Anne Goldschmid

Podsumowanie w jednym zdaniu
Felieton Anne Goldschmid analizuje tekst Bernarda-Henriego Lévy’ego wyśmiewający dyplomatyczną misję Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera w Moskwie, wskazując, że naiwne wysiłki amerykańskich wysłanników legitymizują Putina jako „partnera pokojowego” i ignorują brutalną rzeczywistość rosyjskich zbrodni.
Bernard-Henri Lévy napisał w „Le Point” tekst o ostatniej wyprawie Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera do Moskwy i dawno się tak przy politycznym felietonie nie uśmiałam, chociaż właściwie powodów do śmiechu jest tu niewiele.
BHL zna Witkoffa osobiście, bo spotkał go w Waszyngtonie jeszcze w kwietniu 2025 roku, żeby rozmawiać o Ukrainie, i, jak pisze, już wtedy zdumiała go jego niewiedza o Rosji, Ukrainie, a nawet geografii terytoriów, których przyszłość miał zamiar negocjować. Wtedy tłumaczył to sobie brakiem doświadczenia. Dzisiaj uważa, że ten okres ochronny już się skończył. Opis wizyty w Moskwie jest znakomity. Witkoff przyjeżdża do Putina trochę jak agent nieruchomości na spotkanie z klientem, którego za żadne skarby nie chce stracić. Słucha, uśmiecha się, jest zachwycony przyjęciem, zbiera życzenia gospodarza, chowa je do teczki, jedzie do Kijowa, otwiera teczkę i przekazuje Zełenskiemu, czego chce Władimir. I to, zauważa BHL, nazywa się teraz negocjacjami. Razem z Jaredem Kushnerem są u niego Dupondem i Dupontem z „Tintina”, chwilę później „Laurelem i Hardym u Clausewitza”. Pojawia się nawet „dyplomacja listonosza Pieczkina”, bohatera radzieckiej kreskówki, którego rozmiar przesyłki przekonuje o jej niezwykłej wadze. BHL szydzi, że obaj panowie mylą zwyczajnie kartę pokładową z planem pokojowym, a mile lotnicze z sukcesami dyplomatycznymi.
Jeszcze zabawniejszy jest według niego cały chór dookoła. Telewizje studiują wszystkie miny, a gazety śledzą samolot. Obiad z Putinem staje się więc „postępem”, uścisk dłoni „sygnałem”, banalny komunikat występuje jako „okno możliwości”, a eksperci przykładają stetoskop do murów Kremla, żeby sprawdzić, czy przypadkiem coś tam nie drgnęło.
I tutaj przestaje być zabawnie. Bo z tej całej scenografii Putin dostaje coś konkretnego. Człowiek, który napadł na sąsiedni kraj i od czterech i pół roku prowadzi przeciw niemu wojnę, zostaje elegancko przesadzony z miejsca agresora na fotel pt. „partner pokojowy”. Natomiast wyczerpanie Ukrainy zaczyna służyć jako argument, dlaczego to właśnie Ukraina powinna coś oddać.
Z jedną rzeczą polemizowałabym jednak z BHL. Pisze, że w Moskwie właściwie nic się nie wydarzyło. Dzień później sam Zełenski mówił o kilku „przyzwoitych pomysłach”, które przywieźli Amerykanie, i nazywał rozmowy merytorycznymi. Przełomu oczywiście nie ma, Putin nadal chce ziem, których nie potrafił zdobyć, a Ukraińcy oczywiście nadal nie zamierzają podpisywać przy stole prezentu dla człowieka, który ich napadł. Ale dyplomacja bywa również nudna, nieefektowna i wyjątkowo nieprzyjemna. Sam fakt, że wygląda czasem jak kurs posłańca, jeszcze jej nie unieważnia.
Problem z Putinem jest inny. Nie znoszę tego człowieka i nawet nie będę udawała przed Wami analitycznego chłodu. Od lat obserwujemy tę samą metodę: mordować, niszczyć, podnosić cenę, a potem spokojnie usiąść przy stole i zapytać, co druga strona jest gotowa oddać, żeby to mordowanie na chwilę ustało. Po czym każdy metr ustępstwa można przedstawić jako dowód, że przemoc jednak działa. I jest piękny epilog do całej tej opowieści o nowych pomysłach, sygnałach, możliwościach i drgnięciach Kremla. Putin wstrzymał ostrzał Kijowa na czas wizyty amerykańskich wysłanników. Witkoff i Kushner wyjechali. 8 września rosyjskie rakiety znowu spadły na Kijów. Pięć osób nie żyje, prawie trzydzieści zostało rannych.
Można oczywiście dalej analizować miny Putina.
Rakiety niestety są trochę mniej subtelne.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

