Uncategorized

„Trzeba o tym mówić, powtarzać to, wbijać ludziom do głów. Nawet jeśli przyjdzie mi za to zapłacić bardzo wysoką cenę”.


Anne Goldschmid

Anna Grabowska

Podsumowanie w jednym zdaniu

Artykuł Bernarda-Henriego Lévy’ego, przetłumaczony i opatrzony wstępem przez Anne Goldschmid, stanowczo odrzuca oskarżenia Izraela o ludobójstwo w Gazie, argumentując, że działania wojenne armii izraelskiej, mimo tragicznych strat cywilnych, wykluczają ludobójczy zamiar, a oskarżenia te służą jedynie demonizowaniu państwa żydowskiego w kontekście zbliżających się wyborów we Francji.


Tymi słowami Bernard-Henri Lévy opatrzył 11 października na portalu X fotografię swojego artykułu „W Gazie nie ma ludobójstwa”, opublikowanego trzy dni wcześniej we francuskim tygodniku „Le Point”.

BHL doskonale wie, ile mogą go kosztować te słowa. I nie sądzę, żeby chodziło wyłącznie o nieprzyjemne komentarze w internecie. Wystarczy przyjrzeć się atmosferze panującej dziś w części środowisk intelektualnych i artystycznych, żeby zrozumieć, jaką cenę zawodową i osobistą może zapłacić Żyd, który odmawia przyłączenia się do chóralnego potępiania Izraela. Zwłaszcza że ci, którzy najgłośniej domagają się tolerancji, sami nie wykazują jej nawet odrobiny wobec ludzi o innych przekonaniach.

Bernard-Henri Lévy od lat należy do filozofów, których szczególnie cenię. Czytam jego książki, śledzę jego działalność i podziwiam konsekwencję, z jaką broni swoich wartości. Nie zmienia poglądów w zależności od tego, skąd wieje wiatr. Nie zabiega o poklask tych, którzy jeszcze wczoraj go podziwiali, a dziś najchętniej ustawiliby go pod pręgierzem. Był świadkiem masowych zbrodni, relacjonował ludobójstwa, zna ich mechanizmy. Kiedy wypowiada się na ten temat, robi to z doświadczeniem człowieka, który widział rzeczy, o których wielu dzisiejszych moralistów dowiaduje się z internetowych transparentów.

Słowo „ludobójstwo” stało się dziś dla części polityków i aktywistów narzędziem walki z Izraelem. Powtarzają je z taką pewnością siebie, jakby sam krzyk mógł zastąpić dowód. BHL odmawia podporządkowania się tej presji. I właśnie za tę niezależność, odwagę oraz wierność własnym przekonaniom darzę go ogromnym szacunkiem.

Chciałabym jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie prawne. Lévy słusznie przypomina, że Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości nie orzekł, iż Izrael dopuścił się ludobójstwa. Postępowanie nadal trwa, a dotychczasowe zarządzenia dotyczą środków tymczasowych, a nie ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy. Mam natomiast zastrzeżenie do jego interpretacji kompetencji Międzynarodowego Trybunału Karnego. Izrael posiada niezależny wymiar sprawiedliwości, ale sam ten fakt nie wyłącza automatycznie możliwości działania MTK. Istotne jest również to, czy właściwe organy krajowe rzeczywiście prowadzą postępowania dotyczące konkretnych zarzucanych czynów. W tym miejscu argumentacja BHL jest zbyt daleko idącym uproszczeniem. Podobnie ostrzeganie cywilów przed bombardowaniem nie stanowi samo w sobie dowodu wykluczającego zamiar ludobójczy. Takie działania trzeba oceniać w szerszym kontekście.

Pozostawiam jednak argumentację autora w jej oryginalnym kształcie. Szacunek do człowieka i jego dorobku nie wymaga bezkrytycznego przyjmowania każdego zdania.

Przetłumaczyłam ten artykuł, ponieważ chciałabym, aby również polscy czytelnicy poznali argumenty Bernarda-Henriego Lévy’ego w całości.


Bernard-Henri Lévy „W Gazie nie ma ludobójstwa” „Le Point”, 8 października 2026 r.

„Izrael dokonuje ludobójstwa…”. To obsesja Jeana-Luca Mélenchona i jego popleczników. To jeden z czołowych tematów rozkręcającej się kampanii przed wyborami prezydenckimi na francuskiej lewicy. To hasło rozpoznawcze, slogan wypisywany na transparentach przed niektórymi blokowanymi liceami.

Sformułowanie to krąży coraz szerzej, narzuca się, staje się niemal hasłem dostępu. Pojawia się w petycjach pisarzy, apelach filmowców i oświadczeniach towarzyszących festiwalom.

W ciągu mojego długiego życia przypadł mi w udziale ponury przywilej relacjonowania ludobójstw, które rzeczywiście miały miejsce, między innymi ludobójstwa Rohingjów w Birmie, zbrodni w Darfurze i Bangladeszu. Nad innymi, jak Zagłada, Kambodża czy Rwanda, zastanawiałem się w swoich książkach, w tym w La Pureté dangereuse („Niebezpieczna czystość”), gdzie pisałem o Rwandzie już w październiku 1994 roku. Dlatego nie potrafię pogodzić się z taką kapitulacją rozumu.

Chcę więc wyjaśnić, dlaczego uważam to oskarżenie za niedorzeczne, absurdalne i pozbawione podstaw prawnych.

Nie ma ludobójstwa tam, gdzie armia – jak czyniła to armia izraelska przez dwa lata intensywnej wojny – ostrzega ludność przed bombardowaniami.

Nie ma ludobójstwa tam, gdzie dopuszcza się dostawy pomocy humanitarnej, która, choć dramatycznie niewystarczająca, nigdy nie została na dłużej całkowicie odcięta.

Nie ma ludobójstwa tam, gdzie niemal codziennie otwiera się korytarze ewakuacyjne, umożliwiające ludności cywilnej przedostanie się do miejsc schronienia.

Można uważać za nieludzkie wezwania do opuszczenia domu, zanim zostanie zrównany z ziemią. Ale wezwanie do ratowania własnego życia nie jest ludobójstwem.

Można uznać, że trudno nazwać życiem nieustanne przenoszenie się między prowizorycznymi obozami, organizowanymi naprędce, likwidowanymi i urządzanymi od nowa. Nigdy jednak, ani w Mosulu, ani gdziekolwiek indziej, nie widziałem armii, która w samym środku wojny podejmowałaby wysiłek tworzenia takich stref schronienia.

Można – i sam tak uważam – uznać za nie do zniesienia myśl o dziesiątkach tysięcy cywilów zabitych przez izraelski ostrzał, po tym jak Hamas uczynił z nich żywe tarcze. Ale czy można mówić o ludobójstwie, wiedząc, że ten sam Izrael organizuje jednocześnie szczepienia dla setek tysięcy dzieci w Gazie? Albo że pomaga przewozić dzieci cierpiące na rzadkie choroby do szpitali w Egipcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Jordanii?

Wiem doskonale, że od czasu Srebrenicy sposób rozumienia tego pojęcia uległ zmianie i że zamiar zniszczenia całości lub części grupy narodowej, etnicznej, rasowej czy religijnej może wystarczyć do uznania czynu za ludobójstwo. Ale gdzie jest ten ludobójczy zamiar, skoro wszyscy, z wyjątkiem skrajnie prawicowych ministrów Itamara Ben-Gwira i Becalela Smotricza, powtarzają, że działania wojenne ustaną, gdy przeciwnik złoży broń?

O jakim ludobójstwie mówimy, skoro rok temu – czy to pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, międzynarodowych trybunałów, czy też sumienia samych Izraelczyków – wynegocjowano zawieszenie broni, które, choć naruszane, do dziś pozostaje punktem odniesienia dla obu stron?

Nieprawdą jest, nawiasem mówiąc, że Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, do którego zwróciła się Republika Południowej Afryki, stwierdził, iż doszło do ludobójstwa.

Nieprawdą jest również, że drugi trybunał, Międzynarodowy Trybunał Karny, może w tej sprawie cokolwiek rozstrzygnąć, ponieważ jego jurysdykcja obejmuje w rzeczywistości jedynie państwa pozbawione wymiaru sprawiedliwości godnego tej nazwy, a Izrael do takich państw nie należy.

A co z rzekomą „jednomyślnością” historyków Zagłady, za którą tak chętnie chowają się przeciwnicy Izraela? Taka jednomyślność po prostu nie istnieje. Owszem, niektórzy, jak Omer Bartov, Amos Goldberg czy Raz Segal, mówią o ludobójstwie. Jednak większość, w tym badacze związani z Yad Vashem i Instytutem Wymana w Waszyngtonie, stanowczo odrzuca taką kwalifikację.

Krótko mówiąc, oskarżenie to jest z prawnego punktu widzenia absurdalne i w rzeczywistości służy tylko jednemu celowi.

Demonizowaniu Izraela. Przypisuje mu się już nie nadmierne użycie siły, nie nieproporcjonalną odpowiedź, nie naruszenia prawa wojennego, ale zbrodnię nad zbrodniami, zbrodnię par excellence, jedyną, która obok zbrodni przeciwko ludzkości nie ulega przedawnieniu.

Chodzi o to, by obrażać, zmuszać do nieustannego tłumaczenia się, a ostatecznie wystawić na gniew tłumu każdego Żyda, który we Francji czy gdziekolwiek indziej ośmieli się wyrazić choćby odrobinę zrozumienia lub bardziej wyważoną opinię o izraelskiej demokracji prowadzącej wojnę.

I oczywiście chodzi także o to, by w potoku dezinformacji i nienawiści utopić inne wydarzenie, od którego wszystko się zaczęło i którego trzecią rocznicę powinniśmy wspólnie upamiętnić: pogrom z 7 października 2023 roku.

Bo w końcu… Skoro mówimy o zamiarach, porozmawiajmy właśnie o nich.

Jaki zamiar przyświecał tym, którzy tamtego dnia w ciągu kilku godzin zamordowali 1200 cywilów? Którzy krzyczeli, podobnie jak Hutu w Kigali: „Zabijcie ich wszystkich!”? Którzy, niczym konni bojówkarze w Darfurze, mordowali bez rozróżnienia mężczyzn, kobiety i dzieci? Którzy gwałcili przed zabiciem, tak jak widziałem to w Bangladeszu? Którzy uprowadzali ludzi niczym bydło, by później ponownie ich gwałcić, jak czynili to oprawcy jazydzkich kobiet?

Jaki zamiar przyświecał palestyńskim napastnikom, którzy bez wątpienia kontynuowaliby tę rzeź, bez żadnych ograniczeń i bez końca, gdyby nie interwencja odważnych obrońców kibuców?

Jeśli w ciągu ostatnich trzech lat był w tym regionie dzień, w którym ludobójczy zamiar objawił się z całą brutalną oczywistością, to był nim właśnie 7 października 2023 roku, kiedy Hamas rozpętał swoją morderczą furię.

Bernard-Henri Lévy

Tłumaczenie i nota wstępna: Anne Goldschmid

https://www.facebook.com/anna.goldschmid


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.