eskilstunie Linus Lakso, „jedynka” na liście Partii Zielonych do Sejmu, został wyprzedzony przez czwartego na liście Mohameda Abdukaniego. Lakso – obecnie poseł do Riksdagu, członek komisji ds. transportu, rzecznik Partii Zielonych ds. polityki energetycznej oraz były przewodniczący zarządu okręgowego partii – może patrzeć, jak jego miejsce zajmuje ktoś inny. Anonimowe źródło w rozmowie z „Ekuriren” stwierdza:
„Myślę, że Mohamed będzie poddany silnej presji ze strony partii, by ustąpił miejsca Lakso”.
W Vivalli w Örebro – obszarze wrażliwym społecznie, gdzie większość mieszkańców ma pochodzenie zagraniczne – Partia Lewicy potroiła swoje poparcie, osiągając prawie 45 procent. Partia ta jest tam obecnie równie silna jak Socjaldemokraci. Łącznie partie lewicowe mają tam aż 90 procent poparcia. Podobnie jak w wielu innych problematycznych rejonach, frekwencja wyborcza znacznie wzrosła: w 2022 roku w wyborach wzięło udział 52 procent uprawnionych mieszkańców Vivalli, w tym roku – aż 72 procent.
W centrum Rosengård w Malmö Socjaldemokraci i Partia Lewicy uzyskali łącznie 95,2 procent głosów.
Z kolei w Dalarna Mohamed Abdukardir (V) – opisowywany jako zupełnie nieznany nowicjusz na scenie politycznej, któremu zaledwie dwa lata temu odmówiono szwedzkiego obywatelstwa z powodu niespełnienia wymogu uczciwego trybu życia i znacznych długów – wyprzedził rzecznika Partii Lewicy ds. polityki klimatycznej. Abdukardir, startujący z dziewiątego miejsca, uzyskał 648 głosów preferencyjnych, czyli nieco ponad trzysta więcej niż lider listy. Jest tak nowy w polityce, że przewodniczący klub radnych w Borlänge nie posiadał nawet jego danych kontaktowych: „Właściwie nie mam pojęcia, kim on jest” – przyznał bez ogródek.
W serwisie X Hassan Khan, który odszedł z partii Nyans i przeszedł do Partii Wizji, tak podsumowuje fakt, że jego dawne ugrupowanie nie zdobyło żadnego mandatu w Malmö:
„Wiele osób niestety głosuje przede wszystkim w oparciu o tożsamość etniczną lub kulturową. Polityka odgrywa dla nich mniejszą rolę. Sam widziałem, jak setki osób przed lokalami wyborczymi brały karty do głosowania dopiero po tym, jak powiedziano im, na kogo mają głosować.”
Były lider partii Nyans stwierdził z kolei w wywiadzie dla stacji 100%, że wiele meczetów pośrednio zachęcało wiernych do głosowania na Partię Lewicy oraz Partię Ochrony Środowiska (Zielonych).
Demografia i religia stają się źródłem potężnych podziałów, a mimo to to właśnie ja – przez nowy polityczny kartel złożony z Partii Lewicy, skrajnej lewicy i redakcji „DN” – jestem dyskredytowana jako zwolenniczka teorii spiskowych. Fakt pozostaje jednak faktem: kiedy partie lewicowe zdobywają wyborców nie dzięki swojemu programowi, lecz stając się beneficjentami infiltracji i entrizmu ze strony sił wykorzystujących zasady demokracji do jej obalenia od wewnątrz, Szwecja ma poważny problem.
Nie chodzi już bowiem tylko o to, które ugrupowanie wygra wybory, ale o to, jakie mechanizmy kształtują lojalność obywateli. A gdy lojalność ta coraz silniej ogniskuję się wokół przynależności grupowej, demokracja ryzykuje przekształcenie się ze wspólnoty wolnych jednostek w targ między zamkniętymi kolektywami.
Mogłaby tak mówić bez końca, ale kto chce widzieć, ten widzi. Powodem, dla którego tak wielu muzułmanów zdecydowało się oddać głos na Partię Lewicy, Socjaldemokratów i Zielonych, jest fakt, że ugrupowania te z jednej strony podsycały wrogość wobec Izraela, powielały fałszywe oskarżenia o ludobójstwo w Strefie Gazy i przymykały oko na antysemityzm we własnych szeregach. Z drugiej strony robiły to dlatego, że przez dziesięciolecia świadomie unikały krytyki islamu, uciekając od trudnej dyskusji na temat warunków współistnienia muzułmanów, chrześcijan, żydów i ateistów w Szwecji.
Z niektórych stron słychać argument, że prawica nie ma szans na pozyskanie tych wyborców, ponieważ jej polityka jest wroga wobec imigrantów. Ale co to oznacza w praktyce? Czy chcemy uprawiać politykę skrojoną pod konkretne grupy etniczne i religijne, prowadzącą do tego, że partie będą licytować się na przywileje oparte na pochodzeniu i wierze?
Wyniki ostatnich wyborów udowodniły paradoks: partia mająca w swoich szeregach najwięcej antysemitów, opowiadająca się za najniższymi standardami integracyjnymi, bezkrytyczna wobec islamu, popierająca luźną politykę migracyjną, pobłażająca przestępcom i żądająca niekontrolowanych zasiłków, zyskuje gigantyczną popularność wśród osób z tłem migracyjnym, a zwłaszcza muzułmanów. Jak prawica ma z tym konkurować, nie porzucając przy tym własnych liberalnych i konserwatywnych ideidełów?
Jak konkurować z tymi, którzy każdego wskazującego na problem islamizmu, antysemityzmu, kultury honoru czy masowej migracji nazywają „rasistą” – podczas gdy ci, którzy w najlepszym razie przymykają oko na postępującą segregację, uchodzą za „dobrych ludzi”?
Krótkoterminowo flirt z wyborcami nastawionymi na separatyzm przynosi mandatowe zyski. W dłuższej perspektywie skutki takiej symbiozy będą jednak katastrofalne zarówno dla społeczeństwa, jak i dla samej demokracji.
Chrześcijańscy Demokraci od początku istnienia partii mówili o znaczeniu zachowania minimalnych standardów etycznych. Uważam, że powinniśmy zacząć właśnie od tego, stawiając czoła faktowi, że w dzisiejszej Szwecji żyje wielu ludzi – dokładnie nie wiemy ilو – którzy odrzucają sekularyzm, emancypację kobiet, indywidualizm oraz nadrzędność państwa prawa nad religią.
Ci ludzie, nierzadko urodzeni i wychowani w Szwecji jako drugie lub trzecie pokolenie, nie zasymilowali się i prawdopodobnie tego nie zrobią. Dzieje się tak z prostego powodu: uważają własny system wartości za moralnie wyższy od naszego.
Trudno oczekiwać, by takich wyborców porwały idee samostanowienia, autonomii jednostki czy niskich podatków. Partia Centrum, która próbowała pozycjonować się jako główny przeciwnik Szwedzkich Demokratów, ubolewając nad tzw. „deportacjami nastolatków”, zdobyła około 2 procent w Rinkeby, 1 procent w Fittja i 1,2 procent w Biskopsgården. W wyborach lokalnych w Rinkeby poszło jej nieco lepiej wyłącznie dlatego, że na listach znalazła się osoba pochodzenia somalijskiego.
To prowadzi mnie do kluczowego wniosku: szwedzkie obywatelstwo – będące przepustką do urny wyborczej – musi odzyskać swoją wagę i wiązać się z realnymi obowiązkami. Obywatelstwo powinno być dowodem na to, że ktoś stał się Szwedem w duszy i sercu, że na pierwszym miejscu stawia interesy Szwecji, że jego lojalność wiąże się z tym krajem i że potrafi być reprezentowany przez „zwykłego Andersa”.
Fakt, że przez dekady – niestety również w ostatnich latach – obywatelstwo rozdawano bezrefleksyjnie osobom odrzucającym podstawowe normy etyczne, tolerującym przemoc honorową i antysemityzm, żyjącym na koszt państwa bez znajomości języka szwedzkiego, położył podwaliny pod obecny kryzys.
Bo jeśli obywatelstwo nie oznacza podzielania wartości definiujących szwedzkość, a daje prawo głosu, to co w dłuższej perspektywie stanie się ze społeczeństwem opartym na prawie, kulturze i moralności? Być politykiem to znaczy decydować i stanowić prawo. Jeśli zasiadający w parlamencie ludzie wyznają wartości sprzeczne z naszymi, wpłynie to bezpośrednio na ustawodawstwo. Czy naprawdę chcemy, aby poglądy na kobiecą seksualność, prawa mniejszości, sekularyzm i wolność słowa były u nas takie same jak w Somalii, Strefie Gazy czy Syrii?
W demokracji każdy obywatel ma prawo do reprezentacji i równego głosu. Nie oznacza to jednak, że z faktu przynależności do danej grupy etnicznej czy religijnej wynika „prawo” do bycia reprezentowanym wyłącznie przez kogoś o tym samym pochodzeniu.
Przeciwnie: ja, jako imigrantka z Europy Wschodniej, ateistka, matka, prawniczka, zwolenniczka Izraela i silnego państwa prawa, mogę być znakomicie reprezentowana przez starszego, bezdzietnego hinduistę, o ile dzielimy te same wartości i poglądy ideologiczne.
Właśnie dlatego system kwotowy i polityka tożsamościowa są pułapką. Redukują nas do roli trybików w maszynie grupowej, zamiast traktować jak obywateli. W moim świecie jedna kobieta nie jest tożsama z drugą tylko z uwagi na chromosomy; Alexandra Pascalidou nie jest „wymienna” na Alice Teodorescu tylko dlatego, że obie urodziły się w Bukareszcie. Mężczyzna homoseksualny nie jest lustrzanym odbiciem innego homoseksualisty, a muzułmanin – chrześcijanina.
Jesteśmy przede wszystkim jednostkami i tak powinniśmy być traktowani – w oparciu o nasze poglądy na dobro i zło, sprawiedliwość, podatki i rolę państwa. Na tym fundamencie zbudowano szwedzką demokrację.
Wybór jest prosty: albo wierzymy w koncepcję wolnego obywatela, którego głos ma taką samą wartość jak każdy inny, albo godzimy się na to, by człowiek był jedynie zakładnikiem swojej grupy, a polityka – targiem klanów. To pierwsze to demokracja; to drugie to rządy plemienne ubrane w szaty kart do głosowania.
Dlatego kwestia polityki tożsamościowej przewyższa wagą bieżące wyniki wyborcze. Nie chcę żyć w kraju, w którym liczy się ludzi według koloru skóry, a mandaty dzieli według wyznania. Chcę żyć w państwie, w którym jeden głos to jeden głos, prawo jest równe dla wszystkich, a obywatelstwo ma swoją hierarchię praw i obowiązków.
W kraju, w którym kobieta może być reprezentowana przez mężczyznę, muzułmanin przez ateistę, a imigrant przez rodowitego Szweda – bo to idee nas łączą, a nie statyczna tożsamość. To kiedyś było istotą liberalnej demokracji.
Dnia, w którym zaczniemy wymagać od polityków odpowiedniej płci, koloru skóry czy religii, skapitulujemy przed najniebezpieczniejszym założeniem: że nie jesteśmy już wolnymi obywatelami, lecz członkami skłóconych klanów. A kiedy człowiek przestaje być jednostką, zostaje już tylko pytanie o to, do której plemiennej grupy należy – czyli koszmar, od którego nowoczesna demokracja miała nas uwolnić.
Powrót do takiego porządku w imię fałszywie pojętej „tolerancji” i „antyrasizmu” byłby historyczną katastrofą – nawet jeśli w zamian miałoby to przynieść prawicy zwycięstwo w wyborach w 2030 roku.
Dokąd zmierza szwedzka scena polityczna
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

