Uncategorized

Kuku na muniu

Autor Jan Hartman

Warto z naszym muniem kochanym żyć na przyjacielskiej stopie, bo jak się nam na nim zrobi kuku, to już po nas! Tym bardziej że idą czasy, gdy roboty obejmą swoje faszystowskie rządy nad światem.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnimi laty każde z nas zapoznało nowego kolegę albo koleżankę, a nawet zyskało prawdziwego przyjaciela. A wszystko to dzięki brain science i jej naukowej siostrze kognitywistyce, które rozsiały pośród ludów ziemi tę wspaniałą nowinę, że oto każde z nas, nawet nie wiedząc o tym, nosi w sobie nadziane na lancę kręgosłupa wspaniałe przedpotopowe stworzenie.

Niczym rozwijający się embrion mózg ma swoje warstwy – pamiątki po kolejnych etapach ewolucji. A najbardziej fascynujące jest to, że gdzieś bardzo głęboko siedzi w nim prymitywny gad znający jedynie głód, strach i tępą wolę przetrwania, podczas gdy ledwie po wierzchu – niczym lukier na cieście – ma taką „substancję szarą” w „korze czołowej”, w której tyle prądów biegnie i się krzyżuje, aż z tego niczym poświata nad rozjarzonym miastem unosi się świadomość, a wraz z nią boski rozum i prawe sumienie. Lecz wbrew tej zwodniczej jasności, w ciemnych i wilgotnych odmętach mózgowia dziką swą władzę dzierży ów gad – nieustępliwy i bestialny.

Nowość w naszym rozumieniu samych siebie polega na tym, że nasze mózgi w ostatnich dekadach mocno się wyemancypowały, ulegając swoistej personalizacji, i niczym niewidzialne dusze dla starożytnych stały się dla nas partnerami do rozmowy, a nawet partnerami życiowymi. I jak to z partnerami bywa – musimy się liczyć z ich potrzebami i różne rzeczy z nimi negocjować.

Może to dobrze, bo teraz każde z nas jest właścicielem i hodowcą takiego wewnętrznego pieska, dzięki czemu nikt naprawdę nie jest już na świecie sam. Musi tylko o niego dbać, zgodnie z zaleceniami „higieny mózgu”. Piesek musi się wyspać, trzeba go wyprowadzać na tereny zielone, za to nie wolno go przegrzewać, a już zwłaszcza nie należy poić go wódką. Nawet jak bardzo prosi! A przede wszystkim trzeba do niego przemawiać. I sami powiedzcie, kto w naszych czasach nie przemawia czule do własnego mózgu? A przemawiać będziemy jeszcze więcej i czulej, gdy zmęczy nas nowy sztuczno-inteligentny przyjaciel, bez którego ani rusz.

I to jest może wspaniałe, ta nasza relacja z mózgiem, tylko że rodzi się niepokojące pytanie, kto jest tu podmiotem hodującym, czyli panem albo panią mózgowego pieska. Oczywiście pan (pani), z którym (którą) się utożsamiam bardziej niż z samym mózgiem, zwłaszcza zaś tym „gadzim”, również rezyduje w układzie nerwowym, w okolicach czołowych, skąd próbuje się mądrzyć nad całą resztą białej i szarej substancji, a nawet wymądrzać się o sprawach ziemi i nieba.

Tylko kto tu właściwie jest w kim? Ja w mózgu czy mózg we mnie? A może mózg jest mną i tylko wydaje mi się, że jest „pieskiem”, którym się opiekuję? A może to on jest moim panem, a ja jego pieskiem? Sam Kartezjusz tego nie rozbierze bez wódki. Co jak co, ale na filozoficzne problemy wódka jest akurat dobra. A przecież – dla dobra mózgu – mieliśmy z niej zrezygnować.

Jakby tam z tym nie było (Piękny rusycyzm, czyż nie? Ba, ma się ten mózg!), to w ramach swojego „korowego” wymądrzania się, dzięki któremu czujemy, że żyjemy, a nawet myślimy, że żyjemy, i w ogóle jesteśmy (bo cóż by myślało, gdyby nie istniało?), praktykujemy niepoprawny narcyzm. Oto wywyższamy się z protekcjonalną czułością nad tą bezwładną i bezbronną różowoszarą galaretą, którą ewolucja powołała do tego, by trwać, póki się da, oraz reprodukować swoje mniej lub bardziej udane kopie w kolejnych ciałach. Mówimy „ja” i myślimy, że „mamy” swój mózg. Chwycił kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb, nomem omen, trzyma! Takie to jest „posiadanie”.

A jednak mam silne poczucie, że mój mózg to nie to samo co ja, ale też nie ktoś obcy. To jakby mój wewnętrzny pasożyt symbiotyczny, z którym się nawzajem używamy, jak to w związku. Jest stworzonkiem mi najbliższym, choć mało mi znanym. Na dobrą sprawę nawet go nie widziałem (nie daj Boże taka randka!). Za to wiem, że potrzebuje glukozy, tlenu i dużo snu, a gdy jemu jest źle, to i mnie jest źle.

Łatwo go oszukać i omamić – byle książką, filmem, muzyką albo czułymi słówkami – lecz i on odpłaca pięknym za nadobne, zalewając nas w podzięce a to endorfinami, a to kortyzolem, przez co czujemy się lepiej albo gorzej, zachowujemy rozsądnie albo robimy głupstwa. Dlatego warto z naszym muniem kochanym żyć na przyjacielskiej stopie, bo jak się nam na nim zrobi kuku, to już po nas! Tym bardziej że idą czasy, gdy roboty obejmą swoje faszystowskie rządy nad światem. I cóż nam wtedy zostanie, jeśli nie on!

Kuku na muniu


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Jakby tu przekazać panu Hartmanowi, że „każde z nas zapoznało nowego kolegę” znaczy coś dokładnie odwrotnego od tego, co chciał wyrazić? Owszem, zapoznać SIĘ z kimś znaczy poznać kogoś, zapoznać kogos Z KIMŚ, znaczy przedstawić kogoś komuś ale zapoznać kogoś, to go nie znać. Poeta zapoznany, to poeta nieznany…

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.