Uncategorized

Lekarze bez granic

W jednym zdaniu

Tekst opisuje historyczną i społeczną ewolucję zawodu lekarza – od niemogącego wiele pomóc rzemieślnika do potężnej, obdarzonej ogromną władzą i autorytetem grupy zawodowej, która poprzez dążenie do prestiżu i wysokich zarobków zmaga się z napięciem między etosem bezinteresownej służby a biznesowym pragmatyzmem.

Jan Hartman

Żadne państwo nie może pozwolić sobie na zadzieranie z lekarzami. Ba, nawet dyktatorzy muszą się z nimi liczyć.

Długa i kręta była droga lekarza na wyżyny autorytetu i społecznej hierarchii. Choć już średniowiecze obdarzyło go tytułem doktora, to niewiele mógł z Galenem i Awicenną pod pachą zdziałać dla pacjentów, a nieraz i chirurg golibroda potrafił więcej od niego. W czasach prawie już naszych, gdy medycyna popłynęła na fali oświecenia, stając się in spe nauką (na dobre stała się nią dopiero w XX w.!), było już nieco lepiej, ale nie aż tak dobrze, by zadowolić aspiracje pani Bovary. Więcej o lekarzach literatura pozostawiła nam facecji niż chwalebnych świadectw.

Dopiero wielkie wojny i jeszcze większy przemysł XIX w. uczyniły z medycyny i z lekarskich korporacji potęgę, a lekarz wojskowy i lekarz fabryczny stali się prefiguracją lekarza państwowego, obiecanego i danego ludowi przez początkującą demokrację. Na wpół militarne systemy zdrowia publicznego, nastawione na zwalczanie epidemii i tworzenie szpitalnego zaplecza dla armii, przeistoczyły się w narodowe służby zdrowia. A nie byłoby to możliwe, gdyby nie spektakularny postęp, trwający już co najmniej półtora stulecia. Lekarze zaczęli naprawdę leczyć, a ich sztuka nabrała ceny, wymiernej finansowo i politycznie. Od stu lat żadne państwo i żadna partia polityczna pragnąca sprawować władzę nie może pozwolić sobie na zadzieranie z lekarskim establishmentem. Ba, nawet dyktatorzy muszą się z lekarzami liczyć, bo tyran też musi kiedyś zachorować

Wszyscy staliśmy się pacjentami – rodzimy się nimi i umieramy. Całe nasze życie jest w rękach lekarzy, a ich władza sięga wnętrza naszych ciał i naszej egzystencji. Przed lekarzem nawet królowa angielska staje naga, a jego rozkazów musi słuchać nawet cesarz. Wielcy lekarze otrzymali to, co im się należało i czego pragnęli – prestiż niemal równy arystokracji i niewiele mniejsze pieniądze. Oderwali się od lekarskiej masy, która z dekady na dekadę rosła w tysięczne zastępy, niosące w skórzanych torbach bandaże zduszonych aspiracji i gorzkie zioła frustracji. Lekarski stan musiał się emancypować o własnych siłach, na przekór masom pacjentów i wywyższonej już medycznej arystokracji.

I oto wciąż jeszcze jesteśmy świadkami tego procesu. Toczy się on dwoma, częściowo rozbieżnymi traktami. Jeden wyznaczony jest przez górny lekarski etos. Drugi – przez lekarski biznes. Walczy się tu o chwałę i zyski, razem sumujące się w prestiż i szczęśliwe życie na wysokich szczeblach społecznej hierarchii. W modnej od kilku dekad eufemistycznej retoryce nazywa się to „godnością zawodu” i „godnymi zarobkami”.

W dziele emancypacji nie ma granic. Nie ma niczego – ani chwały, ani zarobku – którego lekarz nie byłby godzien, skoro całym sobą służy całemu społeczeństwu. Zupełnie jak książę i kapłan! Oni też pełnią swą pokorną służbę dla dobra całego ludu, oddając się jej bez reszty. Kto zaś całym sobą służy, temu wiele się należy. Ta przewrotna figura władzy wywodzącej się ze służby, znana co najmniej od czasów Platona, przed stu laty znalazła zastosowanie również do medyków. Jak cierpienia świętych męczenników uzasadniają przepych biskupich pałaców, tak idealizm doktorów Judymów musi znaleźć godne zadośćuczynienie w „godnych zarobkach” współczesnego lekarza. Zresztą ta „historiozoficzna” i klasowa sytuacja lekarzy bynajmniej nie jest ich winą. Po prostu znaleźli się w pewnej dziejowej i społecznej sytuacji, która wyznaczyła im taką, a nie inną ścieżkę emancypacji.

Każda emancypująca się grupa musi przezwyciężyć jakiś antagonizm. W przypadku lekarzy jest nim przeciwstawność roli mędrca i rzemieślnika. Otóż lekarz – jak kapłan – jest tym, który generalnie wie lepiej. Jego czynności opierają się na mądrości, a nie samym tylko fachu. Jednocześnie lekarz jest człowiekiem czynu, mającym w ręku fach, którego nie waha się użyć i swych fachowych usług sprzedawać na wolnym rynku bądź dyktować za nie cenę dysponentom rządowego pieniądza. Bądź tu mądry i bądź tu bogaty! Jak to wszystko pourządzać, żeby i szacunek był, i autonomia, i pieniądz? Oto wyzwanie dla korporacyjnego aktywu i establishmentu.

Zwykły lekarz odczuwa to inaczej. Chce być człowiekiem jednocześnie światłym i zamożnym w całkiem osobistym, jednostkowym wymiarze. Jednakże pracując do rana do nocy, wypełniając swoje materialne aspiracje, nie ma już czasu i sił, by praktykować nieróbstwo arystokraty ducha, mitrężącego czas na czytanie książek i chodzenie do filharmonii czy teatru. Parweniuszowski ból głowy niczym uporczywa migrena dręczy światową klasę medyczną idącą dziś w miliony.

A sprawy nie ułatwia potężny nawis prestiżu sprawiający, że gdy tylko ważny lekarz otworzy usta w dowolnej sprawie, złakniona zdrowia opinia publiczna zaczyna słuchać w nabożnym skupieniu. Gdy zaś można gadać cokolwiek, a narody i tak klękają, to trudno wyzbyć się poczucia, że ma się dużo do powiedzenia po prostu dlatego, że się jest, kim się jest, a nie dlatego, że się coś przeczytało i przemyślało. Jakże trudno być złotym i skromnym!

Lekarze bez granic


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

4 odpowiedzi »

  1. ”Ba, nawet dyktatorzy muszą się z nimi liczyć.”
    Niezupelnie, szacunek dla niejakiego Hammurabiego, Krola Babilonii okolo 3800 lat temu.
    W jego Kodeksie Prawnym jest ” O ile lekarz leczy Pana Domu, a ten umrze, lekarza nalezy zabic.
    O ile leczy syna Pana Domu, a ten umrze, syna lekarza nalezy zabic”
    Jest wiecej takich rzeczy, nawet o o ile niewolnik umrze, to najwygodniejsze dla lekarza, bo tylko jego niewolnika zabijano.
    Od tego czasu lekarze ciepia na ”shell schock”, jest praktycznie niemozliwe wyciagnac z nich przyznanie sie do bledu, a cala sitwa medyczna jest nastawiona na popieranie ich.
    Amerykanie rozwiazali to praktycznie, olbrzymie odszkodowania sa od towarzystw ubezpieczeniowych, a te juz ukaraja lekarza za za duzo skazan, pdnoszac mu oplaty za ubezpiecenie, co czasami ma ten skutek ze nie moze juz praktykowac .
    Ze ceny za leczenie rosna w Ameryce wskutek tego to dowod ze Hammurabi jednak, o ile niezupelnie, wygrywa tysiace lat po smierci.

  2. Hm… postęp medycyny to przede wszystkim stosowanie metodologii naukowej w badaniach klinicznych, trudna dziedzina w stałym rozwoju.
    JH widzi podstawową sprzeczność prywatnie praktykującego lekarza, miedzy integralnością zawodowa a businessem. Poza tym musiał go zdenerwować jakiś znany czy słynny lekarz prawiący duby smalone nie na temat. Trzeba chyba znać polskie realia polityczne żeby wiedzieć o kogo chodzi.

  3. @Ewa Korulska: Ja też nie bardzo rożumiem co kol. Hartman ma na myśli. Dodam tylko, gwoli ścisłości, że spektakularne postępy medycyny w XX wieku są dziełem nie tyle samych lekarzy, co fizyków (promienie X odkryte przez Roentgena – pierwsza Nagroda Nobla w 1901-m roku, elektrokardiogramy, rezonans magnetyczny, echografia), chemików i biologów (antybiotyki, leki sulfamidowe, synteza hormonów), inżynierów i metalurgów (mikrokamery, sztuczne soczewki do operacji katarakty, wzierniki, agregaty sztucznych płuc i serca umożliwiające długotrwałe operacje chirurgiczne) – można by wyliczać dalej, powiem tylko, że bez tych zdobyczy technologicznych nawet najlepsi lekarze mogli by zdziałać niewiele więcej niż ich poprzednicy w XIX-m wieku.

  4. Nie do końca pojmuje sens tego artykułu…

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.