Konstanty Gebert

Podsumowanie w jednym zdaniu
Opozycja w Izraelu stoi przed bezwyjściowym dreszczowcem politycznym: aby legalnie odsunąć Benjamina Netanjahu od władzy, musiałaby złamać kluczowe obietnice wyborcze, co niemal na pewno doprowadziłoby do jej politycznej porażki i utrzymało premiera na stanowisku.
Po wyborach w Izraelu sytuacja polityczna daleka jest od stabilności – Benjamin Netanjahu wciąż może utrzymać władzę, nie robiąc absolutnie nic. Bez względu na to, jaka koalicja mogłaby powstać, partie opozycyjne musiałby złamać swoje obietnice, co najpewniej doprowadziłoby do przyspieszonych wyborów.
Tydzień po wyborach parlamentarnych w Izraelu sytuacja polityczna to – jak to się mówi po hebrajsku – jeden wielki plonter. To idiomatyczne określenie wzięło się z jidysz i jest znacznie bardziej ekspresyjną wersją angielskiego farplontered, będącego z kolei prostą kalką z polskiego słowa „poplątane”. Spróbujmy tę sytuację nieco rozplątać.
Żaden z dwóch głównych bloków politycznych – pięciopartyjna koalicja rządowa premiera Benjamina Netanjahu (53 mandaty) oraz czteropartyjna koalicja opozycyjna (48 mandatów) – nie zdobył w 120-osobowym Knesecie absolutnej większości. Pierwsi utracili władzę, drudzy nie mogą jej objąć. Triumfatorem okazały się natomiast partie arabskie: Wspólna Lista trzech ugrupowań (11 mandatów) oraz islamscy radykałowie z Raam (8 mandatów).
Nigdy dotąd partie arabskie, reprezentujące 20 procent obywateli kraju, nie były tak silne.
Partie arabskie – historia kruchych koalicji
Ugrupowania te również znajdują się w opozycji, lecz nigdy wcześniej nie uczestniczyły w budowaniu koalicji rządowej – jeśli nie liczyć dwóch wyjątków. Po raz pierwszy miało to miejsce w latach 1992–1995, kiedy to udzielały w parlamencie poparcia mniejszościowemu rządowi Icchaka Rabina, który wynegocjował z Palestyńczykami porozumienia pokojowe z Oslo. Po raz drugi w latach 2021–2022, gdy Raam wszedł w skład krótkotrwałego gabinetu Naftalego Benneta i Yaira Lapida. Ten rząd na rok odsunął Netanjahu od władzy po serii pięciu wcześniejszych, nierozstrzygniętych wyborów.
Obecnie włączenie Arabów do koalicji rządowej byłoby jednak niezwykle trudne z kilku zasadniczych powodów. Nacjonalistyczna i rasistowska część społeczeństwa izraelskiego odrzuca taką możliwość bez względu na okoliczności polityczne. To właśnie brutalne ataki na koalicję Benneta i Lapida doprowadziły do jej upadku i powrotu Netanjahu do władzy po kolejnych wyborach.
Sytuację pogorszyła krwawa napaść Hamasu z 7 października, która silnie wzmocniła w społeczeństwie nastroje antyarabskie, czyniąc odtworzenie takiej koalicji niemal niemożliwym. Wyobraźmy sobie, że II Rzeczpospolita po II wojnie światowej i rzezi wołyńskiej odzyskałaby niepodległość i terytorium w przedwojennych granicach demograficznych – koalicja z partiami ukraińskimi byłaby wówczas niewyobrażalna. Co więcej, żadna z partii arabskich nie uznaje Hamasu za organizację terrorystyczną, a jedynie Raam formalnie akceptuje Izrael jako państwo żydowskie.
Kto zgodziłby się na koalicję z Arabami?
Partie ze Wspólnej Listy programowo odmawiają wejścia w koalicję z syjonistami, skupiając się na walce z izraelskim „apartheidem” i „ludobójstwem”. Ponadto nacjonaliści z ugrupowania Balad – bardziej radykalni od komunistów czy partii Taal – nie uznają Izraela jako państwa żydowskiego i odrzucają jego symbole: flagę, godło oraz hymn. Z takim programem szli do wyborów, więc udział w rządzie wymagałby od nich złamania obietnic złożonych wyborcom.
Spośród partii opozycyjnych jedynie lewicowe ugrupowanie Demokraci popiera koalicję z Arabami. Jisra’el Betenu pod wodzą Awigdora Liebermana odrzuca ją explicite, natomiast partia utworzona przez Benneta i Lapida – implicite.
Jedynie partia Jaszar generała Gadiego Eisenkota, która odniosła sukces wyborczy, zajmując drugie miejsce po Likudzie z 21 mandatami, dopuszcza współpracę z Arabami. Warunkiem byłoby jednak:
- zaakceptowanie Izraela jako państwa żydowskiego i demokratycznego,
- poparcie wartości Deklaracji Niepodległości,
- żądanie powszechnej służby wojskowej lub cywilnej (z której ultraortodoksi i Arabowie są obecnie zwolnieni),
- uznanie Hamasu za organizację terrorystyczną.
Nawet Raam miałby problem z dwoma ostatnimi postulatami. Gdyby jednak spełnił te warunki i wszedł do koalicji, a Jisra’el Betenu – zgodnie z zapowiedziami – z niej wystąpił, bilans zyskałby zaledwie jeden mandat. Do większości potrzeba trzynastu – chyba że Lieberman złamałby swoją obietnicę wyborczą. Z kolei zewnętrzne wsparcie ze strony Wspólnej Listy (na wzór modelu z czasów Rabina) nie zrównoważyłoby fal nieuchronnych ataków ze strony przeciwników jakiegokolwiek arabskiego udziału we władzy.
Choć polityczny sukces Arabów podważył mit o izraelskim apartheidzie, głęboka nieufność – podsycana zarówno przez rasizm, jak i przez realne wydarzenia oraz stanowisko tych partii – wciąż pozostaje faktem.
Spór o służbę powszechną kluczem do koalicji?
Krytykę rządu mogłoby osłabić włączenie do koalicji którejś z dwóch partii religijnych, będących dotychczasowymi sojusznikami Netanjahu. Ugrupowania te były ogromnie rozczarowane gabinetem, który nie przeforsował ustawowych gwarancji zwolnienia ich elektoratu ze służby wojskowej (co Sąd Najwyższy uznał za niekonstytucyjne). Dały one do zrozumienia, że są skłonne rozmawiać z innymi siłami politycznymi, jeśli te zgodzą się na uchwalenie takiej ustawy.
Ewentualny udział w antynetanjahowskiej koalicji zarówno partii arabskiej, jak i religijnych po części neutralizowałby krytykę z obu stron. Tyle tylko, że partie żydowskiej opozycji obiecały wyborcom wprowadzenie powszechnego obowiązku służby, co zmusiłoby je do złamania tej obietnicy. Co więcej, arabscy koalicjanci również nie poparliby rozszerzenia tego obowiązku na własną społeczność.
Podczas gdy takie scenariusze rodzą ogromne trudności, rząd jedności narodowej złożony z prawicowych partii żydowskiej opozycji (bez Demokratów) oraz Likudu byłby pod względem politycznym znacznie prostszy do uformowania. Co więcej, uwolniłby Netanjahu od zależności wobec obecnych, skrajnie prawicowych i ultraortodoksyjnych partnerów, przywracając izraelskiej polityce odrobinę normalności.
Choć ugrupowania te łączą podstawowe założenia programowe, opozycję od Likudu dzieli osoba premiera. Politycy opozycji uznają politykę rządów Netanjahu za katastrofalną, czego najbardziej jaskrawym dowodem była tragedia z 7 października. Lideri wszystkich trzech ugrupowań dzisiejszej opozycji byli niegdyś ministrami w rządach Netanjahu i zerwali z nim współpracę, nie mogąc zaakceptować jego stylu sprawowania władzy.
Wszyscy mają też w pamięci losy generała Benny’ego Ganca, który skusił się na wejście do rządu jedności narodowej pod obietnicą rotacyjnego premierostwa. Netanjahu wywołał wówczas kryzys budżetowy, wymusił przedterminowe wybory i wygrał je, pozbywając się konieczności dzielenia się władzą. Partia Ganca, niegdyś potężna siła w Knesecie, w przedwyborczych sondażach notowała zaledwie 1,2 procent poparcia, co zmusiło go do wycofania się z polityki. Nikt nie chce powtórzyć jego błędów, dlatego przywódcy opozycji solennie obiecali wyborcom, że pod żadnym pozorem nie wejdą do rządu Netanjahu.
Czy Netanjahu pozostanie u władzy?
Wyborcy zdają sobie sprawę, że politycy często mówią to, co lud chciałby usłyszeć, a nie to, co będą musieli zrobić. Tu jednak nie chodzi o kosmetykę programu, lecz o fundamenty: udział Arabów we władzy, powszechną służbę wojskową i usunięcie Netanjahu. Złamanie tych obietnic wywołałoby gigantyczny bunt społeczny również wśród dotychczasowych zwolenników opozycji. Jedynie spektakularne sukcesy rządu utworzonego w wyniku takich kompromisów mogłyby z czasem wygasić te nastroje.
Tymczasem przewiduje się, że mandat takiego gabinetu i tak szybko zakończyłby się kolejnym kryzysem i przyspieszonymi wyborami, w których obywatele wystawiliby wiarołomnym politykom rachunek.
Ta perspektywa sprawia, że radykalne zwroty akcji są mało prawdopodobne.
Rządzić będzie zatem Netanjahu, któremu cała opozycja obiecywała położyć kres. Dopóki bowiem nie powstanie nowa koalicja, władzę sprawuje dotychczasowy gabinet – obecnie jako rząd mniejszościowy, pozbawiony większości parlamentarnej, ale wciąż trzymający stery.
Aby utrzymać ten stan rzeczy, Netanjahu nie musi robić absolutnie nic. Niemożność sformułowania nowego rządu nieuchronnie doprowadzi do przyspieszonych wyborów.
Trudno jednak uwierzyć, że w kolejnym głosowaniu utrzyma się frekwencja na poziomie blisko 78 procent, która tydzień temu odebrała Netanjahu większość; izraelskie „Jagodno” się nie powtórzy. Premierowi wystarczy więc poczekać, aż w kolejnych – lub następnych – wyborach znów odzyska poparcie większości.
Przez lata Netanjahu obiecywał, że pod jego rządami Izrael będzie bezpieczny. Faktycznie, obecnie rakiety z Gazy, Libanu czy Iranu na kraj nie spadają. Czym była rzeź z 7 października? Premier twierdzi, że gdyby obudzono go odpowiednio wcześnie, zdołałby odwrócić sytuację i do tragedii by nie doszło. Jak? Tego już nie wyjaśnia. Zamiast tego zapewnia, że jeśli przestanie być premierem, na Tel Awiw spadnie irańska bomba atomowa – ta sama, której ryzyko powstania, jak twierdził, dwukrotnie raz na zawsze wyeliminował. Krótko mówiąc: Netanjahu obiecuje skuteczne rozwiązywanie problemów, do których bez niego w ogóle by nie doszło.
Opozycja musi złamać swoje obietnice
Jedynym sposobem na odsunięcie Netanjahu od władzy – co opozycja solennie obiecywała – jest złamanie przez nią innych, równie fundamentalnych obietnic. Bez gwarancji sukcesu, za to z ogromnym ryzykiem porażki wyborczej w razie niepowodzenia. Trudno się dziwić liderom opozycji, że nie chcą podjąć tego ryzyka.
Z każdą kolejną próbą szanse na zmianę premiera będą jednak maleć: wyborcy zdążyli już przywyknąć do błędów Netanjahu i nie będą chcieli ryzykować wymiany go na innych polityków, których grzechów dopiero musieliby się uczyć.
Rzecz w tym, że o konieczności poszerzenia opozycyjnej koalicji przesądza nie tylko sucha arytmetyka parlamentarna, ale przede wszystkim racja stanu. Państwo nie może z jednej strony gwarantować obywatelom praw, a z drugiej odmawiać im korzystania z owoców tych praw.
Tu nie chodzi już tylko o to, by wreszcie zostawić Izrael Netanjahu za sobą. Chodzi o to, by Izrael bez Netanjahu nie zadowolił się jego bardziej cywilizowaną wersją – lecz by na powrót dał wszystkim swoim obywatelom nadzieję.
Żeby wygrać, opozycja w Izraelu musi złamać swoje obietnice
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

